Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Kozak szuka wege


Ostatnio trochę wszystkiego za dużo, za szybko. Przyjemnie, ale z opłakanymi dla organizmu skutkami. Chińska pani doktor powiedziała to tak, to nie. A ja biedna błąkam się po mieście i szukam leczniczego jedzenia. I tęsknię za krakowskim Momo.

Każdy, kto kiedykolwiek próbował leczyć się/oczyścić takimi metodami, wie: przede wszystkim wyrzucamy mleko, za nim idzie biała mąka i cukier. Jak jeszcze macie parę swoich uczuleń jedzeniowych (ukochana ciecierzyca z humusu… tofu też średnio), to co zostaje? Mnóstwo opcji, o czym przekonuję się, robiąc genialny gulasz z okry, ucząc się każdego dnia, jak przyrządzić jaglankę (podzielcie się przepisem!), adaptując quinoę i tęskniąc za bulghurem z żurawinami z Wholefoods i nie odmawiając sobie czerwonego tuńczyka czy steku. Wegetariańskie, około pięciosmakowe kombinacje w wykonaniu Pawła sprawiają, że moje uradowane serce i żołądek zamieniają się w jeden zdolny tylko do miłości organ. Bo jakby czujecie – curry z arbuza???

Problemy zaczynają się, kiedy trzeba spędzić dzień na mieście. Kiedy przemieszczając się z kawiarni do knajpki i restauracji, należy coś zamówić. Nie chcę pamiętać już oszukującej mnie ekipie z warszawskiej Green Coffe, która zapomina powiedzieć o nabiale w wrapie, ale GRILUJE MI KIEŁKI (może chcieli, żeby wyrosły w cieple w sałatę?) i ociepla pomidora. Ani o chłodnym dreszczu, który przeszedł Mandę i mnie, kiedy przekroczyłyśmy progi krakowskiego Baru Ekologicznego Spółdzielnia. Żar lał się z nieba, na pobliskim straganie orgiastycznie pęczniały warzywa, a w menu Spółdzielni była potrawka z ciecierzycy z kapustą kiszoną. Co będą podawać, kiedy skończą im się zimowe zapasy? Nie wiadomo…

Jako chwilowo niejedząca białej mąki nie mogę spożyć większości z jedzenia oferowanego przez stołeczne lokale wegetariańskie, które uznają, że strączkowe i pierogi, naleśniki, często z twarogowym nadzieniem – załatwią sprawę. Otóż nie.

A przecież się da. Da się robić dania z raw food. Da się z ciemnych mąk, da się na świecie nawet z mąki kasztanowej (baby-octopus/ośmiorniczki w winie z kolendrą zagęszczane mąką kasztanową wspominam jako jedną z najlepszych rzeczy, jakie jadłam w życiu, choć sama nigdy bym chyba na to połączenie nie wpadła). Da się użyć zahtaru i tamaryndowca. A tu nic. Nic świeżego, nic wegańskiego, nic dla tych, co mają uczulenie na laktozę. Dramat. Mój chwilowy eksperyment uświadomił mi jedzeniowe dyskryminacje. Nie będę pisać tu, że gdybym była w Nowym Jorku albo Londynie… Nie wyliczę, co mój przyjaciel, wegetarianin Wojtek je w San Diego i czym mu nadziewają orchidee. Napisze o Momo.

Momo to żaden tam cud świata. To barek, stołówka wegetariańska od lat mieszcząca się w tym samym miejscu w Krakowie, na Dietla. W zależności od czas, który minął od ostatniego malowania trochę bardziej lub mniej burą, z ciągle tą samą ladą chłodniczą i starymi, ale czystymi stołami. To, co się liczy w Momo, to czarna tablica, na której od lat co najmniej dziesięciu zapisane kredą są podobne dania: stałe klasyki i trzy wariacje. I nikomu się jeszcze nie znudziło. A Aloo Phat (czy tak się nazywała ta potrawka?) – ziemniaki cytrynie z groszkiem i bakłażanem śnią mi się po nocy. Podobnie jak ziemniaczki do Masali Dosy i słone lassi. I migdałowy serniczek… I te sałatki zawsze ze świeżych warzyw.

Nieoceniony Michał Lichtański zrobił tam dla mnie dziś na szybko zdjęcia, bym nabrała jeszcze więcej apetytu na Momo.

A może ja po prostu nie wiem, gdzie chodzić? A może muszę ruszyć leciutko w prawo lub lewo, by coś na mieście dobrze zjeść wege i jeszcze, żeby się siedzieć dało? Przyznaję się do niewiedzy. Do tego, że jestem neofitką i przyjmę baty. Dołączam się do apelu Stareckiej – podzielcie się swoimi wege i wegan czy raw adresami, kiedyś każdemu się mogą przydać…


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI