Zakopane Sebastiana Karpiela-Bułecki

Łukasz Gawroński

reklama

W jego ustach słowa: „tradycja”, „rodzina” czy „obyczaj”, nabierają prawdziwej wartości. Pełen pokory wierzy, że „wszystko jakoś przychodzi i samo się układa”. Od red bulla woli żentycę, bo ona dopiero stawia na nogi! Pomysłów na nazwę jego kapeli było wiele, Gazdozbiór czy Zakopane Sound System. Wreszcie Sebastian Bułecka wymyślił Zakopower. Właśnie pojawiła się nowa płyta „zakopiańskiej siły”. Dojrzalsza, mocniejsza i jeśli to w ogóle możliwe, bardziej energetyczna.

Pracownia architektoniczna

Historia rodzinna. To świeży pomysł, do którego dopiero się zabieram, ponieważ do tej pory w moim życiu zbyt dużo się działo. Mój bratanek Jasiek razem z kolegą otworzyli tę pracownię już wcześniej. Ja dołączyłem do nich jako wspólnik. Chcę tu wrócić do rysowania, ponieważ je kocham. Rysowanie tak mnie wciąga, że po prostu znikam, przestaję istnieć na wiele godzin, do późnej nocy. Uważam, że muzyka i architektura mają wiele wspólnych cech. To podobny proces twórczy. Chciałbym, żeby nasza praca przypominała muzykę Zakopowera, czyli stała się połączeniem tradycji z nowoczesnością, budownictwa góralskiego z nowymi technologiami. Jednak jestem otwarty również na inne koncepcje i nie chciałbym się ograniczać. W tej chwili kończę projekt domu kolegi Wojtka [Topy] z Zakopowera. Chciał, żeby był taki bardziej witkiewiczowski, ale udało mi się go przekonać do wielkich przeszkleń z widokiem na góry.

Ojcem zakopiańskiego stylu w architekturze jest bardzo mi bliski Stanisław Witkiewicz, honorowy obywatel miasta. Myślę, że jego duch cały czas tu krąży, ponieważ był silnie związany z Zakopanem. To miasto ma magiczne przyciąganie. Nie bez przyczyny wielcy ludzie wciąż tu przyjeżdżali. Stefan Żeromski, Władysław Orkan, Kazimierz Przerwa Tetmajer, Karol Szymanowski, Jan Kasprowicz – każdy z nich uległ tutejszemu czarowi.

Dom dziadków

U rodziców mamy w Kościelisku spędziłem całe dzieciństwo. Tu dorastałem, tu się wychowałem. U dziadków: Stefanii i Józefa Gąsieniców Sobczaków, mieszkałem do końca szkoły podstawowej. Miałem to szczęście, że w bliskiej okolicy domu mieszkała cała nasza rodzina, wszyscy wujkowie i ciotki (dziadek z babcią mieli sześcioro dzieci i dla każdego zostawili majątek). Każdy z nich miał troje dzieci, dorastałem więc z kuzynostwem. Ja sam mam trójkę rodzeństwa: starszego o 20 lat brata i dwie starsze siostry – jedną o 15 lat, a drugą o 3 lata. My, dzieciaki, żyliśmy w jednej wielkiej sielance. Byliśmy wolni jak ptaki. Dookoła góry, las i pola. Takie góralskie dzieci z Bullerbyn.
Każde imieniny, urodziny i święta były wielkimi rodzinnymi spotkaniami. Wspominam to naprawdę z dużym sentymentem. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jakie to było szczęście. Zdarzały się też oczywiście kłótnie, jak w każdej normalnej rodzinie, ale nie miały wielkiego znaczenia.

Gospodarstwo było duże i całe życie kręciło się wokół niego, a dziadkowie byli bardzo pracowici. Szczerze mówiąc, nigdy nie widziałem babci w innej sytuacji niż w czasie wykonywania jakiejś pracy, wszystko jedno, czy było to obieranie ziemniaków, czy praca na polu. Babcia, jak to babcia, była złotą, poczciwą kobietą. Gdy mama na mnie krzyczała lub próbowała złoić mi skórę, babcia zawsze stawała za mną murem.

Na pewno nauczyłem się tu wielkiej pokory wobec życia. Dziadkowie byli również ludźmi niezwykle bogobojnymi, którzy zaszczepili we mnie wiarę w Boga. Zawdzięczam im też dobrą znajomość gwary góralskiej. Na wsi życie płynie inaczej, panuje spokój i nie ma pędu. Do dziś udało się tę atmosferę zachować. Mimo że zaczęto budować tu coraz więcej apartamentów, nie wiem tak naprawdę po co, to niewiele się zmieniło. Patrzę teraz przez okno i wciąż widzę góry, które kocham. To one dyktują warunki.

Szkoła budowlana

Chodziłem tu przez trzy lata. W tym czasie wcale a wcale nie byłem takim porządnym człowiekiem jak teraz. Nie byłem, krótko mówiąc, grzeczny. Od 16. roku życia zacząłem już poważnie muzykować. Miałem swoją kapelę. Nazywała się Kapela Sebastiana Karpiela Bułecki, ponieważ tu jest taki zwyczaj, że nazwa pochodzi od nazwiska premisty, czyli tego, który jest takim jakby liderem.

Muzyka tak totalnie mnie pochłonęła, że zacząłem zaniedbywać szkołę. Powroty o szóstej rano, pobudka o ósmej, spanie na lekcjach i wagary były dla mnie normą. W pewnym momencie postanowiłem odejść z tej szkoły, bo to nie miało po prostu sensu. Miałem już tak nagrabione, że nie było po co nadal tu tkwić, to tylko pogarszało sytuację.

Maturę zdałem już w liceum. Hulałem jednak nadal, niestety muzyka i granie narażają człowieka na różne pokusy, również te związane z alkoholem. Taki miałem okres w życiu i już. Potem mi to na szczęście przeszło. Wtedy jednak byłem tym wszystkim mocno zachłyśnięty, wydawało mi się, że lepiej być nie może, że wystarczy tylko, że będę grał.

Muzyka, podobnie jak stolarstwo artystyczne, jest naszą rodzinną tradycją. Ojciec mojego ojca grał na skrzypcach, mój brat na skrzypcach i dudach. Z budowaniem poszedłem po linii i trafiłem na architekturę, bardzo chciałem też muzykować. Grałem głównie na skrzypcach, dudach podhalańskich, tzw. kozie, oraz na pasterskich instrumentach typu piszczałki. Wszystko to zawdzięczam mojemu bratu, to on mnie tym zaraził.

Skład tamtej kapeli był taki sam jak teraz Zakopowera. Jesteśmy wszyscy. Wojtek Topa, lutnik, robi skrzypce na światowym poziomie (nasz rodzimy mistrz Konstanty Andrzej Kulka gra na jego instrumencie). Bartek Kudasik jest dyrektorem Ośrodka Kultury w Białym Dunajcu, a z wykształcenia etnologiem. Józek Chyc Scepon, najstarszy z zespołu, mógłby być moim ojcem, bo ma w tej chwili 56 lat. Nie czuje się jednak tej różnicy. To człowiek młody duchem. Jest u nas basistą, z wykształcenia technikiem budowlanym, ale swoje prace artystyczne traktuje raczej jako hobby. Z Bartkiem i Wojtkiem razem dojrzewaliśmy muzycznie, Józek pojawił się trochę później. Mówimy do niego wujek, mimo że nie jest z nami spokrewniony. Taki jest zwyczaj na Podhalu, że do starszych mężczyzn tak się właśnie zwraca. Do starszych kobiet stosuje się formę „wy” (wyście była, wyście widziała). W taki sposób okazuje się im szacunek.

Najważniejsze w Zakopowerze jest to, że rozumiemy się bez słów – mamy ten sam sposób postrzegania świata, to samo poczucie humoru. A humor mamy bardzo specyficzny. Czasem bywa czarny, momentami kąśliwy, lubimy sobie inteligentnie podokuczać, czyli dawać sobie tzw. pasy. Oczywiście nikt się na nikogo za to nie obraża.
Foto: Łukasz Gawroński

Pracowaliśmy na Zakopower przez 15 lat wspólnego grania. To, że w ogóle doszło do tego projektu, jest też zasługą ludzi, których udało się nam spotkać na swojej drodze, np. Wojtka Waglewskiego, Mateusza Pospieszalskiego, Kayah, Bregovicia, Zbigniewa Namysłowskiego. Wszyscy oni dostrzegli w nas potencjał i namawiali do zrobienia czegoś swojego. Wielki wkład w naszą „karierę” ma zwłaszcza Mateusz Pospieszalski, ojciec chrzestny Zakopowera. To on skomponował większość piosenek na naszą pierwszą płytę i wyprodukował ją. Na nowym albumie też z nim pracujemy.

Pozostał dobrym duchem zespołu. Nasza nowa muzyka jest mocniejsza, ma ostrzejsze brzmienie. Gra z nami Nigel Kennedy, który pewnego dnia zadzwonił do nas i oświadczył, że jest wielkim fanem Zakopowera. Chciał koniecznie się z nami spotkać. Przyjechał do Zakopanego i zagraliśmy wspólną próbę. Wszystko się zazębiło. Od razu wpadłem na pomysł zaproszenia go do udziału w nagraniach do nowej płyty. Był wniebowzięty, pojechaliśmy więc do jego londyńskiego studia, gdzie nagrał elektryczne skrzypce do sześciu piosenek. Na poprzedniej płycie grali też różni sidemani, na nowej gra zwarty zespół, który w ciągu dwóch lat obrał jakiś kierunek. I wydaje mi się, że tę dojrzałość słychać.

Dom siostry

Mieszka w nim moja siostra z mężem i prowadzą pensjonat. Dom zbudował mój ojciec. Pomieszkiwałem tu, gdy byłem w szkole średniej, bo stąd miałem bliżej do szkoły. Obok domu stoi pracownia taty, który z wykształcenia jest technikiem budowlanym. Jego wielką pasją było i jest stolarstwo artystyczne. Wszystko, co znajduje się w tym domu, każdy mebel, zrobił własnoręcznie. Mój brat, również architekt, bardzo dobrze rzeźbi. Jak już wspominałem, stolarstwo to nasza druga obok muzyki rodzinna tradycja. Ojciec mojego ojca był cieślą i budował drewniane domy. Ja jestem architektem.

Wspaniała zakopiańska architektura jest wciąż bardzo żywa. Tak samo jak muzyka i kultura góralska, która żyje w nas bardzo mocno. Myślę, że oprócz Kaszub nie ma drugiej tak mocnej kultury w Polsce. Tu nadal można spotkać ludzi wychodzących z kościoła w tradycyjnych góralskich strojach. Nie chcą szpanować, ubierają się w ten sposób z naturalnej potrzeby. Muzyka góralska nie gra tylko w knajpach dla turystów, ale na każdym pogrzebie, na chrzcinach, na weselach. Towarzyszy życiu.

Górale nie ulegają wpływom. Zawsze byliśmy trochę z boku. Całe to dziadostwo świata do nas nie dochodziło. Mieliśmy kontakt jedynie ze Słowakami i Węgrami, ponieważ mamy do nich blisko. Z Zakopanego bliżej jest przecież do Budapesztu niż do Warszawy. Poza tym dookoła nas jest las. Zanim ktoś się tu przedarł, to zdążył się już tak wymęczyć po drodze, że czasem po prostu wolał wrócić, skąd przyszedł. Dawniej nie znaliśmy tu polskich przekleństw typu kurwa (przepraszam za wyrażenie). Gdy ktoś miał ochotę przekląć, to klął po węgiersku, bo tylko tak potrafił. Do dziś pamiętam, że gdy mój dziadek zaciął się w palec młotkiem, wykrzykiwał: „Basamteteremtete”, czy coś takiego.

Dolina Małej łąki

To moje magiczne miejsce. Ulubiona, piękna, barwna dolina. Przychodzę tu, gdy mam wszystkiego dość, bo często mnie coś dołuje. Może to taka cecha muzykanta? Jestem bardzo podatny na bodźce. Może jestem nadwrażliwy i dlatego łapię takie smutki? Lekarstwem na to bywa czas. I spokój. Nie ma innej rady. A mój spokój to często pozory, a wewnątrz mnie jedna wielka erupcja. Do spokoju chyba trzeba dojrzeć. Może warto dostać parę razy po głowie? Zastanowię się nad tym bardziej, gdy skończę 80 lat.

W Dolinie Małej łąki jest stara leśniczówka, w której leśniczym był kiedyś mój pradziadek, przydomek „Dziaduś”. Znam go tylko z opowieści wujków. Był muzykantem, barwną podhalańską postacią. „Dziadusiowi” udało się tu nieraz coś ustrzelić. Nie jestem pewien, czy był to legalny odstrzał, czy zwykłe kłusownictwo, ale wujek opowiadał mi, że „Dziaduś” czasami przynosił z lasu do domu dziadków coś do zjedzenia. Teraz leśniczówka jest własnością Tatrzańskiego Parku Narodowego z nowym leśniczym z przydziału, który pilnuje całej doliny.

Sopa

Spędziłem tu mnóstwo czasu. To knajpa mojego kolegi, świetnego basisty Jaśka Zatorskiego. Jedna z pierwszych prywatnych knajp w Zakopanem. Był rok 1995, przy wejściu do Sopy ustawiały się wtedy długie kolejki. Jasiek potrafił tworzyć tu świetny klimat, może dzięki temu, że sam muzykował? Wieczorami schodzili się tu wszyscy muzykanci. Garnęli się do tego miejsca, wiedząc, że nikt ich stąd nie wyrzuci i mogą siedzieć do białego rana. Grać i śpiewać do woli, bo Jasiek ma taki sam przelot jak oni. Był taki czas, że przychodziłem tu dosłownie codziennie. Wszystko rozpoczynało się o 19, a potem, jeśli mieliśmy na to ochotę, odbywały się tzw. jamy. Wydawało mi się to wtedy największym szczęściem.