1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Rodzicu, nie podcinaj dziecku skrzydeł wygórowanymi oczekiwaniami

Rodzicu, nie podcinaj dziecku skrzydeł wygórowanymi oczekiwaniami

Ważne jest, aby widzieć w dziecku człowieka. Nie wkładać w narzucony plan, a traktować jak odrębną istotę, która czuje i myśli. (Fot. Julia M Cameron/Pexels)
Ważne jest, aby widzieć w dziecku człowieka. Nie wkładać w narzucony plan, a traktować jak odrębną istotę, która czuje i myśli. (Fot. Julia M Cameron/Pexels)
Wysokie wymagania, zajęcia dodatkowe i dzień zorganizowany co do minuty… Jak zauważa pedagog i promotor kreatywnej edukacji Jakub Tylman – choć rodzice zwykle chcą jak najlepiej, to swoimi staraniami mogą podciąć dzieciom skrzydła. Co jest zatem najważniejsze w prawdziwie wspierającej relacji?

Niektórzy rodzice, chcąc, by ich dzieci miały większe możliwości, stawiają im zbyt wygórowane oczekiwania. Jak rozwijać potencjał bez niepotrzebnej presji?
Rodzice zwykle chcą dla swoich dzieci jak najlepiej, czasami jednak swoimi staraniami zamiast wzmacniać, podcinają im skrzydła. Są rodzice, którzy najlepiej wiedzą, co jest dla ich dzieci dobre, autorytarnie im narzucają, także nastolatkom, swój pomysł na nich, przydatne umiejętności, sfery rozwoju, a nawet „ich” zainteresowania. Organizują im wszystko, zapisują na zajęcia dodatkowe, planują harmonogram dnia od rana do wieczora, w tygodniu i weekendy, w roku szkolnym, w ferie i wakacje. Czasem taki grafik jest wypełniony co do minuty, bez chwili wytchnienia. A dzieci muszą się w niego wpasować: angielski, francuski, korepetycje z matematyki, chemii, kurs programowania, treningi piłkarskie, judo, pianino, warsztaty plastyczne i jeszcze kółko teatralne – czy mają na to ochotę, czy nie, nikt ich nie pyta o zdanie, bo to przecież dla ich dobra.

Takie dążenie do wybitnych wyników dzieci w szkole, rozwoju ich talentów, możliwości i szans na przyszłość może stać się wręcz obsesją i jest destrukcyjne. Tymczasem najważniejsze to widzieć w dziecku człowieka. Nie wkładać w narzucony plan, nie nakazywać, nie naciskać, ale traktować jak odrębną istotę, która czuje i myśli, która może coś lubić albo nie, może mieć swoje pasje lub ich jeszcze nie odkryć, może marzyć, popełniać błędy, chcieć czegoś spróbować bądź z czegoś zrezygnować, być zmęczona, nie mieć na coś ochoty… Ma prawo być sobą.

To bardzo ważne, co mówisz – uszanować potrzeby dziecka i pozwolić mu na indywidualność.
Dla mnie to kluczowe. Widzę to na co dzień w polskiej szkole. Wprowadzony ponad 200 lat temu pruski model edukacji, czyli sztywne schematy, wyłącznie książkowa wiedza, przeładowany, przestarzały program nauczania, skupianie się na ocenach i wynikach egzaminów, jest wciąż ważniejszy od dobrostanu uczniów i rozwoju tzw. kompetencji przyszłości. Kreatywność, krytyczne myślenie, umiejętność rozwiązywania problemów czy współpracy z innymi – bez nich ciężko odnaleźć się w dzisiejszym, tak dynamicznie zmieniającym się świecie. Jeśli do takiej stresującej, traktującej przedmiotowo uczennice i uczniów szkoły dołożymy wygórowane – jakże często szkodliwe i zupełnie niepotrzebne – oczekiwania rodziców, życie dzieci i młodzieży staje się pasmem stresu, strachu, frustracji, zniechęcenia. Wiąże się z wyczerpującą, trwającą każdego dnia wiele godzin nauką, zniechęceniem i mniejszą efektywnością, spadkiem nastroju i motywacji, permanentnym zmęczeniem, a nawet chorobami psychosomatycznymi, np. bólami głowy i brzucha, problemami żołądkowymi czy zaburzeniami snu.

Dlatego do moich uczniów, ich rodziców i kolegów nauczycieli niestrudzenie mówię, że nauka nie musi być stresująca ani nudna. Odejdźmy od myślenia, że to żmudne wypełnianie obowiązków, bez krzty radości i miejsca na zabawę. Zajęcia dodatkowe? Tak, jak najbardziej, ale nie ponad siły i pod przymusem. Motywujmy dzieci i młodzież do rozwoju, zdobywania wiedzy i podejmowania dodatkowych wyzwań, ale nie kosztem relaksu, odpoczynku, czasu z rówieśnikami czy po prostu dobrej zabawy.

Niezależnie od wad polskiego systemu edukacji, uczennice i uczniowie jednak jakoś muszą się w nim odnaleźć.
Oczywiście, że tak, ale zachowajmy zdrowy rozsądek. Mamy tu ogrom pracy do wykonania – od reformy szkoły, którą trawi biurokracja, „ocenoza” i presja egzaminów, po zmianę mentalną. Wszystkie placówki edukacyjne realizują narzuconą odgórnie, przeładowaną podstawę programową, opartą na nauce pamięciowej i jakże często niepraktycznej dziś wiedzy. Jedynym kryterium oceny szkół, które walczą o miejsca w rankingach, są wyniki egzaminów ósmoklasistów i maturalnych. Wszyscy więc funkcjonujemy pod ich presją: nauczyciele, dyrektorzy szkół, uczniowie i ich rodzice. Młodzież, chcąc iść do dobrego liceum, na wymarzony kierunek studiów, musi liczyć każdy punkt. Nie chce też obniżać poziomu szkoły ani zawieść rodziców, czasem boi się również nauczycieli czy złej oceny. Nauczyciele uczą pod testy, bo liczy się tylko wynik egzaminów, nie realna wiedza, umiejętność znalezienia potrzebnych informacji czy samodzielne myślenie. Nawet tak powszechne korepetycje i dodatkowe kursy edukacyjne są nastawione na osiągnięcie jak najlepszego wyniku egzaminów.

Jednak staram się tłumaczyć młodzieży, że to jest tylko system, a o wartości człowieka, powodzeniu w życiu i jego szczęściu nie świadczy to, jaką szkołę czy studia skończył i z jaką średnią. Mam wiele przykładów na to, że tzw. średniacy radzą sobie w życiu lepiej od szkolnych prymusów. Bardziej od ocen liczą się bowiem zdobyte wiadomości i umiejętności oraz ich praktyczne wykorzystanie. W rozmowach z rodzicami też często pytam, czy pamiętają, jakie mieli świadectwo – dajmy na to – w siódmej klasie? Jaką mieli ocenę z biologii, fizyki czy matematyki ? Na ile punktów zdali egzamin do szkoły albo maturalny? I czy szkolne wyniki w jakiś sposób wpłynęły na ich obecne życie? Czy mają przełożenie na to, co robią dziś, jak sobie radzą w pracy i różnych innych sytuacjach? Wreszcie, czy wpływają na ich satysfakcję z życia?

Wyłaniają się nam dwie istotne kwestie: z jednej strony presja rodziców i szkoły, z drugiej – starania dzieci, by ich nie zawieść.
Ambicje dorosłych często nie odzwierciedlają tego, co dobre dla dzieci. Nawet jeśli mamy dobre intencje, a przecież w zdecydowanej większości rodzice chcą dla swoich dzieci jak najlepiej, musimy przyjąć, że to są nasze potrzeby, marzenia, myślenie, nie naszych podopiecznych. Może oni wolą zajmować się zwierzętami czy być ratownikiem na basenie niż pracować w korporacji?

Nie wiemy też, jakie umiejętności, kompetencje, zawody będą cenione w świecie, w którym dzisiejsze dzieci będą dorosłe. Widzimy, jak zmienił się rynek pracy dla naszego pokolenia, dla naszych dzieci ta zmiana będzie jeszcze większa. Ponadto nie każdy nadaje się na lekarza czy prawnika i nie dla każdego sukces oznacza osiągnięcie wysokiego statusu majątkowego czy zajmowanie wysokiego stanowiska, ale zawsze mamy najlepsze wyniki, jeśli lubimy swoją pracę, wykonujemy ją chętnie, z pasją i lekkością. Dlatego pozwólmy dzieciom iść własną drogą, rozwijać kreatywność, być spontanicznym, twórczym. Drzemie w nich nieograniczony potencjał, radość życia, zachwyt światem, nie zabijajmy więc tej młodzieńczej energii, bo chcemy, by nasza córka, nasz syn mieli w przyszłości prestiżowy zawód. Odpuśćmy im i sobie.

Naprawdę nie jest ważne zwiększenie konkurencyjności dziecka w obecnym systemie edukacji, tylko jego wiara w siebie i swoje możliwości, jego dobre samopoczucie i poczucie bezpieczeństwa, przestrzeń do nauki i rozwoju talentów. Mówię o tym głośno, bo wielu rodziców zapętliło się w wyścigu po więcej wiedzy, kompetencji, rywalizacji o lepsze wyniki. Poświęcają wiele czasu na dowożenie dzieci na liczne zajęcia pozaszkolne i pieniędzy na ich opłacenie, sprawdzają zeszyty, odrabiają lekcje z dziećmi, a czasem za nie, angażują się w robienie prac dodatkowych, start dzieci w konkursach. To nie tylko duży wysiłek dla rodziców, ale też ogromny ciężar dla dzieci. Są uczennice i uczniowie, którzy nadużywają siebie, swojego zdrowia, zaniedbując wszystko inne poza nauką: relacje społeczne, sport, relaks, odpoczynek – chcąc zaliczyć wszystko na 100 proc.

Nawet jeśli rodzice nie mówią, ile robią dla dzieci, jak się dla nich poświęcają – co niestety się zdarza – i nawet jeśli nie wywierają na nie presji wprost, nie wzbudzają poczucia winy i nie kontrolują na każdym kroku, dzieci czują się zobowiązane, chcą się odwdzięczyć, spełnić oczekiwania, mieć dobre oceny, często pracując ponad siły, byle rodzice byli zadowoleni.

Ile w tym dążeniu do sukcesów rzeczywistej troski o dziecko, a ile własnych ambicji albo obaw o to, czy wystarczająco zadbaliśmy o wykształcenie dziecka?
Wszyscy znamy sytuacje, gdzie rodzice przerzucają swoje ambicje, często te niespełnione, na dzieci. I to jest pod każdym względem złe. Presja rodzicielska podlana strachem o oceny, o to, czy poradzę sobie, czy jestem wystarczająca/wystarczający, zdecydowanie nie służy rozwojowi dzieci i młodzieży. Życie pokazuje, że nadopiekuńczy, destrukcyjni rodzice wychowują niepewne siebie, nieporadne życiowo dzieci. Sam kieruję się korczakowskimi wartościami – partnerstwo między dzieckiem a wychowawcą, uznanie podstawowych praw najmłodszych, traktowanie ich na równi z dorosłymi – i gorąco je polecam.

Dajmy młodym ludziom tylko przestrzeń do rozwoju, do odkrywania pasji, talentów, pozwólmy na poszukiwania i popełnianie błędów. I zupełnie nie chodzi o to, by delegować wychowanie dziecka szkole, nauczycielom, korepetytorom. Odradzam też bycie rodzicem helikopterem, który przesadnie kontroluje, interweniuje w szkole, wykłóca się o oceny, organizuje czas i życie dzieci na każdym polu, wyręcza je i rozwiązuje za nie problemy, chroni przed trudnymi emocjami, np. w relacjach z rówieśnikami czy radzeniu sobie z każdą porażką. Mądry rodzic, doświadczony wychowawca pokieruje, podpowie, może zainspirować, ale nie będzie narzucał swojej woli.

Jednak część rodziców przenosi swoje lęki na dziecko…
To prawda. Żyjemy w niełatwych czasach – duża konkurencja, stres, trudne sytuacje, jak wojna, choroby, rosnące ceny. Jednak rolą rodziców jest wzmacnianie dzieci w każdej sferze: intelektualnej, emocjonalnej i społecznej, tworzenie bezpiecznych warunków, sprzyjających nauce i wszechstronnemu rozwojowi, budowanie pewności siebie, wreszcie – rozwijanie ich mocnych stron, ich potencjału.

Dojrzały człowiek odpowiada za swoje czyny i nie ma prawa przenosić swoich lęków na dzieci. I tak mamy dziś do czynienia z prawdziwą epidemią lęku u dzieci i młodzieży. Według badań już u 20 proc. z nich diagnozuje się stany lękowe. Coraz częściej występują też schorzenia wieku dziecięcego, np. zespół nadaktywności psychoruchowej z deficytem uwagi, ale też problemy w funkcjonowaniu w grupie rówieśniczej, stany depresyjne, a nawet samookaleczenia, uzależnienia i próby samobójcze. Nie dokładajmy im jeszcze więcej. Odpuśćmy wygórowane rodzicielskie oczekiwania. Nie porównujmy do innych, nie krytykujmy, pozwólmy na uczenie się na własnych doświadczeniach, również na błędach, a nawet na „nicnierobienie”, które od czasu do czasu każdemu dobrze robi. Cieszmy się wreszcie z osiągnięć – czwórka i trójka to też dobre oceny, a samo ukończenie wymagającego testu czy długoterminowego zadania to sukces! Chwalmy za pracę, za to, że próbowali i jak sobie poradzili, za chęć pomocy innym, bycie koleżeńskim, aktywne uczestniczenie w życiu szkolnym i domowym…

Jak zatem najlepiej motywować dzieci i młodzież do rozwoju, zdobywania wiedzy, podejmowania wyzwań?
Ani zbytnia kontrola, ani brak stawiania granic nie są dobre. Zachęcam do bezwarunkowej akceptacji, uważności na ich potrzeby, indywidualność i pozwolenie na samodzielne decyzje. Niech uwierzą, że mogą, że potrafią. Osobiście stawiam na pobudzanie kreatywności, ukierunkowanie na rozwój talentów, mocnych stron – przy czym nie każdy jest dobry ze wszystkiego i wcale nie musi być.

Młodzi mają ogromną ciekawość świata i energię do działania. Jeśli nie będziemy ich zatrzymywać, hamować, ograniczać, uwierzą w swoje możliwości i będą mogli „przenosić góry”. Wystarczy pozwolić im tworzyć, mieć własny pomysł, swoje zdanie, a przede wszystkim nie zabijać dziecięcej pasji i chęci do zabawy. Dajmy więc sobie i dzieciom trochę luzu i zaufania. Niech podejmują własne decyzje, popełniają błędy bez poczucia winy, a mają poczucie niezależności i sprawczości. Sami też dajmy sobie prawo do popełniania błędów, bo nie ma gotowych rozwiązań, jednej drogi, tak jak każdy człowiek jest inny, z inną wrażliwością, bagażem doświadczeń, inne są okoliczności, sytuacje, otoczenie. Jestem zwolennikiem nauki przez zabawę, która w moim przekonaniu najlepiej motywuje i przynosi wiele korzyści.

Stawiasz więc na przyjemność, nie wysiłek?
Zdecydowanie tak. Gdy wszystko jest z góry zaplanowane, dzieci są przeładowane nauką szkolną i dodatkowymi zajęciami, działają w trybie zadaniowym, automatycznie, tracą dostęp do własnych uczuć i prawdziwych pragnień, możliwość refleksji nad sobą i innymi. Stale przeciążeni nadmiarem obowiązków przestają myśleć, wiedzieć, co lubią, co im sprawia przyjemność, i nie czerpią radości z podejmowanych działań.

Zamiast zapełniać do ostatniej minuty harmonogram dziecka czy nastolatka – zadbajmy o wartościowy czas w rodzinie. Rozmawiajmy, czytajmy, słuchajmy razem muzyki, oglądajmy wspólnie ulubione programy lub ciekawe filmy, grajmy w planszówki, gotujmy, uprawiajmy sporty, podróżujmy i co tylko przyjdzie nam do głowy, byle był to czas naprawdę spędzony razem. Nawet jeśli będzie on krótszy, niż chcielibyśmy. W tym wypadku mniej oznacza lepiej. Dobre relacje są nie tylko świetnym antidotum na stres, ale – jak wskazuje znane badanie harwardzkie – także źródłem szczęścia. Dajmy także dziecku możliwość ponudzenia się, pobycia samemu ze sobą, z książką, z rówieśnikami – to służy kreatywności.

Dużo mówisz o radości, zabawie, pozytywnym wzmocnieniu.
Identyfikuję się ze słowami Janusza Korczaka „kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat”. Nawołuję więc dorosłych, by traktowali młodych jako myślące i czujące istoty, by tworzyli im warunki na odczuwanie radości ze zdobywania nowych informacji i eksplorowania świata wiedzy, by zadbali o ich poczucie bezpieczeństwa i możliwość rozwoju na różnych płaszczyznach, wzbudzali ciekawość świata, ludzi, różnych idei, zachęcali do samodzielnego myślenia i kreatywności, motywowali do działania i rozwijania zainteresowań. Wówczas wraz z wiekiem coraz wyraźniej budują oni swoją indywidualność, własną tożsamość i rozwijają skrzydła.

Jeśli będziemy obdarzać dzieci i młodzież zaufaniem, akceptować ich pasje i wybory, wspierać w rozwoju, wychowamy twórców tego świata, przecież jego przyszłość jest w ich rękach.

Jakub Tylman, pedagog, terapeuta, doradca metodyczny, autor książek. Kreatywny nauczyciel, inicjator akcji „Szkoły bez zadań domowych” i „Kolorowe świadectwa”.

Polecamy książkę: „Jak pokolorować szkołę”, Jakub Tylman, wyd. Mamania Polecamy książkę: „Jak pokolorować szkołę”, Jakub Tylman, wyd. Mamania

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze