Spotkania: Inga Pytka-Sobutka

fot. Rafał Masłow

Inga Pytka-Sobutka mówi, że tym się zarażasz jak chorobą. Że potem już nie jesteś w stanie usiedzieć, nie narzekasz, że w rodzinnym Szydłowcu jest jeden z najwyższych wskaźników bezrobocia w Polsce. Działasz.

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow

Kiedy była dzieckiem, bawili się wokół szydłowieckiego ratusza. Mieszkała tuż obok, słyszała, jak mama woła z balkonu, żeby przyszła na górę na dobranockę albo na kolację. Z dzieciakami rysowali na jezdni linię do gry w dwa ognie, raz na 15 minut przejeżdżał tędy jakiś samochód, na chwilę schodzili, a zaraz potem znowu wracali rzucać się piłką. Nikt ich wtedy nie musiał namawiać, aktywizować, organizowali sobie występy – minilistę przebojów – na które zapraszali dorosłych. Albo chodzili całą grupą nad pobliską rzeczkę, nad Korzeniówkę, czyścić brzeg ze śmieci. Inga pamięta też taki obrazek. Wkoło ratusza nie było wtedy jeszcze kostki brukowej, tylko trawa. I na tej trawie, tego nie zapomni, pasł się biały koń. W tym samym miejscu, gdzie teraz parkują auta.

Młodzi, piękni i bez przyszłości?

„Zabawa w artystów nie sprawi, że tym dzieciom będzie się żyło lepiej za 20 lat”. Taki komentarz przeczytała na blogu i chociaż mocno ją wkurzył, w sumie się z niego uśmiała. Ktoś skomentował jedną z ich akcji, w położonym niedaleko Szydłowca Jastrzębiu, gdzie zorganizowali dla dzieciaków warsztaty fotograficzne, plastyczne, muzyczne i teatralne. Inga uważa zupełnie inaczej. Że zabawa w artystów może sporo zmienić. Wspomina, jak z Wiesławem Wismontem, znanym szydłowieckim fotografem, założyła koło fotograficzne. Zaglądały do nich chłopaki z blokowiska. Tacy, co to potrafią przekląć i napyskować. Różnie z nimi bywało, dochodziło do spięć, a jednak wracali, biegali po mieście z aparatami, siedzieli potem w ciemni, brali udział w wystawach i w spotkaniach z ciekawymi ludźmi. Inga mówi, że taki dzieciak może nie wiedzieć, komu przed chwilą uścisnął dłoń, kim jest Tadeusz Rolke i jak cenne jest to, że tak sławnemu fotografowi można pokazać swoje prace i posłuchać, co ma do powiedzenia. Ale i tak gdzieś to potem zaprocentuje.

Tamto założone ponad dekadę temu i działające prężnie przez kilka lat koło fotograficzne nazwała Młodzi, Piękni i bez Przyszłości? Ze znakiem zapytania na końcu – furtką zostawiającą trochę nadziei. Choć w pierwszej wersji, rzuconej kiedyś żartem przy stole, tego znaku zapytania nie było. Siedzieli wszyscy razem, grupa ludzi, którym chce się coś zrobić, coś wokół siebie zmienić. Popatrzyła na nich i nazwa sama przyszła jej do głowy. W mieście, gdzie bezrobocie sięga 39 procent, a cały powiat ma najwyższy współczynnik bezrobocia w kraju, trudno mówić o przyszłości i o perspektywach. A jednak to właśnie w Szydłowcu i okolicach dzieją się rzeczy niezwykłe.

Niedawno Inga z ekipą kilku osób wynajęła busa. Przewieźli regały z książkami, odwiedzili dwie miejscowości: Zdziechów i Majdów. Panie z szydłowieckiej biblioteki wypisywały karty biblioteczne, wypożyczały książki. Można je potem oddać sołtysowi. Inga chce zwrócić się do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego o pomoc w sfinansowaniu bibliobusa, który kursowałby regularnie.

W miejskiej kasie nie ma kilkudziesięciu tysięcy złotych na plac zabaw? Co z tego. Na dobry początek można zaprojektować plac idealny, na podstawie pomysłów dzieci. Do Szydłowca przyjechali zaproszeni architekci krajobrazu z krakowskiej Pracowni K. Wysłuchali dziecięcych marzeń, rozrysowali pomysł.

Artystyczne projekty realizują tu znane instytucje kulturalne: Muzeum Sztuki Nowoczesnej, CSW Zamek Ujazdowski, Mazowieckie Centrum Kultury i Sztuki, debaty i spotkania organizuje Krytyka Polityczna. Działają wspólnie i z pomocą stowarzyszenia Projektoriat założonego przez Ingę. Oddolnej, lokalnej inicjatywy.

Mamo! Nie musi być wciąż tak samo

Zawsze był w niej głód działania. W szkole potrafiła przekonać koleżanki, żeby założyły zespół, chociaż nie potrafiły grać na żadnym instrumencie. W liceum namawiała wszystkich, żeby wydawać gazetkę. Przełomowy był rok 2002. Inga po studiach ekonomicznych w Radomiu pracowała w hurtowni chemicznej. W lokalnej telewizji kablowej zobaczyła ogłoszenie. Warszawskie Towarzystwo Inicjatyw Twórczych „ę”, dziś znane jako wylęgarnia animatorów kultury, zaczyn wielu społecznych akcji w całej Polsce, ruszało ze swoim pierwszym projektem właśnie w Szydłowcu. Przyjechali, żeby zorganizować serię warsztatów. Inga zapisała się na fotograficzne i dziennikarskie.

Odkryła, że ci ludzie, którzy trafili do nich z dużego miasta, nie są z innej bajki. Byli z tej samej bajki, była w nich ta sama potrzeba, żeby działać, ruszyć z miejsca. Tamte warsztaty to początek czegoś ważnego, kontakty na całe życie.

Jej samej trudno odpowiedzieć na pytanie, czym się właściwie zajmuje. Hasło „animator” czy „animator kultury” każdy może rozumieć na swój sposób. Są pewnie tacy, którym kojarzy się z kaowcem z filmu „Rejs”, Inga może mówić tylko za siebie. A dla niej to ktoś taki, kto jeśli widzi gdzieś lukę, nie popuści, musi ją zapełnić. Tak jak wtedy, kiedy urodziła pierwsze dziecko. Tymon był mały, a ona siedziała z nim w domu. Latem jeszcze pół biedy, można było chodzić na spacery, do piaskownicy, ale późną jesienią, zimą? Przeglądała Internet, podglądała strony klubów dla mam w Warszawie. Chciała mieć chociaż ich namiastkę u siebie w Szydłowcu. Rozpisała projekt „Mamo! Nie musi być wciąż tak samo”, zdobyła na niego pieniądze. Udało się zorganizować angielski dla najmłodszych, warsztaty artystyczne, spotkanie ze znaną pisarką dla dzieci Joanną Papuzińską. Były też spotkania dla rodziców z położną, wreszcie z psychologiem. Pomysł chwycił na tyle, że już po zakończeniu trwającego kilka miesięcy projektu przez rok w poradni pani psycholog prowadziła zajęcia z tą samą grupą mam i ojców.

JesteśMY

Godzi pracę w stowarzyszeniu z codzienną pracą za biurkiem w Wydziale Rozwoju i Promocji Powiatu. Mówi, że jest lokalną patriotką, ale i ona ma czasem dosyć. Kiedy na przykład na warsztaty przychodzi garstka osób. Obiecuje sobie wtedy, że rzuci to w diabły. Albo kiedy trzy lata temu miasto odebrało stowarzyszeniu (Inga założyła je z Anią Michajłow-Arak i Martą Łabęcką) siedzibę. Dostały po prostu telefon, że mają się wynieść. Do dziś tamten lokal stoi pusty, a cały dobytek Projektoriatu zamknięty jest w komórce na podwórku u Ingi. Ale są też takie momenty, kiedy siedzą na jakimś ważnym spotkaniu i Inga słyszy, jak ktoś wstaje i zabiera głos: „Jestem wolontariuszką w Projektoriacie” albo „Mam staż w Projektoriacie”. Jest wtedy dumna, myśli: „Zaczynaliśmy od zera, a teraz dołączają do nas ludzie, tworzą się struktury”.

Kiedy rozmawiamy, w Szydłowcu trwają akurat warsztaty modowe. Zaraz potem rusza JesteśMY, projekt integrujący niepełnosprawnych i pełnosprawnych Szydłowczan. Potrwa do 19 października.

Artykuł pochodzi z numeru 10/2013

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »