Rodzice z ograniczoną odpowiedzialnością

fotochannels.com

reklama

Wielu rodziców dorosłych dzieci żyje w poczuciu winy, że źle je wychowali. A poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. Podpowiada, żeby za wszelką cenę wynagrodzić dzieciom krzywdę, ale niczego nie wynagradza, tylko oddala nas od rozwiązania faktycznego problemu – mówi psycholog Ewa Woydyłło, autorka książki „My – rodzice dorosłych dzieci”, mama dorosłych córek: Magdaleny i Natalii.

To bodaj pierwsza książka poświęcona znękanym, umęczonym rodzicom dorosłych dzieci. Jak wielka jest skala problemu?
– Skala w sensie statystycznym nie jest znana, ponieważ trudno byłoby tu dotrzeć do prawdy. To, co czują i myślą rodzice o swoich dzieciach, zmienia się – na tym polega specyfika emocjonalnych więzi. Bardzo często martwią się z powodu swoich dzieci, ale jednocześnie bronią się przed tymi uczuciami, bo są szalenie przykre. Przymykają oczy na wiele rzeczy, powtarzają sobie: „Nie jest tak źle, to tylko chwilowe”. Taka zmienna postawa zakłóciłaby sprawdzenie rzeczywistej skali problemu.

Ale pani się nim zajęła. Dlaczego?
– Ponieważ istnieje coś takiego jak doświadczenie psychoterapeuty. Może wykoślawione, bo przychodzą do nas głównie osoby, które doszły do ściany, zdesperowane, które już nie mogą dalej z tym problemem żyć. Niemniej widzę setki takich rodziców. Pytają mnie: „Co mamy zrobić? Nie możemy nic zdziałać, cierpimy”. Życie tych niemłodych przecież ludzi, którzy powinni mieć święty spokój i cieszyć się owocami swoich dokonań, jest często bardzo mocno zakłócone właśnie z powodu troski o dzieci.
 
Czy jednak czasem ich zmartwienia nie są wyimaginowane?
– Bywa, że problemy rodziców rzeczywiście wynikają z ich nietolerancji czy niezgody na styl życia dzieci. Pewna matka martwi się tym, że jej córka nie wychodzi za mąż, mimo że od trzech lat mieszka z chłopakiem.

Rodzice mają chyba prawo nie zgadzać się z wyborami dzieci?
– Oczywiście, mają prawo przeżywać na swój sposób wszystko, co dotyczy ich dzieci. Nigdy ich z tego powodu nie oceniam. Natomiast sugeruję, że może – w ramach własnego rozwoju – dobrze byłoby zacząć na przykład patrzeć niekrytycznie na decyzje swoich dzieci i zaakceptować ich sposób życia, zwłaszcza wtedy, gdy naprawdę nie ma powodu do zmartwień. To znaczy, kiedy dzieci nie niszczą swojego zdrowia i życia, nie przekraczają prawa i zasad moralnych.

A jeżeli jest powód?
– Powtarzam rodzicom: Jeżeli wasze problemy z dziećmi spędzają wam sen z powiek, to macie dwa wyjścia – zaakceptować je albo coś z nimi zrobić. Co? Odwołać się do istniejących w naszej społeczności sojuszników: sądów, policji, psychologa, czasami do rodziny, przyjaciół. Wtedy przestaniecie się bać, jakość waszego życia się polepszy, będziecie wygrani.

Niewielu rodziców jest w stanie zaakceptować problemy dziecka – chcą mu za wszelką cenę pomóc, choć nie potrafią. A z drugiej strony nie decydują się na szukanie tej pomocy u kogoś z zewnątrz.
– I właśnie na tym polega cały dramat. Bywają sytuacje, że dziecko trzeba ratować. Ale zacząć warto od siebie, bo większe szanse na to, aby pomóc dziecku, mają nie rodzice, którzy są wyniszczonymi, znerwicowanymi wrakami, ale ci, którzy wprawdzie nie mogą powiedzieć, że wszystko w ich życiu jest wspaniałe, ale mimo to umacniają się, dbają o siebie, pielęgnują swoje potrzeby. Wiem, że to może budzić kontrowersje, bo jak tu zająć się sobą, kiedy dziecko jest na dnie. Ale musimy pogodzić się z tym, że są rzeczy, na które nie mamy wpływu, no i nauczyć się rozpoznawać, czy nasze wysiłki są waleniem głową w mur, czy jednak jest jeszcze coś do zrobienia.
 
A może cały ból rodziców dorosłych dzieci bierze się stąd, że nie pogodzili się z utratą kontroli?
– Można odwoływać się do kontroli, dopóki dzieci są małe albo chcą nas słuchać. Moje dorosłe córki, mające już własne dzieci, w niektórych sytuacjach przychodzą i pytają wprost: Mamo, powiedz mi to czy tamto. Ale to one decydują, nie ja. I ja się wtedy strasznie cieszę. Czasami jednak mówią: Mamo, ja cię nie pytam o zdanie. Wtedy mogę zaakceptować ich głos albo szukać sposobu, żeby je przekonać. To, do jakich sposobów uciekamy się, żeby tylko osiągnąć cel, przypomina taniec – czasami kontredans, czasami tango milonga. Bierzemy dziecko na litość, na strach, dostajemy palpitacji serca, płaczemy. Ale nieraz istotnie trzeba chwycić dziecko za kołnierz, żeby nie upadło.

Są rodzice, którzy szukając ratunku, nigdy nie zdecydują się na radykalny krok. Wolą cierpieć.
– Piszę o tym w książce, że na szczęście czasami problem sam się rozwiązuje. Młoda osoba schodzi na manowce, a potem wraca. To też jest możliwe.

A jeżeli wbrew naszej woli dziecko postanawia wyprowadzić się z domu?
– Taki przykład: Młody człowiek chce wyjechać na studia do Irlandii, my jesteśmy temu przeciwni. Mimo to on stawia na swoim. Cóż nam pozostaje? Zaakceptować jego pomysł. Ale jeżeli skomentujemy jego decyzję tak: „No dobra, wyjeżdżaj, ale twoja noga więcej tu nie postanie”, to wtedy zatrzaskujemy przed nim drzwi. A tego robić nie wolno. Mam nadzieję, że z książki płynie przesłanie: Rodzice nie powinni zamykać przed dzieckiem drzwi. Każdy może to robić, tylko nie oni.

Okazuje się, że dużo prawdy jest w powiedzeniu: Małe dzieci  – mały kłopot, duże dzieci – duży kłopot.
– Anglicy z kolei mówią: To nie rodzice wychowują dzieci, tylko dzieci wychowują rodziców. Chodzi o to, że dzieci stawiają co chwilę przed rodzicami nowe wyzwania

Niektórzy rodzice nie są w stanie im sprostać, bo nie umieją (nie chcą, nie lubią) się uczyć. A przychodzi pora, żeby poszerzyć swoje rozumienie świata i na przykład przyjąć do wiadomości, że córka ma skłonności lesbijskie i zamieszkała razem z przyjaciółką. Dla rodziców to cios, dramat. Jeżeli jednak nie będą w stanie zmienić swych poglądów, to ją odrzucą.

 

Rodzice czują się winni.
– Pracuję z osobami uzależnionymi od alkoholu i wiem, jak bardzo poczucie winy przeszkadza w wyzdrowieniu. Ostrzegam rodziców przed tą pułapką emocjonalną. Poczucie winy to najgorszy doradca w naprawianiu błędów wychowawczych. Robi z nami coś takiego, że stajemy się bardziej ulegli, zakładamy filtr na oczy i widzimy tylko to, co chcemy widzieć. Staramy się przy tym wynagrodzić dzieciom krzywdę, a tak naprawdę niczego nie wynagradzamy, tylko oddalamy się od rozwiązania faktycznego problemu.

Twierdzę, że poczucie winy to odmiana narcyzmu. Narcyz chce nieustannie zwracać na siebie uwagę. To samo robi człowiek z poczuciem winy. Krzysio jest leniem, ale mama mówi: „To przeze mnie, źle go wychowałam”. A Krzyś jest istotą mającą wolną wolę, ulega różnym wpływom. Uważam, że to megalomańskie i destrukcyjne mówić, że wychowanie zależy tylko od nas. Przecież na nasze dzieci oddziałują i rówieśnicy, i mass media, i gry komputerowe. Nie stawiajmy się w roli Boga. Ja zresztą myślę, że to przede wszystkim Bóg, jakkolwiek go pojmujemy, najbardziej wpływa na to, jacy jesteśmy.

Napisała pani, że dziecko ma prawo zmarnować swoje życie. To mądra, ale i piekielnie trudna dla rodziców prawda.
– Bo to jego życie. Nawet gdyby rzeczywiście zbłądziło z naszej winy, to nie ma co się z tego powodu biczować. Trzeba się zastanowić, jaką zastosować metodę, żeby to zmienić. Pomóc może jedynie matka, która załatwi swoje poczucie winy w grupie, na spowiedzi, u psychoterapeuty. Nie umiałaś wychowywać przez 20 lat, to się z tego powodu nie zadręczaj, tylko zabierz do podniesienia swoich kompetencji.

Kompetencji? Rodzice sądzą, że w wychowaniu potrzebna jest przede wszystkim miłość.
– Zgoda. Tylko że bardzo wielu rodziców utożsamia miłość z sercem, czyli z bezgranicznym oddaniem, dobrocią. A ja dodałabym do tego jeszcze rozum. Jeżeli córka ukradnie koleżance koraliki, to mama kierująca się głosem serca sama je odda czy podrzuci, bo chce oszczędzić swojemu dziecku przykrych przeżyć. Tym samym nie pozwala córce na naprawienie błędu. Nie trzeba w takim przypadku od razu wzywać policji, ale na pewno powinno się dopilnować, aby winowajczyni poniosła konsekwencje.

Jakie jeszcze przesłanie kieruje pani w swojej książce do rodziców?
– Żyj i daj żyć dziecku. A jeżeli chcesz na nie wpływać, to musisz się liczyć z tym, że nie zawsze się to uda. Kobieta, która nie może się doczekać wnuka, niech np. powie z uśmiechem: „Życzę sobie na urodziny, żebym została babcią”. Prawdopodobnie prędzej dotrą do dziecka słowa wypowiedziane z humorem niż niewypowiedziana, ale demonstrowana dezaprobata, np. przewracanie oczami czy wymowne milczenie. Takich komunikatów nie wprost może ono po prostu nie zauważyć i potem zapyta: „A dlaczego nie powiedziałaś, że tak ci na tym zależy?”.

Inną ważną myślą mojej książki jest to, że ponosimy odpowiedzialność przede wszystkim za swoje życie.Czasami opowiadam moim pacjentom bajkę, którą wymyśliłam dla swojego małego wnuka. Kończy się  jak, że oto stoję u bram niebios i święty Piotr mnie pyta: „Powiedz mi, jak przeżyłaś swoje życie”. No to ja mówię, że nie mogłam przeżyć go dobrze, bo miałam męża alkoholika. A on dalej: „A jakie miałaś talenty?”. Ja: Pięknie śpiewałam. On: „No to pewnie zapisałaś się do chóru i rozwijałaś się w tym kierunku”. Ja: Nie, bo musiałam męża pilnować. Święty Piotr: „Zmarnowałaś talent”. I tak po kolei wyliczałam, czego nie mogłam zrobić. Aż w końcu święty Piotr wysłał mnie do czyśćca, żebym nauczyła się nie marnować tego, co dostałam. Co mogą zrobić rodzice? Wydać na świat dziecko i towarzyszyć mu najlepiej, jak umieją, przez kilkanaście lat, a potem już nie, bo nie mają kompetencji.

Jako rodzice wiele spraw często odkładamy na potem. Teraz musimy zarabiać, robić karierę.
– Moja książka może być takim memento dla rodziców małych dzieci. Żeby uświadomili sobie, że to życie strasznie krótko trwa, i żeby już od dzisiaj zaczęli wcześniej wracać do domu, nie odkładali budowania więzi z dzieckiem, bo ono potrzebuje towarzysza właśnie teraz. Jak nie zaprzyjaźnimy się z nim w dzieci stwie, to ta szansa przepadnie.

Pani to się udało?
– Myślę, że tak. Nie wiem, co bym dała, żeby przez chwilę pobyć z jedną z moich córek, takie są fantastyczne. Ale ja dopiero teraz spełniam się zawodowo, wcześniej zajmowałam się ich wychowywaniem. Ale nie zmieniłabym ani minuty swego życia. Żałuję jedynie tego, że nie zdecydowałam się na więcej dzieci. Z mojej książki płynie jeszcze jedno przesłanie – zachwyćmy się swoimi dziećmi! Nawet jeżeli wiele rzeczy nam się w nich nie podoba, to na pewno coś warte jest zachwytu. Mnie dawno temu nauczyła tego przyjaciółka, matka dziewczynki z zespołem Downa, pełna zachwytu nad każdym, nawet najmniejszym jej osiągnięciem. Wszyscy rodzice powinni tak traktować swoje dzieci. Tymczasem – paradoksalnie – im bardziej uzdolnione dziecko, tym gorzej je traktujemy, wyżej stawiamy poprzeczkę. A ono odbiera to jako sygnał, że nie jest dobre. Dla mnie, młodej wówczas matki, było to odkrycie na miarę rewolucji. Być może dzięki niemu teraz jako matka mogę powiedzieć: udało mi się.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »