Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Gdzie zjeść dobrego „hindusa”?


Kuchnia indyjska – kolorowa, pachnąca, idealna na zimę. Nic tak nie rozgrzewa jak mieszanka curry i świeży imbir.

Kuchnię indyjską poznałam dzięki ojcu, który mieszkał Londynie. Miałam chyba 15 lat, kiedy odwiedziliśmy Ealing – dzielnicę, którą upodobali sobie imigranci z Indii i Pakistanu. Szliśmy jej główną ulicą, a mnie kręciło się w głowie od kolorowych sari, oślepiającego blasku złota wystawionego w witrynach jubilerów, mocnego zapachu kardamonu i garam masali sprzedawanych na straganach. Weszliśmy do jednej z licznych restauracji. Na ścianach wisiały zdjęcia z monsunowego wesela, na które bogaci Hindusi potrafią wydać nawet 30 milionów funtów (tyle na ślub córeczki przepuści „stalowy” bilioner – Lakshmi Mittal). Na naszym stole pojawiło się mnóstwo miseczek wypełnionych mięsem z aromatycznymi, ostrymi sosami. Kęs za kęsem odkrywałam nieznane mi dotąd smaki, a łagodny hinduski kelner dolewał mi wody. Nigdy nie zapomnę tej uczty, po której dłonie długo pachniały przyprawami od wymazywania misek chlebkami naan. To wystarczyło, bym do Warszawy wróciła zakochana w Indiach. Na tyle mocno, by później małego, czarnego szczeniaka mieszańca labradora nazwać Masala – na cześć ostrej mieszanki przypraw. Kuchnię indyjską uwielbiam i polecam na przetrwanie zimy. Nic tak nie rozgrzewa jak mieszanka curry i świeży imbir. Oto lista miejsc w Warszawie, do których najchętniej udaję się na aromatyczne uczty. Mandala (ul. Emilii Plater 9/11) To jest mój absolutny numer jeden. Lokalizację ma bardzo klimatyczną, bo Mandala, restauracja i klub w jednym, znajduje się w małym ceglanym budynku na typowym śródmiejskim podwórku, gdzie można albo dostać w oko, albo trafić niepostrzeżenie do kina porno. Latem rozstawiane są tu stoliki, co szczególnie docenia mój wspomniany wyżej pies – Masala w Mandali ma spory wybieg i okazję do poganiania dzieci. Mandala w ogóle jest bardzo friendly. Obsługa się nie nadyma i nie strzela fochów. Jest bardzo sprawnie, serdecznie i kumpelsko –, dzięki czemu ja (myślę, że reszta gości także) czuję się tu swobodnie, jak u siebie. W środku jasno, z czarnymi stołami i krzesłami kontrastują pomalowane na biało ceglaste ściany ozdobione jedynie obrazem ogromnej, kolorowej mandali – symbolu tego miejsca. Nie ma tu pseudoindyjskich ozdób rodem z podwarszawskiego Bollywoodu, jest prosto, oszczędnie i bardzo nowocześnie. Mandala z pewnością odniosłaby sukces w Berlinie czy Londynie. Co tu jemy? Ach, aż boję się wymieniać, bo jestem taka głodna! W kuchni przy piecu tandoori stoi trzech kucharzy z Nepalu, więc cokolwiek zamówicie, będzie wyborne. Ja najchętniej zaczynam od samosy (14 zł) – kruchych, stożkowatych pierożków, które podaje się z dwoma sosami: zielonym miętowo-imbirowym i czerwonym z tamaryndowca. Jako danie główne wybieram klasykę: kurczaka tikka (21 zł), czyli pieczone kawałki kurczaka marynowane w sosie jogurtowym, albo kurczaka butter (25 zł) z pieca tandoori w sosie pomidorowo-śmietanowym. Trzeba zaznaczyć, że mięso w Mandali jest zawsze świetnej jakości, dlatego zamawiam tu jagnięcinę w zielonym curry, tajskich przyprawach, mleku kokosowym i trawie cytrynowej (26 zł) albo w wersji Masala (28 zł), podawaną w głębokim sosie. Do tego obowiązkowo naan – z masełkiem (8 zł), czosnkiem (10 zł) i miętą (7 zł). Jest tak, jak lubią Polacy – dużo i niedrogo. Bombaj Masala Kiedyś mikroskopijna knajpka na Mokotowie (ul.Starościńska 10/12 – obecnie w remocie). Dzisiaj przestronna restauracja wylegująca się na eleganckich salonach warszawskiego city czyli w budynku Atrium International (al. Jana Pawła II 23). Zrobiło się ekskluzywnie – pastelowe fotele, pikowane klubowe kanapy. Ceny jednak dalej pozostają przystępne, a dania na wysokim poziomie. Bombaj w biznesowym otoczeniu biurowców i hoteli czuje się wyśmienicie, co widać po menu lunchowym (od 19 zł za dania wegetariańskie i od 29 zł za dania mięsne). Smakołyki można popijać hinduskim piwem i rumem. A dla fanów większej ilości procentów – happy hour od poniedziałku do piatku w godzinach 16-18, do porcji zamówionego alkoholu druga gratis. Namaste India (ul. Nowogrodzka 15, ul. Piwna 14/16). Nie przestraszcie się wystroju. Wyczucie koloru u właściciela jest, delikatnie mówiąc, kontrowersyjne. Ściany w obu lokalach zostały pomalowane na jaskrawy pomarańczowy i zielony metodą przecierki i elegancko wykończone białymi zawijasami pod sufitem pieczołowicie utworzonych za pomocą szablonu. Gdzieniegdzie stoją słonie i inne bibeloty nieapetycznie gromadzące kurz. Ktoś kiedyś powiedział, że bardziej indyjsko to ma w domu – i coś w tym jest. Nie cofajcie się też odurzeni zapachem. Lokale mają ewidentnie problem z wentylacją – stężenie i tak mocnych hinduskich aromatów sięga śmiertelnej dawki. Warto jednak znieść te tortury, bo tu karmią jak u mamy. Hinduskiej oczywiście, jeśli sądzić po obsadzeniu obu miejsc przybyszami z Indii. Tutaj też na przystawkę zjecie samosy (ale zapłacicie za nie znacznie więcej niż w Mandali – 20 zł) wypełnione bardzo dobrym nadzieniem z jagnięciny, zielonego groszku i ziemniaków z dodatkiem kuminu (jak mawia Magda Gessler – „żeby bąków nie było”), choć serwowane bez sosów, dlatego łatwo się nimi zatkać. Prócz hinduskiej klasyki znajdziecie tu dania główne, które zachwycą nie tylko wegetarian: ziemniaka nadziewanego bakaliami i serem paneer (24 zł), podanego w głębokim słodkawym hinduskim sosie, oraz smażony ser przyprawiony ostrym, aromatycznym sosem z paskami świeżego imbiru (18 zł). Mięsne dania główne również są warte polecenia: aromatyczne i zrównoważone podaje się w miedzianych kociołkach z podgrzewaczem, szybko nie wystygną podczas długiej uczty. Curry House (ul. Żeromskiego 81) Trudno to miejsce nazywać restauracją, to raczej barek w baraku, w którym kiedyś mieściła się cukiernia. Miejsce dość obskurne, ale bardzo egzotyczne, szczególnie że wokół wznoszą się wieżowce Chomiczówki z lat 80., gdzie, jak śpiewał Sydney Pollack, pierwsza dziewczyna, pierwsza wódka. W tak wyjątkowych okolicznościach funkcjonuje skromna hinduska inicjatywa przyciągająca tłumy. Zdarza się, że na stolik w tej klitce czekać trzeba w kolejce na zewnątrz! W środku spartańskie warunki – kuchnia jest oddzielona od reszty lokalu parawanem, co z jednej strony skazuje nas na uwędzenie się w masali, a z drugiej – daje możliwość podejrzenia kucharzy. Jedzenie dobre, choć dla mnie zbyt słone. Warto sprawdzić! Marks & Spencer (ulubiony adres: Domy Centrum, ul. Marszałkowska 104/122) Hinduskie jedzenie ze słoika? Czemu nie, zwłaszcza że sosy proponowane przez brytyjską sieciówkę są wekowane bez dodatku chemii i konserwantów. Długo przeżywaliśmy z Kuchcikiem fascynację tym wynalazkiem. Wystarczy dokupić mięso, naan (mrożony też do dostania w M&S) i hinduska uczta gotowa!      


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI