Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

Gdzie jeść w Krakowie?


Czas na coming out: choć myślałam, ze w sumie to udało mi się przeprowadzić na dobre do Warszawy, to jednak to ściema. Mieszkam pomiędzy. I jem i tu i tu, sprawdzam, węszę, smakuję. Podzielę się dziś zarówno moimi krakowskimi odkryciami, jak i stałymi, sprawdzonymi adresami – tak, żebym nie musiała już spisywać ich na kartce moim jadącym do Krakowa głodnym przyjaciołom.

Minęło już trochę czasu od słynnego wystąpienia Stareckiej a propos krakowskich lokali gastronomicznych, teraz czas na update, zwłaszcza, że pod Wawelem – prawie dosłownie – usadowiły się filie warszawskich Charlotte i Czułego Barbarzyńcy, do czego nie można się chyba nie odnieść.

Zwłaszcza, że Charlotte krakowska jest cudowna. Usadowiona na Placu Szczepańskim tuz obok hipsterskiej Bomby kreuje to samo napięcie, co w Warszawie z Planem B, tylko jakoś tak przyjemniej. I czyściej tu jest (w obydwu lokalach, co akurat w przypadku porównania do Planu niczym nadzwyczajnym nie jest…) i wszyscy się zastanawiają „skąd w Krakowie te piwnice?”, bo krakowska Szarlota faktycznie ma imponujące, JASNE (co jak na Kraków jest cudem) dzięki pięknym świetlikom w suficie, piwnice. Do tego menu krakowskie jest rozszerzone! Oprócz śniadań, kanapek (sery, rilettes, rostbef, szynka z Bayonne), croques monsieur i madame, pain perdu (wszystko pyszne) – można tam jeszcze dostać sałatki… I od rana kawę, lemoniadę i wino. Stoliki na zewnątrz są wdzięczne, otwarte jest do północy, choć byłam tam i o drugiej w nocy… Kraków ma jednak swoje prawa…

Na szczęście to nie jedyne miejsce, gdzie w Krakowie można zjeść śniadanie. Pierwszym moim wyborem jest Moment na Kazimierzu, gdzie w karcie króluje niezwykły wybór zestawów porannych, łącznie z fitness i klasycznym angielskim. Ja tam ostatnio chodzę na tosty z kozim serem, rucolą i RABARBAREM.

Genialne! Inne śniadania? Klasyczny talerz jak z domu wczasowego w Kolorach jest ponadczasowy i najlepiej smakuje w niedzielę, gdy przed kawiarnią tętni targ z ciuchami i niemieckimi słodyczami slash proszkami do prania… W Kolorach, czyli Les Coleurs, koniecznie skosztujcie też ciasta, jak jest to bywa mistrzowskie. Wilgotna czekolada z gruszką jest zrobiona tak, ze nie wiadomo, co dokładnie rozpuszcza się na języku, ganache czy jakaś forma aromatycznej plechy… I w końcu opcja, którą wybieram rzadko, ale za to idealna na specjalne okazje: Metropolitan z american pancakes, który sprawia, ze w centrum Krakowa możemy się poczuć jak w – nie przymierzając – Bostonie…

Jak mnie pytają gdzie jeść w Krakowie moja pierwsza odpowiedź to Zazie. Wiem, ze Starecka się już na jego temat rozwodziła, wiem, ze ja piszę i gadam o Zazie przy każdej możliwej okazji, ale to naprawdę jest coś. Miło, obsługa cudowna, właścicielka Ola, z którą można porozmawiać o Rolandzie Barthesie, piękna i mądra, karta genialna i niedroga. I najlepszy deser świata – słynna brioche z creme anglaise i owocami leśnymi. Zazie to powinien być wasz pierwszy wybór, jeśli jesteście on a budget i nie chcecie zahaczać o Ancorę (z gotującym Adamem Chrząstowskim, który nauczył mnie jeść jesiotra i policzki różnych zwierząt) restaurację Hotelu Unicus z Rafałem Targoszem, czy La Fontaine, Trzy Rybki, Pod Różą lub Copernicusa… Ja bym jednak wydała parę groszy i wstąpiła do uroczystego i idealnego na randeczkę przy świecach (nie wierzę, że to napisałam…) Resto Illuminati, gdzie Michael Cooney, Irlandczyk z temperamentem, nie soli, za to cyzeluje smaki. Skubaniec potrafi przemycić w walizce najlepszego wędzonego łososia ze Szkocji.

Jak nie w Zazie, to gdzie? Jeśli jesteście na Kazimierzu, KONIECZNIE wpadnijcie do Love Krowe, gdzie w przepięknej nowej przestrzeni Ola z ekipą prześlicznych dredziastych kucharzy serwuje genialne burgery. Jeśli jesteście w centrum i macie ochotę na coś z mąki i genialną, naprawdę genialną kawę – czeka Karma: kawałek Nowego Jorku w Krakowie, dyskretnie wegetariański. Trzy kroki dalej na Krupniczej jest świetny Naturalny Sklepik w małym domku ukrytym na podwórku kamienicy (i choć przed rosną malwy, a w środku czekają włoskie sery i świeże owoce morza to i tak na myśl przychodzi mi zawsze Alicja w Krainie Czarów) i kalabryjczyk Cesare ze swoją trattorią. Podobno dobrze nadal jest w Trufli, a na tej samej ulicy jest też Del Papa z malowniczym ogródkiem. No i superekstraniebywalekrakowski Camelot z moimi ukochanymi obwarzankami z serem żółtym (prostota tego dania polega na tym, że mają dobre obwarzanki, te nasze bajgle inaczej) i genialnymi lodami różanymi. Jeszcze dalej na Tomasza (wychodzi na to, że kulinarny spacerek warto wykonać właśnie tam) jest fromageria La Petite France z fajnymi lunchami oraz niezbyt dobra, ale za to ze spektakularnym widokiem z dachu – stołówka Akademii Muzycznej, jeden z insajderskich adresów: za darmo zobaczycie tu naprawdę cały Kraków.

Włosi? Niezmiennie od iluś lat ufam Al Dente z sardyńskimi specjałami i królującym w karcie malloredusem (makaronem w kształcie robaków) z ragu z sycylijskiej kiełbasu, pecorino i szafranem. To danie jest tak sycące i tak intensywne w smaku że ja zamawiam pół, ale zawsze muszę, choć drapie mnie w gardło i wypijam do niego mnóstwo wina… Pizza? Jest tam niezła, choć mistrz, który kiedyś tam pracował odszedł do Pomodorino – restauracji w byłym sklepie zabawkowym już poza głównym szlakiem turystycznym. Niedaleko jest też Pizza Garden, z podgrzewanymi tacami na których leży wielka i naprawdę genialna pizza. Znacie te miejsca, w których jest tak brzydko, że nigdy byście tam nie weszli, ale jedzenie jest tak dobre, że nawet tego nie zauważacie – to ten przypadek. Skosztujcie koniecznie biancy z ricottę i solą morską…

I zaprawdę, powiadam wam, nie musicie wtrążolić koniecznie zapiekanki w Okrąglaku, jeżeli imprezujecie na Kazimierzu, naprawdę. Parę metrów dalej macie genialny grill z pieczonymi oscypkami, kaszanką i kiszonymi paprykami, po drugiej stronie można zjeść gulasz z serc, a za rogiem rozłożyła się sycylijska Coca. Od podawanych w tej mini – dziupli na ulicy Kupa canolli z ricottą (tak tak, te od „Ojca Chrzestnego”, gdzie mówią „Zostaw broń, weź cannoli”) można się uzależnić szybciej niż od kokainy, do tego jak zrobią bułeczki drożdzowe z ricottą i czekoladą, albo arancini (czyli tytułowe „pomarańczki” komisarza Montalbano z serii moich ukochanych kryminałów, kuleczki z ryżu smażone na głębokim tłuszczu) albo podadzą wam Normę lub nawet makaron z ragu lub domowym pesto za parę złotych – będziecie chcieli się tu przeprowadzić.

Myślę co przegapiłam… Słodki szlak? Tarty w Miejscu mają najlepsze ciasto pod słońcem i są pieczone z miłością każdego ranka (wiem, czasem mogę nawet pomieszać składniki).

Lody na Starowiślnej warte są kolejki. Podobnie z tymi u Sycylijczyków na Sławkowskiej – tu też uformowały się już zresztą komitety kolejkowe. Po drugiej stronie ulicy macie More Than A Cookie – amerykańskie ciasteczka z chrześcijańskim rodowodem, które mimo tego przełykam z radością. Amerykańska wielopokoleniowa tradycja piekarnicza stoi też za Julie, która robi najlepsze w Polsce cupcaki w Cupcake Corner (koniecznie skosztujcie śniadaniowych muffinów, ja kocham ich pomarańczowe ciastka, mimo, ze na co dzień mnie kompletnie nie interesują…). Do tego warto zajść do Sheratona, który ma niezwykle utalentowanego szefa odpowiedzialnego za desery (mus z marakui z ciasteczkami amaretti…),

a tartę cytrynową w Nowej Prowincji chyba wszyscy znają (jak już tam będziecie nie opierajcie się bundzowi w zatarze). Przed wszelkimi świętami chodziłam zawsze do cukierni Cichowskich na Starowiślną (działą od 1945 i ma staroświecki urok…) gdzie makowce, ciastka drożdżowe i torty robione są tak jak należy. Ich ciastka grylażowe to orgazm… A przed Wielkanocą pieką ciasto bakaliowe takie, ze do tej pory prawie płaczę jak o nim myślę.

Ostatnie odkrycia? Oczywiście przepiękny, dekadencki Hotel Francuski i rządzący tam od niedawna Adam Gessler – tam w odróżnieniu od warszawskich Kucharzy do wyboru do lunchu są genialne słodycze.

Syryjczyk na Wawrzyńca, który zagnieździł się w sklepie z kurczakami i kompletnie nie chce sukcesu, który go spotkał, bo jedzenie „ma być wydane porządnie a nie szybko”. I naturalizowana polska meksykańska rodzina (babcia z Polski podobno przemycała w tamales farsz do ruskich) z Alebriche na Karmelickiej, która przedstawiła mnie prawdziwemu mole.

Mogłabym chyba tak bez końca. O kimś zapomniałam? Na pewno… Cieszę się, będzie okazja, żeby napisać erratę.

(PS. Czy ktoś może mi napisać jak stoją Korvy w niezwykłym fake’u szwedzkiej stołóweczki na ulicy Długiej? Ciepłe paluchy z ciasta wypełnione mięsnym lub pieczarkowym farszem, oblane lekko topionym masłem i posypane czarnuszką to jedna z najdziwniejszych przekąsek krakowskich o nieustalonym bliżej rodowodzie, ale za to tak pysznych… Są jeszcze?)


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI