Hubert Klimko-Dobrzaniecki: Mikołaj imion wiele ma

Gryla i Leppaludi żyli w nieformalnym związku. Nie mieli wyjścia, bo byli parą trolli. Leppaludi spłodził trzynastu synków. Gryla nie chciała więcej dzieci, więc oddaliła partnera.
Niestety, z dzieci nic dobrego nie wyrosło. Wszyscy chłopcy zostali złodziejami. Aha, zapomniałem napisać, że całej rodzince towarzyszył czarny kot, który żywił się najmłodszymi potomkami. Nie wszystkimi oczywiście. Wybierał tylko dzieci w starych ubraniach. A ponieważ w tamtych czasach nowe szatki były rzadkością, kot stał się wielki i otyły. Jólasveinar – to popularna nazwa trzynastki Gryli. W wolnym tłumaczeniu – Świąteczni Chłopcy.

W roku 1932 islandzki poeta Jóhannes ur Kötlum opublikował książkę pod tytułem „Jólin koma” (Idą Święta). W swym dziele na nowo przypomniał Islandczykom o trollach, ich synkach oraz o kocie. Posegregował też Chłopców według ich upodobań i dni odwiedzin. 12 grudnia zjawia się Stekkjastaur, który straszy owce. 13-go przychodzi ten, który kradnie mleko – Giljagaur. Stufur, najmniejszy z braci, lubi lizać i kraść patelnie. Ten pojawia się 14-go. Thörusleikir upodobał sobie drewniane łyżki. Jego dzień, to 15-ty. Pottaskefill kradnie resztki jedzenia z garnków i zaczyna rabować 16-go. 17-go Askasleikir włazi pod łóżka, a potem znikają miski. Hurdaskellir rozpoczyna trzaskanie drzwiami w nocy 18-go. Skyrgamur 19-go rabuje skyr, czyli islandzki jogurt. 20-go znikają wędzone kiełbasy, a to za sprawą Bjugnakraekira. Gluggagaegir jest podglądaczem. Wypatruje, co by tu zakosić 21-go. Gattathefur ma ogromny nos, którym posługuje się w lokalizowaniu świeżych podpłomyków. Jego dzień, to 22 grudnia. Ketkrókur kradnie mięso na dzień przed Wigilią. A 24-go Kertasnikir zaczyna śledzić dzieci i pozbawia ich świeczek.

Dawniej Chłopcy odziani byli w średniowieczne islandzkie ubranka, rabowali i straszyli. Dziś, choć zaczynają swoje kolędowanie sześć dni po naszym Świętym Mikołaju, różnią się od niego tylko tym, że nie działają w pojedynkę. Są ubrani tak samo jak on i zostawiają dzieciom słodycze w bucie albo skarpecie. Jeśli pociecha nie była grzeczna, znajdzie ziemniaka. Ktoś pomyślałby, że islandzkie dzieciaki mają lepiej od swoich rówieśników z kontynentu. Trzynastu Mikołajów, trzynaście dni z rzędu, a każdego dnia coś w skarpecie.

Niby racja, ale zanim do tego doszło – a mówimy o ostatnich 60 latach – islandzkie dzieci nie wiedziały, jak smakuje czekolada. Zwykłe jabłko było dla nich niesamowitym prezentem. Bawiły się wygotowanymi kostkami z owiec, albo muszelkami, i przez wieki upiornie bały się Świątecznych Chłopców. Znając trochę historię Islandii i, równie trochę, literaturę tego kraju, odczuwam pewien niedosyt w liczbie „trzynaście”. Islandczycy ciągle sporo czytają, sporo wydają, sporo tłumaczą. A jakby rozszerzyć grono Mikołajów o jeszcze jednego? Nawet go już w myślach nazwałem. Ten mógłby zaczynać jako pierwszy, 11-go grudnia. Nazywałby się Bókasleikir i miałby okulary. Ot, taki pocieszny Wylizywacz Książek.