Usłyszeć siebie

fotochannels.com

Kiedy ostatnio dźwięczała ci w uszach cisza? Słyszałaś skrzypienie śniegu? Bicie własnego serca? Własne myśli? Czułaś pulsującą w żyłach krew? A czy nie jest aby tak: Wchodzisz do domu – włączasz telewizor, wsiadasz do samochodu – nastawiasz radio. Słuchawki na uszach w autobusie i na spacerze. Przyznajmy, zakrzykujemy nawet święta, które wymagają ciszy (wszak rodzi się Dzieciątko),a jednocześnie bardzo tej ciszy pragniemy. Czujemy, że w niej tkwi źródło odnawialnej siły.
Jest taki niezwykły film dokumentalny Philipa Groninga „Wielka cisza”. Nie ma w nim muzyki, dialogów, akcji, jest natomiast dużo – cztery godziny – przenikliwej ciszy. Właściwie cały film jest ciszą, ponieważ opowiada o klasztorze Kartuzów w Alpach Francuskich, w którym obowiązuje jedna z najbardziej ścisłych reguł w Kościele rzymskokatolickim. Mnisi, odcięci od świata, modlą się, medytują, śpiewają, pracują, a wszystko to w powtarzalnym nieśpiesznym rytmie.

reklama

Na początku wprowadzono ten film w jednej kopii do jednego kina w Warszawie. I stało się coś niesamowitego. Po bilety do kina Muranów zaczęły ustawiać się długie kolejki, jakich nie widziało się przed kasami kin od dawna. Trzeba było zamówić więcej kopii, zorganizować więcej seansów. W rezultacie ten surowy, prosty film, którego bohaterem jest cisza, obejrzało ponad 80 tysięcy widzów.

Kierownik kina Muranów Adam Trzopek opowiada, że był bardzo ciekaw reakcji widzów. A oni nie dość, że nie wychodzili w trakcie seansu, to jeszcze sprawiali wrażenie, jakby chcieli zostać w kinie dłużej.

– To było niezwykle ciekawe, obserwować, jak ludzie wpadali do kina roześmiani, rozgadani, z telefonem przy uchu, a opuszczali je w skupieniu, zamyśleniu.

Na czym polega fenomen „Wielkiej ciszy”? Myślę, że między innymi na tym, że odwołuje się do jednej z naszych silnych potrzeb – potrzeby wyciszenia się, często stłumionej. Wielu ludzi w ogóle nie potrafi jej w sobie odkryć. Innym niezbędny jest jakiś bodziec, choćby taki film właśnie.

Tak cię uczyli od lat,Tylko krzykiem zdobywa się świat

Maciej Kałkus, dyrektor artystyczny „Gazety Wyborczej”, potrzebę wyciszenia się odkrył sam, i to wcześnie, bo już jako student Akademii Sztuk Pięknych. Studenckie życie zaczął jednak od wejścia w artystyczny luzacki świat. Jakaś impreza, wszyscy, on też, mocno wstawieni, a z nim dzieje się coś takiego, jakby widział siebie z zewnątrz. „Co ja tu robię?”, myśli. Wstaje i wychodzi.

– Nagle dotarło do mnie, że takie życie jest bez sensu. Ale to nie było tak, że ja coś wykalkulowałem. To się zadziało samo. Na krótko zostałem totalnie odepchnięty przez środowisko, zresztą nie dziwię się moim kolegom, bo zachowałem się jak idiota. Mieli prawo zinterpretować moje zachowanie jako pogardę, brak akceptacji.

Maciek powiedział: „Dość, nie chcę tak żyć”, choć jeszcze wtedy nie wiedział co dalej. Przez jakiś czas nie mógł się odnaleźć. Dwa lata wcześniej zmarł mu ojciec, zabrakło więc w jego życiu kogoś, kto by pasował go na mężczyznę. Miotał się. Był nawet u psychiatry, dostał tabletki, ale intuicja podpowiadała mu, że branie prochów to ostatnia rzecz, jaką w takiej sytuacji należy robić. Czuł, że powinien skonfrontować się ze swoim wewnętrznym cierpieniem.

– Widocznie musiałem najpierw przeżyć dezintegrację, żeby potem się posklejać. Miałem szczęście, bo spotkałem Wojciecha Eichelbergera, zacząłem chodzić na terapię, pracować nad sobą.

Cały czas szukał jednak odpowiedzi na pytanie: Jak pogodzić studia, a potem aktywne uprawianie zawodu grafika – który zawsze go pasjonował, ale który jednocześnie jest niezwykle absorbujący i stresujący – z codziennym życiem? Wychowany został w wierze katolickiej, chodził do kościoła, jednak czegoś mu brakowało. Dopiero, kiedy przeczytał książkę „Trzy filary zen” Philipa Kapleau, odkrył, że tym czymś jest cisza. To było to poszukiwane przez Maćka narzędzie i zarazem język, którego używa już 30 lat.

– Ważne, żeby każdy z nas odnalazł swój język – mówi Maciek. – I żeby się nie zrażać, że na początku nie jest łatwo, bo cisza stanowi niewygodę dla ego, które przed nią się broni. W ciszy ujawnia się cała głęboko ukryta sfera cierpienia, ego robi więc wszystko, żeby to cierpienie zagłuszyć. Ploteczki, chi, chi, cha, cha, kawka, ucieczki w pracoholizm, nałogi, agresja, seksoholizm. Wszystko, byleby tylko nie chwila samotności. Osiągnęliśmy w tym mistrzostwo.

Z kolei Henri J.M. Nouwen, holenderski pisarz, wykładowca uniwersytecki, duchowy autorytet, uważa, że życie, w którym brakuje centrum ciszy, jest zagrożone destrukcją. W książce „Z samotności” pisze: „Jeśli uzależnimy się od rezultatów swoich działa jako jedynego kryterium naszego samookreślenia, staniemy się zachłanni i niedostępni, a bliźnich będziemy traktować raczej jak wrogów, których należy trzymać na dystans, niż jak przyjaciół, z którymi dzielimy dary życia. W ciszy możemy stopniowo odsłonić iluzję swojej chęci posiadania i odkryć w samym centrum własnego »ja«, że naszą istotą nie jest to, co zdobędziemy, lecz to, co zostało nam dane”.

Tego naprawdę ci brak, Ona jedna prawdziwy ma smak

Renata Jankowska, architektka, odczuła potrzebę ciszy bardzo intensywnie po dość burzliwym, choć też – jak podkreśla – pięknym okresie młodości. Wcześniej płynęła z nurtem wydarzeń, trochę bezrefleksyjnie, ale nie czuła się z tym wygodnie. W pewnym momencie odkryła medytację, której podstawą jest pozostawanie w ciszy.

– Poczułam, jakbym powróciła do domu z dalekiej podróży. To było doświadczenie, które zmieniło moje życie. Ono rozpoczęło długi proces prowadzący poza tajemnicę „ja”.

Renata uważa, że współczesny człowiek coraz bardziej pragnie ciszy, ponieważ przeczuwa istnienie innego wymiaru życia, a w jego świadomości panuje kompletny zamęt.

– Jesteśmy przytłoczeni nadmiarem informacji, schematów, gotowych kalk. Patrzymy na świat z poziomu głowy. W ciszy nasza świadomość powoli schodzi do poziomu serca, a stamtąd widać i ludzi, i rzeczy takimi, jakimi są. Działając z tego poziomu, pozbywamy się złudzeń dotyczących siebie, innych, świata i krok po kroku uwalniamy się od naszego głównego balastu, czyli egoizmu.

Dla Renaty, praktykującej katoliczki, cisza ma wymiar religijny. Jest przestrzenią dla modlitwy, medytacji chrześcijańskiej i – jak to określa Renata – działania Ducha Świętego.

Dlaczego cisza jest w modlitwie tak ważna? Julia Fiedorczuk na internetowej stronie katolickiego Biura Literackiego pisze: „Dlatego, że jedynie milcząc, stajemy się prawdziwie obecni – dla siebie i dla Boga. Wiadomo, że nieobecni nie mogą się spotkać! Trzeba zatem »porządnie« zanurzyć się w milczeniu, by stać się obecnym najpierw dla siebie samego. Jest to warunek spotkania z Bogiem. Błogosławiona Matka Teresa z Kalkuty celnie zauważa: »Bóg jest przyjacielem milczenia. Potrzebujemy milczenia, byśmy mogli dojść do duszy«”.

Zdaniem Renaty Jankowskiej pułapką jest jednak myślenie, że pozostawanie w ciszy prowadzi natychmiast do osiągnięcia spokoju i wewnętrznej wolności.

– To nieraz trudny, burzliwy proces, który może trwać całe życie.

Ojciec Jan Bereza, twórca Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej w Lubiniu, dzieli praktykowanie ciszy na to przed burzą i po burzy.