Alwernia Andrzeja Grabowskiego

Łukasz Gawroński

reklama

„Dawniej drabina ludzkich potrzeb była krótka i osiągalna, więc upadek z niej nie groził śmiercią. Teraz bardzo się wydłużyła, wciąż chcemy, żeby było lepiej i więcej, więc po części staliśmy się zboczeńcami” – mówi Andrzej Grabowski, mając przed oczami rodzinną Alwernię. Cierpliwy, dowcipny, szalony. Genialny aktor. Każdy, kto widział go w „Scenariuszu na trzech aktorów” Bogusława Schaeffera, dożywotnio na jego punkcie zwariował.

DOM

Alwernia pojawiła się na mapie świata w XVII wieku dzięki kasztelanowi Krzysztofowi Korycińskiemu herbu Topór. Po pobycie w Toskanii (dokąd pojechał odprawić pokutę), u podnóża góry La Verna (łac. Alvernia), w miejscu, gdzie św. Franciszek otrzymał pierwsze stygmaty, wrócił do Polski i wybudował klasztor Bernardynów oraz kościół. Na wzgórzu przypominającym nieco stożek wulkaniczny powstał też ryneczek.

Alwernia to ani wieś, ani miasto. Zamieszkiwali ją zawsze garncarze, rymarze, kowale – ludzie świadczący usługi dla okolicznej ludności zajmującej się rolnictwem.

Tu właśnie osiedlił się mój dziadek Gustaw Bahr, wybudował kopalnię glinki ogniotrwałej „Łucja” (imię mojej mamy) i poślubił babcię, Wiktorię z domu Zaręba.

W moich czasach mówiło się, że Alwernię zamieszkuje 500 dusz. Miałem świetne rozeznanie nie tylko w tym, gdzie u kogo w domu jest kuchnia i sypialnia, ale nawet kto gdzie jakie garnki trzyma. Mały pokoik w naszym domu zajmowała przystojna, pięknie śpiewająca ciocia Zosia. Wychowała całą naszą trójkę, czyli moich braci Wiktora i Mikołaja oraz mnie. To do niej w wieku sześciu lat chodziłem palić, bo ciocia Zosia uważała, że papierosy nie szkodzą. Zajmowała się naszym domem i świetnie gotowała. Do dziś pamiętam jej sznycle i bułkę ze skwarkami.
W Alwerni było wszystko, ale w pojedynczych egzemplarzach: jedna apteka i magister, jedna poczta i naczelnik, szkoła i kierownik, jeden bank i jeden kościół, straż z jednym komendantem, jeden wóz strażacki marki Bedford i jedyne prawo jazdy, które posiadał mój ojciec Bolesław.

Gdy trzeba było zrobić barszcz, mama posyłała mnie do pani Rybarskiej, a ja wiedziałem, w którym miejscu stoi żur, więc zostawiałem 50 groszy i szedłem do pani Rychłowskiej po ogórki kiszone. Mama, z wykształcenia nauczycielka, skończyła seminarium u klarysek w Krakowie, a w Alwerni została kierowniczką banku. Ojciec studiował historię na UJ, ale w związku z tym, że uczył się na kierunku kształcącym dyplomatów, to cała jego nauka okazała się psu na budę, bo po wojnie uczono już innej historii. Zatrudnił się więc w zakładach chemicznych jako kierownik zaopatrzenia.

Czasy to były przedziwne. Raz na parę miesięcy albo nawet i tygodni pojawiała się plotka, że będzie wojna. I szło się do Borowskiej do sklepu po worek cukru i trochę mąki (bo była wtedy słabo czyszczona i szybko wołki się pojawiały). Wszystko wydawało się tymczasowe.

RYNEK

Raz do roku, w niedzielę po Bożym Ciele, odbywał się odpust. Kramy, strzelnice, cały rynek zawalony, ludzi tysiące, uroczystości kościelne i zabawa taneczna oraz karuzela. Największą radością dla dzieciaków było pchanie karuzeli. Za pięć pchań można się było raz przejechać na koniku. Istniały też już wtedy pierwsze adaptery, grały „Gdy mi ciebie zabraknie”, „Czeko czeko czekolada” oraz hit „Nie płacz, kiedy odjadę” źle mówiącego, więc i źle śpiewającego po polsku Marina Mariniego. Ale jego polski nie był ważny. Każdy obcokrajowiec był w tym czasie królem. Alwernia wydawała mi się całym światem. A to taka prowincjonalna miejscowość jak z „Amarcord” Felliniego (może sobie schlebiam?), takie jego rodzinne Rimini. To mój najukochańszy film, bo w nim jest wszystko, co sam przeżyłem w Alwerni. Rodzina, dziwny wujek, wszystkie pory roku, lokalna piękność, która idąc przez miasto, wiedziała, że jest najpiękniejsza. Nie mogę powiedzieć jej imienia. Na niej uczyliśmy się, jak to się robi i w ogóle… Różnie do niej chodziliśmy, dwójkami, czwórkami, to zależy, jakżeśmy się zebrali. Jedyna taka w Alwerni, niewytykana przez nikogo palcami, oczywista. Może jeszcze żyje?

A podglądanie to zupełnie inna sprawa. Wiedzieliśmy wszyscy, kto się w jakim dniu i o jakiej porze kąpie w balii. „Co dzisiaj jest? Piątek. A to idziemy podglądać Iksińskich”. Tak to wyglądało. I biegliśmy pod okna Iksińskich. W takich miejscach jak Alwernia wszystko jest dużo wyraźniejsze niż w dużych miastach, w których, szczególnie teraz, świat się już rozmywa, a ludzie gonią, nie wiadomo dokąd. To była inna, nadzwyczajna optyka. Bez telewizorów. Mogłem czerpać z tego, co widziałem. A widziałem panią Rychłowską, Rogalską, pana Stolarczyka, mojego ukochanego wuja Antoniego „Kole” Bahra, wuja Franciszka Bahra. Bałwochwalczo wielbiłem rodziców. Od nich się uczyłem i myślałem, że całe życie jest właśnie takie. Byłem raczej grzecznym chłopcem, lokowanym takim, z długimi pięknymi włosami, a mówiono na mnie Dejus, bo jako dziecko pukałem po domach i gdy pytano: „Kto tam puka?”, odpowiadałem: „Puka Dej”. Nie Andrzej, tylko Dej, bo tak mi było łatwiej. W dodatku mówiłem o sobie w rodzaju żeńskim i do dziś starzy już teraz ludzie wspominają, jak to przyszedłem do Rychłowskich i powiedziałem: „Ja chciałam ogórka i koniec”.

STUDNIA

Dziś już nieczynna studnia głębinowa zaopatrywała w wodę wszystkich mieszkańców. W moim domu była jedyna w Alwerni łazienka. Inni musieli przynosić wodę ze studni. Gdy zepsuła się pompa, po wodę chodziło się bardzo daleko z wiadrami. Trzeba było więc jak najszybciej naprawić pompę. Ale kto miał to zrobić? W końcu zebrał się jakiś komitet. Pompę zakupili, ale nadal nie było wiadomo, kto ma te 80 metrów w dół zjechać. Wreszcie zgłosił się pan Władek Bozowski, pracownik rzeźni w Chrzanowie, który miał tyle wspólnego z pompami, że w pracy jakieś kurki odkręcał i zakręcał w kanalizacji. Wobec tego komitet uznał, że Władek się zna.

Każdy radził mu, jak tę starą pompę odkręcić, a jak zamontować nową, aż wreszcie nadszedł dzień wymiany. Komitet przygotował specjalną korbę, taką jak w starych wiejskich studniach. Władek siedział na końcu sznura na desce, trzymał się mocno i tak oto spuścili go na dół. Z czeluści dochodziły różne dźwięki, a naokoło niej tylko wtajemniczony komitet. Nas, dzieci, nie dopuszczono do tego misterium. Cały czas padały hasła: „Człowiek do góry, maszyna w dół. Człowiek w dół, maszyna w górę”, bo Władek wszystko na dole musiał do siebie precyzyjnie dopasować. Mieszkańcy zaczęli przynosić wino domowe i zrobił się całkiem wesoły piknik.

W końcu po iluś godzinach (pięciu, sześciu?) padło hasło: „Pompa w górę. Człowiek w górę do końca”. Najpierw wyjechała stara pompa, a potem Władek. Nasz bohater! Wodę nam oddał. Ale on chciał być jeszcze większym bohaterem. Stanął na krawędzi studni, potem zeskoczył na ziemię, położył się i zaczął dyszeć oraz łapać powietrze, co miało oznaczać, że tam na dole nie oddychał przez ileś tam godzin! Władek miał paskudny zwyczaj, bo cały czas pluł. W ogóle ludzie wtedy pluli. To było normalne. W restauracjach, barach i mordowniach zawsze wisiała tabliczka: „Pluć tylko do spluwaczek”. I spluwaczka w kącie zawsze była. Gdy ktoś chciał splunąć, to albo podchodził blisko, albo pluł na odległość. Dlatego ściany w takich miejscach były zazwyczaj bardzo oplute. Ale i tak najwięcej pluł Władek. Właśnie teraz uświadomiłem sobie, że jakoś tak oduczyłem się pluć i to mnie trochę martwi. Pluć przestałem, w ogóle już nie pluję… Dlaczego? Tracę chyba korzenie.

WARSZTAT STOLARSKI

Foto: Łukasz Gawroński

Przed wojną był w Alwerni burmistrz Stanisław. Znałem go, bo umarł, mając prawie 100 lat. Mieszkał w najstarszym domu w miasteczku, miał pokój i kuchnię, w której mieścił się warsztat stolarski, i ciągle coś opowiadał. O Galicji, o Franciszku Józefie, którego podobno widział, a ja, berbeć, na tym jego klepisku siedziałem i słuchałem. Podobno, gdy przed wojną po raz pierwszy nad Alwernią przeleciał samolot, wszyscy mieszkańcy, którzy nie wiedzieli nawet, że istnieje coś takiego, pouciekali do domów. Bo co to niby miało być? Ptak lecący, który nie rusza skrzydłami i warczy. To paranormalne. Samolot zatoczył koło nad Alwernią i wracał właśnie do Krakowa, gdy Stanisław jako jedyny odważył się, wybiegł na środek rynku i do odlatującego już pojazdu krzyczał, wznosząc do góry ręce: „Duchu Święty, nad Alwernię, nad Alwernię!”.

ZBOCZE

Droga z Alwerni do świata nie była taka prosta. Najpierw trzeba było przejść dwa kilometry w dół stromego wzgórza przez las do stacji Alwernia Regulice. Stamtąd pociągiem do Chrzanowa (tam chodziłem do liceum), przesiadka w Bolęcinie, potem w Trzebini, a stamtąd do Krakowa. 30 km w dwie godziny, bo przez jakiś czas jechało się w przeciwnym kierunku. W liceum musiałem wstawać o piątej rano i zachrzaniać z góry po ciemku do stacji. W Chrzanowie czekałem godzinę na lekcje, bo przyjeżdżałem za wcześnie, a po szkole dwie godziny na pociąg powrotny. Dlatego dom widywałem tylko w sobotę i niedzielę.

Uczyliśmy się w baraku z falistej blachy, gdzie zimą było tak zimno, że wszyscy siedzieliśmy w kurtkach, a woda w szklankach zamarzała. Przy żelaznej starej kozie było z kolei tak gorąco, że nie można było wytrzymać. Nie wyobrażałem sobie innego świata, nie. Wszystko to było dla mnie normalne. Marzę czasem o tamtym czasie, czyli o braku perspektyw i braku narzekań na brak perspektyw.

Miałem superdzieciństwo. Latem lataliśmy boso. Byliśmy jak dzieci z Bullerbyn. Zimy były zawsze strasznie srogie. Jeździliśmy na nartach po leśnych ścieżkach, łyżwy montowało się z blaszek nasadzanych w dziurę w obcasie. Alwernia leży na wzgórzu, nigdy nie było tu lodu, tylko ubity śnieg na zboczu, więc myśmy po nim zjeżdżali na łyżwach.

Czasem przyjeżdżały do nas hrabianki, dwie staruszki Szembekówny ze spalonego w czasie wojny dworu. Jedna wyniosła, druga malutka, obie cały czas kurzyły papierosy. Wpierw przyjeżdżały wózkiem ciągniętym przez kozę. Po daninę. Każdy wynosił coś z domu i hrabiankom dawał. Chleba czy kawałek kiełbasy. One brały to wszystko i mówiąc wciąż po francusku oraz paląc papierosy, jedna w lufce, druga bez, odjeżdżały do swoich czworaków. Potem dorobiły się kucyka, bo chyba jakiś Szembek z zagranicy przysłał im trochę pieniędzy.

ŚWIETLICA

Raz w tygodniu przyjeżdżało do nas kino. Przywoził je starym samochodem poniemieckim Sylwek Kapcia. Okna świetlicy zasłaniano kocami, wieszano prześcieradło, a cała widownia zasiadała na krzesłach i wreszcie sprzęt zaczynał burczeć. Nas, młodszych, nie wpuszczano na filmy od 16 lat, więc starsi koledzy odsuwali trochę koce i mogliśmy podglądać. Pod świetlicą mieścił się areszt, a u góry milicja. Gdy grali „Rzymskie wakacje”, stałem na palcach na kratach aresztu i patrzyłem z otwartą gębą. Miałem 10 lat może. Nie wiedziałem, co to jest Rzym, poza tym, że tam żyje papież, bo tego dowiedziałem się na religii, a portret dobrotliwego Jana XXIII wisiał w refektarzu klasztornym.

W filmie Gregory Peck porywa Audrey Hepburn, długo jeżdżą po Rzymie, aż wreszcie trafiają na potańcówkę na barce zacumowanej przy Tybrze, koło zamku św. Anioła. Ależ mnie to zafascynowało. To było science fiction, inny świat, do którego nie ma wstępu. Nawet o nim nie marzyłem. Po 40 paru latach dostałem dużą rolę we włoskim filmie „Ballada o czyścicielach szyb”. W ostatniej scenie jestem goły, bo wcześniej musiałem spalić zakrwawione ubranie, gdyż byłem świadkiem morderstwa, i jadę przez Rzym trójkołowcem, na pace wioząc ukradzioną świnię. W pewnej chwili trójkołowiec się psuje, a ja biegnę goły. A za mną ta świnia. Te same platany, ten sam zamek św. Anioła, most. To samo miejsce, gdzie byli kiedyś Gregory i Audrey. Magia. Co prawda ja nie wyglądałem jak Gregory, a za partnerkę nie miałem Audrey, tylko świnię, ale byłem tam!

KAPLICA

Na rynku jest stara, bardzo ładna murowana kapliczka, a wokół niej rosną dęby, które owszem, są duże, ale w dzieciństwie wydawały mi się największymi drzewami na świecie. Baobaby to był w porównaniu z nimi mały pikuś. W Dzień Zaduszny odbywała się msza święta, na którą schodziła się cała Alwernia, a na jednym z dębów wieszano na sznurku nieduży dzwon. Ojciec Bonifacy odprawiał mszę i wygłaszał kazanie, stojąc na krześle, bo w tamtych czasach nie było ani mikrofonów, ani nawet tuby. Do tego wszystkiego ojciec był malutki i bardzo się jąkał. Nie jąkał się tylko wtedy, gdy krzyczał, wobec tego zwykle krzyczał, żeby się nie jąkać. Straszny deszcz lał tego dnia, ludzie stali pod parasolami, a ja w komeżce. Pamiętam jedno zdanie, które mnie tak wtedy poraziło, że nigdy, ale to nigdy, go nie zapomnę. Ojciec Bonifacy krzyczał, wskazując na wiszący na dębie dzwon: „Wiszą już dzwony, które dzwonić będą na waszych pogrzebach”. A ja na ten dzwon patrzyłem, trząsłem się i myślałem: „Boże drogi, co się dzieje? Jakie pogrzeby?”. Teraz wiem, że to prawda, ale…

Oczywiście, że byłem ministrantem i Modlitwę Pańską do dziś pamiętam po łacinie. I proszę bardzo [Andrzej Grabowski bezbłędnie recytuje Pater noster]. Miałem jednak pewien kłopot z polską wersją. W wersie „jako i my odpuszczamy naszym winowajcom” za cholerę przez lata nie wiedziałem, co to jest „jakoim”. Długo nie dawało mi to spokoju.