Matematyka picia

fotochannels.com

reklama

Polacy są coraz szczęśliwsi: badania CBOS pokazują systematyczny wzrost satysfakcji z życia – w zeszłym roku zadowolenie deklarowało aż 69 procent z nas. A jednak alkoholików przybywa. Już co piąty Polak jest w grupie pijących ryzykownie, pije coraz więcej ludzi sukcesu oraz kobiet – szczególnie singielek i rozwiedzionych. Paradoks? – rozmowa z Katarzyną Miller i Wojciechem Eichelbergerem.


Dlaczego pomimo wzrostu poziomu życia coraz więcej ludzi sięga po alkohol?

– K.M.: Alkoholizm to wypadkowa wielu rzeczy. Wychowania, kultury, genów, wrażliwości… W uproszczeniu można powiedzieć, że kobiety piją, bo sobie nie radzą z samotnością. A samotności dziś coraz więcej. W dodatku kultura wciąż nakazuje im „ułożyć sobie życie”. Mężczyźni piją, bo wstydzą się swojej nieporadności – w szczególności w kontaktach z kobietami, ale też w pracy, w życiu. Świat wymaga, by byli więksi, wspanialsi, niż są. Nikt nie daje sobie miejsca na słabość. Trzeba się wyrabiać, mieć coraz więcej, być kimś.

– W.E.: Żyjemy w cywilizacji uzależnień. Potrafimy się uzależnić od wszystkiego. Alkohol jest jednak szczególnie groźny, bo wpływa na biochemię układu nerwowego. W dodatku intoksykacja alkoholowa jest ogólnie akceptowana. Dlatego alkoholizm jest najpowszechniejszym z uzależnień. Prawie nic w polskiej tradycji nie odbywa się bez alkoholu. Łatwo jest więc uzależnionym mieścić się w tak zwanej społecznej normie. To sprawia, że alkoholicy oraz ich bliscy mogą bardzo długo nie zdawać sobie sprawy z tego, że dzieje się coś złego.

Cywilizacja uzależnień?

– K.M.: Jesteśmy oderwani od ciała, od ziemi – postrzegamy siebie jako samotne jednostki będące w centrum wszystkiego, a jednocześnie tak boleśnie nieznaczące wobec wszechświata. Wielu z nas nie umie kochać, czujemy się niekochani. Tęsknimy, nie wiedząc nawet za czym. A kultura pokazuje nam, jak temu zaradzić: konsumować. Więc uzależniamy się od konsumpcji. W Polsce dodatkowo rodzimy się w kulturze traumy. Mamy tuż pod skórą wojny, rasizm, antysemityzm, przesiedlenia, utratę domów, trudne rzeczy do przerobienia. I całą tę biedę i upokorzenie zmiatamy pod dywan, udajemy, że tego nie ma, że nas już to nie dotyczy. Choćby ustawienia hellingerowskie temu przeczą. W naszym polu pełno niezałatwionych spraw, bólu. Stąd tyle uzależnień, żeby tego nie dopuścić do głosu, żeby zagłuszyć nienazwane duchy w nas.

W badaniach Polacy jako przyczyny picia wskazują głównie to, że alkohol daje luz, poprawia nastrój oraz że piją z przyczyn towarzyskich…

– K.M.: I nie byłoby w tym nic złego. To zupełnie normalne i nie musi prowadzić do alkoholizmu. Problem się pojawia, kiedy ktoś nie potrafi sobie odmówić, kiedy przestaje umieć funkcjonować bez czynnika tłumiącego cierpienie, żyje z wizją soboty, kiedy się zresetuje…

– W.E.: Każde uzależnienie jest ucieczką przed czymś trudnym lub kompensacją jakiegoś braku. Na szczycie listy powodów, dla których ludzie sięgają po używki, jest brak miłości. Czują się niegodni tego, by kochać i być kochanymi. Alkohol skraca dystans, pomaga się otworzyć i ogrzać we wspólnotowej iluzji: po pijaku bratamy się ze wszystkimi. Innym powodem picia jest trwałe poczucie wstydu. To może być jakaś tajemnica, której nie potrafimy unieść, budząca odruch samopotępienia lub lęk przed kompromitacją. Wtedy pijemy z niemal świadomą intencją samozniszczenia. „Zapił się na śmierć” – mówi się o takich przypadkach.

– K.M.: Alkoholizm to właściwie samobójstwo, tylko rozłożone w czasie.

– W.E.: Pijemy, by znieść rosnące wymagania oraz nadmiernie represyjne superego. Udajemy kogoś lepszego, również przed sobą, nie pozwalamy sobie na wyrażanie prawdziwych uczuć i potrzeb. A po alkoholu one wychodzą. Jeśli więc nie potrafimy znaleźć innych niż alkoholowe okazji, by się otworzyć i być sobą, jeśli nie odważamy się zmieniać sytuacji, które nam szkodzą lub nie odpowiadają, groźba uzależnienia wzrasta.

– K.M.: Pijemy, bo alkohol działa antydepresyjnie. Niestety, tylko początkowo, w dłuższej perspektywie jest depresantem.

– W.E.: Coraz częściej pijemy z przemęczenia, napięcia i zesztywnienia. Tyle mamy we krwi hormonów stresu, tak jesteśmy nieustannie zmobilizowani, że nie możemy się rozluźnić, zregenerować, spać. Alkohol jest silnym środkiem przeciwbólowym i rozluźniającym. Uważamy go za świetny sposób na rozluźnianie się w sytuacji silnego stresu. W dodatku chcemy szybkiego efektu. Nie mamy czasu nauczyć się odpowiednich technik i ćwiczeń ani ich stosować. Dlatego alkoholików przybywa. Szczególnie wśród ludzi, którzy dotąd pili stosunkowo mało – profesjonalistów zarabiających dobre pieniądze. W tym środowisku alkohol działa szczególnie podstępnie. Bo klasa średnia nie pije na umór. Musi sprawnie funkcjonować następnego dnia. Dlatego proces uzależniania się, a potem uświadomienia sobie choroby może trwać długo.

Jednak nie wszyscy, którzy piją, nawet dużo, się uzależniają.

– K.M.: Powiem ci dlaczego. Ponieważ człowiekowi wychowanemu w tzw. wystarczająco dobrych warunkach alkoholizm się nie opłaca. Mówiąc wystarczająco dobre warunki, mam na myśli domy wcale nie idealne, tylko takie, gdzie więcej było bodźców dobrych niż złych. Taki człowiek czuje się na co dzień średnio dobrze. Zero, plus dwa na skali. A ten, komu stale brakowało miłości i poczucia bezpieczeństwa, ma zwykle kiepskie samopoczucie. Siebie ocenia nisko, myśli, że świat jest przeciwko niemu, że wszyscy mają lepiej niż on. To jest jakieś minus cztery–pięć na skali. Jeśli więc człowiek zaczyna z poziomu zero i alkohol wynosi go na poziom plus dwa, to jego zyskiem jest dwa. Jeśli ktoś na stałe żyje na minus pięć, a po wypiciu wskakuje na plus dwa, to jego zysk wynosi siedem punktów. To kolosalna różnica, bo żadna rzecz na świecie nie przynosi mu takiego skoku nastroju i samooceny.

– W.E.: Poza tym człowiek, który ma średnie samopoczucie w okolicach zera, czyli zdrowy, po przepiciu ma kaca, na którym samopoczucie mu zjeżdża do minus siedmiu.

– K.M.: Natomiast dla tego, który zawsze i tak jest na minusie, minus siedem to zaledwie kilka kreseczek w dół. To mała cena za niebiańską rozkosz. Opłaca się.

– W.E.: Matematyka alkoholizmu jest nieubłagana. Człowiek niczego nie robi, nie mając z tego korzyści. To niewygodna prawda. Człowiek sam decyduje, że warto zapłacić choć za chwilę tego kopa, za lot, za to, że spokojnie zaśnie.

– K.M.: Ludzie boją się prawdy, że są w jakiś sposób uszkodzeni. A jest to uszkodzenie, kiedy człowiek większość życia spędza w stanach minusowych. Spojrzenie takiej prawdzie w oczy wymaga wielkiej odwagi, oznacza przyznanie się do faktu, że bez leczenia, pomocy nie da się normalnie funkcjonować, być matką, ojcem, mężem, pracownikiem… Takich ludzi jest bardzo wielu. Picie pozwala tego nie widzieć. Przekazujemy sobie z pokolenia na pokolenie te rany, które się nie zaleczają, tylko się je zalepia plastrami. Dlaczego nasza cywilizacja jest cywilizacją gadżetów? Bo to są właśnie takie plastry. Nie leczą, ale zasłaniają. Ale bywa i tak, że uzależnienia ratują człowieka. Znałam wielu alkoholików, którzy zapili się na śmierć, ale znam też wielu, którzy wyszli z uzależnienia, czyli nauczyli się cieszyć życiem, odzyskali poczucie własnej wartości i wartości własnego życia. Udało im się to, bo w pewnym momencie sięgnęli dna. I się od niego odbili. To jest niesamowite doświadczenie, jakie dała mi praca z alkoholikami. Zobaczyłam, jak wiele są w stanie zrobić ludzie, którzy chcą żyć. Dzieje się tak najczęściej wtedy, gdy uzyskują pomoc, kiedy nie są samotni. Można uwierzyć w moc człowieka jako gatunku – podniesienie się z takich stanów i doprowadzenie się do rozkwitu jest możliwe.

– W.E.: Jedni piją, by się zabić, a drudzy, by poczuć, że żyją. Także w tej drugiej sytuacji potrzebna jest im pomoc w odzyskiwaniu luzu, wrażliwości i otwartości. Trzeba wyczyścić sprawy, które utrudniają im życie. Bez tego nie wyjdą z nałogu.

Wyjść z nałogu to nie znaczy przestać pić?

– K.M.: To początek pracy. Można przestać pić i nadal być tragicznie nieszczęśliwym człowiekiem. Autodestrukcyjnym i destrukcyjnym w stosunku do otoczenia.

– W.E.: To też bardzo ważny aspekt alkoholizmu. Z jego powodu cierpi całe otoczenie. Kwestia współuzależnienia wciąż jest zbyt mało podkreślana.

– K.M.: To temat rzeka. Współuzależnieni pomagają w piciu – choćby udając, że nic się nie dzieje, tolerując picie. Teraz w ogóle się rzadko mówi o alkoholizmie, o tym, że wzrasta liczba uzależnionych, że pije nie tylko margines, ale też młodzież, kobiety w ciąży, ludzie sukcesu. Tymczasem likwidujemy poradnie antyalkoholowe.

Lekarze też rzadko podnoszą ten temat. Badania mówią, że ponad 90 procent pacjentów nie spotkało się z pytaniem o to, czy piją.

– K.M.: A mnóstwo ludzi umiera z przepicia. Wiele przewlekłych chorób związanych jest z alkoholem. Leczymy te choroby, a nie przyczynę. Zapominamy, że jedna osoba pijąca wciąga w krąg picia całą rodzinę i jeszcze mnóstwo bliskich, którzy się czują bezradni. Bezradność jest najtrudniejszym uczuciem, ludzie nie chcą jej zaakceptować. Dlatego też żaden alkoholik, dopóki się nie leczy, nie uważa się za alkoholika, uparcie twierdzi, że sobie radzi. Istnieje określenie twarda miłość wobec alkoholika. To znaczy, że nie pozwalamy mu nami manipulować. Ale żeby nie pozwolić mu manipulować, musimy wiedzieć, co się z nim dzieje i co się dzieje w nas. A tej wiedzy nie mamy i całe otoczenie alkoholika tańczy, jak on zagra. Na przykład biorąc na siebie odpowiedzialność za jego picie albo próbując go wyleczyć. To absurd. Alkoholik musi chcieć się wyleczyć sam.

– W.E.: W alkoholizmie pociągające jest też wewnętrzne napięcie, jakie wytwarza się w nas pomiędzy aspektem zainteresowanym piciem i aspektem dążącym do zdrowia i trzeźwości. Przejawia się to w wielokrotnym rzucaniu picia, w niedotrzymywaniu postanowień, w podejmowaniu rekonwalescencji po kolejnym przepiciu i przeżywaniu silnego kontrastu pomiędzy stanem alkoholowego „upodlenia” i następującym po nim stanem rygorystycznej czystości.

– K.M.: Pamiętam pewną alkoholiczkę. Prawdziwą damę, zawsze nienagannie ubraną. Udowadniała sobie i innym, że jest OK. A potem zapijała się, nie wychodziła z domu. Miała lekarza, który przyjeżdżał ją odtruwać. Przez jakiś czas wychodziła z tego stanu w ukryciu. I jak była gotowa, znów wychodziła do świata. Czas jakiś tak można. Ale w końcu człowiek się stacza.

I ma z tego jakieś korzyści?

– K.M.: To zapełnia życie, nadaje mu sens. Uszkodzony człowiek nie wie, jak żyć, gdy nie karmi się na zmianę lękiem, złością, nadzieją. Wyrwanie się z tego wzorca oznacza, że w jego miejsce powstanie pustka – musi zostać czymś zapełniona. A to oznacza konieczność podjęcia jakiejś aktywności. Człowiek, który ma dziury wewnętrzne, nie wie, jak się żyje „normalnie”. Spokój jest zagrażający. Paradoksalnie, bezpiecznie jest tylko, kiedy już jest źle. Wtedy nie ma napięcia, podświadomego oczekiwania, że nadejdzie cios. To jest charakterystyczne dla DDA, czyli dorosłych dzieci alkoholików, ale też dla wszystkich wychowanych w domach, w których panowało ciągłe napięcie.

Kobiety piją inaczej niż mężczyźni?

– K.M.: Tak było, bo miały inne miejsce w kulturze. Piły w samotności. Ukrywały się. Podczas gdy mężczyźni mieli większe przyzwolenie społeczne na picie.

– W.E.: Teraz ta różnica się zaciera. Kobiety pracują jak mężczyźni, tak samo długo, ponad siły i przeżywają stres. Wzrasta też liczba samotnych kobiet. Ich styl życia coraz mniej się różni od stylu życia samotnych mężczyzn. Styl picia również. Kobiety rzadko piją „do oporu”, ale mimo to szybciej się uzależniają.

– K.M.: Żeby dopełnić obraz: ludzie uzależniają się również od wtórnych korzyści z picia. Alkoholik jest ciągle w centrum uwagi, wzbudza czyjąś troskę, gniew, strach. Rezygnacja z tej korzyści jest trudna dla wychodzących z uzależnienia. Brakuje innych sposobów nawiązania emocjonalnych relacji.

– W.E.: Uzależniamy się też od własnych emocji. Alkohol wyzwala w nas emocje szczególnie silne, więc uzależniamy się także od tego. Z tej sieci uzależnień bardzo trudno się wyplątać.