Wszystko jest kreacją

youtube.com

W filmie kinowym nie zobaczymy, jak pani z nagim biustem międli się z jakimś panem ot tak, bo produkcja dostaje kategorię „R” i dzieci nie mogą pójść do kina. Na szczęście są dobre seriale telewizyjne, gdzie można takie sceny zobaczyć – tłumaczy prawa rządzące serialami i opowiada o swojej fascynacji dziennikarz filmowy, Kamil Śmiałkowski.
Tomasz Kin: Kiedy Hollywood straciło pierwszeństwo jako komentator rzeczywistości i oddało pole serialom?

reklama

Kamil Śmiałkowski: Całkowicie tego pola nie oddało, bo najważniejsze seriale nadal kręci się w Hollywood albo stamtąd pochodzą pieniądze na produkcje. To był proces. Nie stało się to nagle. Wszystko zaczęło się od „kina nowej przygody”, czyli Spielberga i Lucasa, którzy przewrócili Hollywood do góry nogami. To, co do tej pory było istotne i na co ludzie kupowali bilety, stało się kinem drugoligowym w najważniejszej kwestii – budżetów. Najważniejsza stała się czysta, bezpretensjonalna rozrywka. Im bardziej infantylna, tym lepsza. Początkowo infantylizm był podszyty ironią i żartem, jednak w miarę upływu lat ten sympatyczny humor zanikał, aż została sama rozrywka. Podstawowym odbiorcą kina jest dziś dwunastoletni Afroamerykanin, ale nie żałujmy też innym kolorom skóry, które w sali kinowej można zobaczyć na całym świecie. Siedzi on sobie w sali gdzieś w Nowym Jorku z gigantycznym pudełkiem popcornu i ogląda kolejną część „Transformersów”. Tymczasem, jeśli ktoś chce czegoś dojrzalszego, o poważniejszej tematyce w najróżniejszym tego słowa znaczeniu, czyli seksualnym, obyczajowym, kryminalnym, umysłowym, sięga sobie po pilota i włącza serial telewizyjny.

Wystarcza historia, że dobro wygrywa i płacimy każdą cenę za bilet?

Raczej płacimy za to, żeby dużo się działo, było głośno z dobrą muzyką i koniecznie w 3D, choć twórcy powoli od tego odchodzą. Tym kino się zadowala. Wynika to jednak z tego, że z jednej strony sformatowano te produkcje pod odbiorcę, któremu to wystarcza, ale z drugiej – bo niczego więcej nie można mu pokazać. Bariery w pruderyjnym kraju, jakim są Stany, są mocno przestrzegane w czwartej części „Die Hard”, gdzie John Mclain nie mówi już „Yippee-Kai-Yay motherfucker”, tylko w momencie kiedy zaczyna mówić f… włącza się gdzieś w tle bardzo głośny silnik, który zagłusza resztę tego słowa. Zostało to ciekawie sparodiowane na festiwalu w Cannes parę lat temu. Dokładnie naprzeciwko pałacu festiwalowego na wielkim balkonie zawieszono napis „Yippee-Kai-Yay mother” i w tym miejscu, gdzie powinien kończyć się napis – kończył się balkon. W filmie kinowym nie zobaczymy, jak pani z nagim biustem międli się z jakimś panem ot tak, bo produkcja dostaje kategorię „R” i dzieci nie mogą pójść do kina. Przez to takie filmy są rzadsze i niżej budżetowane. Na szczęście są dobre seriale telewizyjne, gdzie można takie sceny zobaczyć.

Serial ciągle kojarzy się z banalną dłużyzną, dlaczego?