Szczęście znaczy flow

123rf.com

Co jest kluczem do szczęścia? Wielka miłość? Wymarzona praca? Obfitość? Uroda i zdrowie? Istnieje uniwersalna odpowiedź: najważniejsza w życiu jest umiejętność pływania, a właściwie zanurzenia się w rzeczywistości, w chwili, która właśnie mija, i płynięcia z tym, co akurat robimy, czego doświadczamy. Tylko tak możemy poczuć, że życie ma smak i głęboki sens, tłumaczy psychoterapeutka Jolanta Berezowska.
Słowo „flow”, czyli przepływ, robi ostatnio karierę. Nie tylko w kręgach rozwojowych, ale również w biznesie, jako patent na spełnienie zawodowe. Co to jest owe flow?
Słowo „flow” oznacza taki stan psychiczny, w którym osoba wykonująca jakieś zadanie jest w to, co robi, w pełni zaangażowana, jest zanurzona w działanie całym sercem i umysłem. To po prostu bycie w tym, co jest, płynięcie z prądem rzeki. Szukając zdjęcia na swoją nową stronę internetową, które pomogłyby mi wizualnie oddać to uczucie, znalazłam taki obrazek: pusta plaża, morze, kobieta leży w zagłębieniu wypełnionym wodą i czyta książkę. Jest w tę czynność kompletnie zaangażowana. Kiedy z nią potem rozmawiałam, powiedziała mi, że nie zauważyła, kiedy robiłam zdjęcie. Czytała w obcym dla siebie języku, zachwycona, że rozumie trudny tekst. Pomyślałam: „To jest właśnie flow”. W psychologii przepływ można określić jako stan uskrzydlenia, który towarzyszy wykonywaniu skomplikowanych zadań przy jednoczesnym wykorzystywaniu posiadanych już umiejętności. Pełnemu zaangażowaniu towarzyszy uczucie przyjemności i szczęścia. Przepływ to stan poza nudą i niepokojem. Nuda pojawia się, gdy robimy coś, co jest zbyt łatwe, a niepokój – gdy wykonywane zadanie jest zbyt trudne. W stanie „flow” pojawia się uczucie całkowitego pochłonięcia tym, co się robi. Można powiedzieć: bycia jednym z tym, co się robi. I tutaj dotykamy innego obszaru – stanu medytacji.

Medytacja kojarzy się z oderwaniem od rzeczywistości.
Tak nie jest. Dla mnie medytacja oznacza bycie obecnym. Z tym wiąże się uważność (mindfulness), którą Jon Kabat-Zinn definiuje jako szczególny rodzaj uwagi – świadomej, nieosądzającej i skierowanej na obecną chwilę. To doświadczanie wszystkiego, co się dzieje teraz. W stanie flow oprócz doświadczania pojawia się jeszcze aktywne działanie. Nasz tytułowy króliczek w stanie mindfulness jest, trwa, doświadcza, na przykład, zapachu marchewki, a w stanie flow – trzymając w łapce swój smakołyk – wykonuje najdłuższy skok w życiu. Przez wiele lat wyjeżdżałam na odosobnienia medytacyjne, wiele godzin trwania w nieruchomej pozycji wyzwalało też często stan flow – połączenia z możliwościami, zasobami.

Siedząc w pozycji medytacyjnej, mam całe ciało obolałe. Po co sobie zadawać ból? Życie jest wystarczająco bolesne.
To prawda. Jednak będę bronić tak ważnej formy medytacji, jaką jest nieruchome siedzenie. Kiedy siedzimy i coś nas zaczyna boleć, a my tej pozycji świadomie nie zmieniamy, tylko to obserwujemy, uczymy się lepiej znosić to, że w życiu też bywa niewygodnie i trudno.

Nie lepiej po prostu zmienić pozycję?
Jeżeli można – to dlaczego nie? Tyle że nie zawsze się to udaje. Są ciężkie choroby, sytuacje, na które nie mamy wpływu, tracimy bliskie osoby, wyrzucają nas z pracy itp. Niewygoda, ból są częścią życia. Trwanie w nich z pogodą ducha to wielka sztuka. Jeśli uda nam się nie walczyć, nie opierać, tylko wejść w takie doświadczenie całym sobą, cierpimy mniej. Kiedy nie chcemy zaakceptować tego, co czujemy, boli bardziej. Taki opór potrafi skończyć się depresją. Wczoraj przyszłam do domu i było mi ciężko, przeżywałam trudną sytuację. Pomyślałam: „O nie, nie będę siedzieć z tym sama!”. Wzięłam za telefon: dodzwoniłam się do przyjaciółki i zaczęłam płakać. A ona powiedziała: „Jestem w pociągu, nie mogę teraz, za pół godziny oddzwonię”. Rozłączyłam się, ale płakałam dalej. Ona oddzwoniła, a ja powiedziałam: „To już minęło”. Ale dzięki temu, że do niej zadzwoniłam, udało mi się otworzyć tę tamę. Pozwoliłam łzom płynąć i w ten sposób puściłam cały smutek związany z tą sytuacją. Teraz go nie czuję. To stało się możliwe, bo zrobiło się miejsce na inne emocje. Życie to nic innego jak ciągły przepływ, jeśli mu nie przeszkadzamy, wszystko zmienia się z chwili na chwilę. Uczucia, stany, okoliczności, my sami. Stałość to iluzja, którą podtrzymujemy, by zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa. A więc można powiedzieć, że są różne znaczenia słowa „przepływ”.

Niby tak, ale puścić się z prądem rzeki nie jest łatwo…
Rzeka życia unosi nas cały czas. Powstają pytania: Jak my płyniemy, świadomie czy nieświadomie? Płyniemy z prądem czy próbujemy zatrzymać bieg tej rzeki? Inną piękną metaforę możemy znaleźć w wierszu Rumiego, w którym porównuje nasze życie do domu, do którego przychodzą goście, a my otwieramy im drzwi. I jednakowo życzliwie ich witamy, czy to smutek, złość, przerażenie, czy radość i wzruszenie. Jeżeli zabarykadujemy drzwi, nasz dom będzie pusty. Jeżeli zechcemy otwierać tylko niektórym, to niechciani goście ciągle będą czekać pod drzwiami niecierpliwie. Ale tylko w domu, który jest otwarty, w którym jest przepływ, jest miejsce na radość i ból – na wszystko – na życie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »