Marzenie o człowieku 2.0 – cykl „Obrazki z przyszłości”

Mamy już ratujące życie przeszczepy, implanty, dzięki którym możemy widzieć czy słyszeć, bioprotezy sterowane impulsami z mózgu… Te dary medycyny rozbudzają w nas jednak nienasycone apetyty. Bo czy z częściami zamiennymi nie moglibyśmy trwać w nieskończoność? Dlaczego to droga na manowce – tłumaczy psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.
– Kiedy ktoś bliski stanie na granicy życia, zdrowia czy sprawności, nie zastanawiamy się, sięgamy po wszelkie metody pomocy. Czy jest jakaś granica, za którą traktowanie ciała jak urządzenia z wymienialnymi elementami staje się groźne?

reklama

– Bruce Lipton w książce „Biologia przekonań” pisze, że każda komórka ciała ma tzw. receptory tożsamości. Dzięki nim wie, do którego organizmu należy. Jeśli się je usunie, komórka traci tożsamość i może być przyjęta przez każdy inny organizm. Nie ma wtedy zjawiska odrzucenia przeszczepu. To, że każda komórka ma zapisaną tożsamość, przejawia się też w inny, bardziej tajemniczy sposób. Jeśli ktoś ma przeszczepione serce, wątrobę czy nerkę, zdarza się, że doświadcza dziwnych stanów. Zaczyna mieć nowe upodobania i przeżywać uczucia, jakich do tej pory nie doznawał. Na przykład okazuje się, że lubi alkohol, choć go nie znosił, albo że nie pali, choć wcześniej kupował dwie paczki papierosów każdego dnia. To tak, jakby tożsamość przeszczepionych komórek została skopiowana do jego organizmu.

– Z tej perspektywy syntetyczne organy wydają się bardziej ludzkim rozwiązaniem niż przeszczepy. Tym bardziej że tzw. śmierć mózgowa, która upoważnia do przeprowadzenia przeszczepów, przez niektórych anestezjologów bywa kwestionowana jako koniec życia.

– Myślę, że z wielu powodów ludziom jest trudno uznać za własne sztuczne serce czy inne bioprotezy. Bo skoro człowiek po przeszczepie obcej tkanki odczuwa w sobie czyjąś obecność, to jak będzie się czuł z mechanicznymi częściami zamiennymi? Może jak maszyna? Oczywiście bioprotezy i inne urządzenia są fantastycznymi wynalazkami. Dzięki nim niepełnosprawni mogą radzić sobie bez pomocy innych. Czytałem np. o tzw. szkielecie zewnętrznym, który ma umożliwić aktywne życie ludziom starym i inwalidom, nawet tym z uszkodzonym kręgosłupem. To bezcenne.

Warto jednak też zastanowić się nad tym, jak to zrobić, żeby nie było tylu ludzi niepełnosprawnych. Przestać ścigać się na wskaźniki ratowania życia nawet wtedy, gdy to życie nie ma biologicznych szans przetrwania. Zastanowić się nad sensem przedłużania życia poza granicę nieuchronnej, biologicznej degeneracji mózgu. Uważa się na przykład, że coraz powszechniejsza choroba Alzheimera jest negatywnym skutkiem przedłużania życia ciała poza granicę wydolności starzejącego się mózgu (na razie nie da się go przeszczepić i chyba nikt nie próbuje). To są trudne sprawy, o których jednak nie można bać się mówić, bo inaczej jako cywilizacja zbłądzimy na manowce.

– Ale nasza kultura opiera się na pogoni za wieczną młodością. Ci, którzy określają siebie jako transhumanistów, wierzą, że dzięki integracji technologii z nami samymi uda się stworzyć istotę wolną od chorób i śmierci – Człowieka 2.0. Nazwa tej nowej doskonałej istoty nawiązuje do języka, jaki stosuje się w informatyce, mówi się np. o Web i Web 2.0, czyli lepszej wersji serwisów internetowych. Transhumaniści pytają: „co jeszcze stworzyłby Goethe, gdyby nie umarł?”.

– Gdyby Goethe nie wiedział, że czeka go nieunikniona śmierć, toby z pewnością nic nie stworzył. Bo to świadomość przemijania sprawiła, że szukał sensu i miłości, że chciał po sobie zostawić świadectwo. Świadomość przemijania jest niezbędna, abyśmy mogli czuć się ludźmi, chcieli poszukiwać odpowiedzi na najważniejsze pytania: Skąd się wzięliśmy na tej planecie? Jaki jest sens naszego życia? Co się z nami stanie po śmierci? Te pytania od początku napędzały człowieczą refleksję, twórczość, religie i duchowe praktyki.

– Człowiekowi 2.0 religia nie będzie potrzebna, wystarczy mu technologia.

– Egzystencjalne pytania, mistyczne doświadczenia proroków i wyrastające z nich religijne metafory zanikną tylko wtedy, gdy stworzymy istotę pozbawioną samoświadomości. Ale to nie będzie nadczłowiek, lecz nieczłowiek – dobrze skonstruowany robot, hybryda mechanicznych i biologicznych części pozbawiona ludzkiego mózgu. Dla kogoś/czegoś takiego egzystencja przestanie być zagadką. Tak jak nie jest zagadką dla samochodu, któremu można wymieniać wszystkie części i teoretycznie w nieskończoność utrzymywać na chodzie. Ale także zamienienie człowieka w perpetuum mobile, które trwa w nieskończoność, odbierze życiu sens i sprawi, że zerwiemy nasze – i tak coraz gorsze – relacje z przyrodą. Uwięzienie w tak egocentrycznie rozumianej nieśmiertelności stanie się z czasem piekłem. Przed takim właśnie piekłem ostrzegają legendy wampiryczne. Klasyczny wampir to nieszczęśliwa, skazana na wieczną ciemność męska istota uwięziona w zasilanej krwią innych (najczęściej kobiet) nieśmiertelności. Dlatego pozbawienie jej życia za pomocą osikowego kołka jest wyrazem graniczącego z bohaterstwem współczucia, na które stać obdarowanych łaską wiary. Jako gatunek jesteśmy niewątpliwie od dawna wyzutym z pokory patriarchalnym wampirem. Nasze legendy ostrzegają nas jednak – nie tędy droga.

– Ale i w tę symbolikę wkracza technologia. W serialu „Czysta krew” dzięki wyprodukowaniu syntetycznej krwi wampiry przestają zagrażać ludziom.

– Mówiąc patetycznie: To nasze wampiryczne ego żywi krwią przyrody, planety swoje złudne marzenie o Człowieku 2.0. Poszukiwanie wyłącznie technologicznych rozwiązań jest leczeniem objawów, a nie przyczyn, i doprowadzi do zagłady naszej cywilizacji i życia na ziemi. Czytałem ostatnio, że odchodzi się od pomysłu redukcji emisji CO2. Ponoć jest pozbawiony ekonomicznego sensu, bo wymaga ograniczenia produkcji, zwiększy bezrobocie. Zahamuje wzrost gospodarczy i obniży zyski. Rozważa się więc utworzenie wokół ziemi warstwy sztucznych chmur złożonych ze związków siarki i aluminium, które będą odbijać część promieni słonecznych. Nikt się nie przejmuje tym, że zmniejszy się ilość światła, co odbije się na zdrowiu ludzi i na wegetacji roślin, że związki te, opadając na ziemię, zatrują glebę. Najważniejsze, że dzięki temu dalej będziemy mogli się bogacić. Czy nasza planeta nie przypomina „Titanica”, z oszalałą załogą, która nie zmienia kursu, choć wie, że płynie wprost na lodową górę?

– Można za taką górę uznać próby tworzenia sztucznych chromosomów czy ingerencję w geny. Ale są tacy, którzy twierdzą, że dzięki nim już dziś można by uwolnić świat od wielu chorób. Powstrzymują nas tylko przesądy…

– To nieprawda, że można pokonać ludzkie choroby dzięki manipulacji genetycznej. Można najwyżej zmniejszyć prawdopodobieństwo ich pojawienia się. Badania nowoczesnej biologii (New Biology) już od prawie 20 lat podważają teorię determinizmu genetycznego. Okazuje się, że to nie geny decydują o stanie naszego ciała i odporności, lecz to, co je uaktywnia. A uaktywniają je sygnały z otoczenia i to, w jaki sposób są one interpretowane przez nasze mózgi. Niestety, wiedza o wpływie warunków życia i sposobu myślenia na aktywność genów z trudem dociera do tzw. opinii publicznej. Czyżby świadomość, że możemy mieć wpływ na nasze zdrowie i życie, nie podobała się sprawującym rządy nad naszymi ciałami i umysłami? Trudno się im dziwić – rzadziej chodzilibyśmy na zakupy.

– Może więc i choroby – jeśli spojrzeć na nie z innej perspektywy – mają sens?

– Choroby cywilizacyjne są sygnałem, że w naszym otoczeniu następują niekorzystne dla naszych organizmów zmiany. To sygnał, że coś z naszą cywilizacją jest nie tak, że zaczyna zagrażać życiu. Tymczasem my nie próbujemy zlikwidować przyczyn tych chorób, skupiamy się jedynie na leczeniu ich objawów. Tak niedorzecznie postępujemy wobec epidemii cukrzycy. Cały wysiłek idzie w to, żeby jak najlepiej ją leczyć, a tylko coś przebąkujemy, jak jej zapobiegać. Dlaczego? Bo musielibyśmy powiedzieć, że czas zupełnie zmienić nasze nawyki żywieniowe i przestać przepuszczać przez żołądki ogromne ilości produkowanej przemysłowo żywności, która ma niewiele składników potrzebnych do życia, a coraz więcej ulepszaczy i toksyn. Gdybyśmy chcieli uratować ludzkość przed epidemią cukrzycy, musielibyśmy zmienić filozofię i technologię produkcji żywności. Ekolodzy alarmują o tym od lat, ale mało kto ich słucha. Przewiduje się, że w Ameryce co trzeciemu dziecku urodzonemu po 2010 roku grozi zachorowanie na cukrzycę.

– Nie możemy żywić się tak jak nasi praprzodkowie tylko tym, co sami posadzimy i zbierzemy. Możemy za to korzystać z zaawansowanej technologii, pokonując zagrożenia, jakie niesie cywilizacja i życie.

– Po co poświęcać tyle uwagi technologii, skoro nie wykorzystujemy w pełni możliwości, jakie ma nasz mózg? Specjaliści twierdzą, że mózg w każdej sekundzie odbiera cztery miliardy impulsów – informacji, z czego uświadamiamy sobie tylko dwa tysiące. Może ci, którzy mają zdolność intuicyjnej diagnozy, leczenia energią, jasnowidzenia czy komunikowania się z roślinami, zwierzętami czy duchami, po prostu potrafią wykorzystywać więcej informacji? Zdolność do korzystania z większej ilości informacji wynika z naszych głębokich przekonań na temat tego, co jest możliwe. W tym sensie świat, jaki widzimy, jest projekcją naszych o nim przekonań. Dlatego przekonani o tym, że Słońce kręci się wokół płaskiej Ziemi, na przekór świadectwu zmysłów i oczywistych dowodów przez dziesięciolecia nie mogliśmy zobaczyć, jak jest naprawdę. Jeśli więc tylko zmienimy przekonania na temat tego, co jest możliwe, okaże się, że te możliwości w naszych mózgach od zawsze istniały. Ten proces nazywa się poszerzaniem świadomości. Czyż nie tym powinniśmy się zająć? Czyż nie jest to najwłaściwsza droga wyjścia z cywilizacyjnych kłopotów?

– W jaki sposób można to osiągnąć?

– Medytacja, mindfulness, modlitwa ciszy, ćwiczenie się w obecności/przytomności, w byciu tu i teraz. To wszystko, co pomaga nam uciszać zgiełk nawykowych myśli i przekonań, prowadzi do poszerzania naszej świadomości, do znajdowania odpowiedzi na dręczące nas pytania. Czynienie z człowieka wiecznie żywej maszyny niczego nie da. Nawet doskonała maszyna nie będzie zdolna do intuicyjnego myślenia, twórczości, poszukiwania wolności i miłości. Czytałem kiedyś opowiadanie jakiegoś czeskiego pisarza o człowieku, który zakochał się w idealnie zaprogramowanej do jego potrzeb kobiecie-robocie. Wszystko było idealne, ale zakochanemu mężczyźnie wciąż czegoś brakowało. Udał się więc do punktu serwisowego i pożalił się programiście: „wszystko jest super, ale chciałbym się czuć przez nią wybrany”. Programista odpowiedział: „Program wolnej woli i zdolności dokonywania wyboru jest niewykonalny. A nawet gdyby był, nie będziemy go instalować, bo klienci nie życzą sobie bałaganu, który z tego może wyniknąć”.

– I tak trafiliśmy z powrotem do raju i Ewy, która zrywając samowolnie jabłko, dała początek ludzkości i jej cywilizacji.

Wojciech Eichelberger

www.ipsi.pl

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »