Ireneusz Czop – Droga do siebie

Andrzej Georgiew

Teatr da się porównać do kolacji u bliskiej osoby przygotowanej specjalnie dla nas. Serial to szybkie, niezłe danie kupione na ulicy – twierdzi wybitny aktor, laureat Nagrody im. Aleksandra Zelwerowicza Ireneusz Czop. Mówi nam co – prócz pieniędzy – daje mu aktorski fast food i dlaczego wykonuje ten zawód przede wszystkim dla siebie.

– Grałeś dotychczas w aż dziewięciu serialach…

reklama

– Tak. Teraz gram juz tylko w dwóch.

– Te najbardziej popularne to: „Samo Życie”, „Plebania”, „Sprawa na dziŚ”, „Kopciuszek”, „Świat według Kiepskich”. Jak wygladało ich powstawanie od kulis?

– Szybko (Śmiech). Jak w dobrze zorganizowanym kombinacie produkcyjnym. I nie oszukujmy się, wiadomo też od poczatku, że nasza praca to nie będzie wielka artystyczna kreacja. Chociaż są też zabawne i inspirujące chwile. W „Sprawie na dziś” grałem dziennikarza, powiedzmy, interwencyjnego. W jednym z odcinków chodziło o konflikt na targowisku. Okazało się, że scenariusz pokrywał się z przejściami handlowców. Zanim zdążylismy wytłumaczyc, że to film, robiłem prawdziwe wywiady na żywo. Kompletny chaos. Niesamowite emocje – ich i nasze. Swoją droga szkoda, że wszystko to, czego się wtedy dowiedzieliśmy, nie miało żadnego wpływu na sytuację tych kupców… W „Samym życiu” zaś co odcinek miałem innego psa. To było zupełne szaleństwo, nie sposób było nad nimi zapanować, choć oczywiście psy były tresowane. Ja potem chyba też.

– Taki jesteś samokrytyczny? Serial to tresura?

– Tak. Warunki, w których powstaje serial, nie dają możliwości pogłębienia roli, wybicia problemu. Często z dnia na dzień dostaje kilkanaście stron scenariusza, którego muszę się przez noc nauczyć na pamięć. Na planie filmują nas dwie kamery. W ciągu jednego dnia powstają sceny do kilku odcinków – jedno ujęcie jest na jutro, inne na przyszły wtorek. Przebieram się więc kilkanaście razy. Ledwo się zorientuje, skąd wchodzę i jak mam stać, a już kręcimy. Jednego dnia gram rózne stany emocjonalne i rózne sytuacje – a przez plan przewija sie kilkudziesięciu aktorów, pracowników technicznych.

– Jakbyś porównał pracę w teatrze i serialu?

– Serial to szybkie, niezłe danie kupione na ulicy. Teatr to kolacja u bliskiej osoby przygotowana specjalnie dla ciebie.

– Skoro tak, po co aktorzy grają w serialach?

– Dla próżności, dla pieniędzy. Tyle mogę powiedzieć o sobie. Niemniej to zjawisko stało się zupęłnie naturalne – jest po prostu jednym z rodzajów pracy.

– Faktycznie, z trudem można wymienić nazwiska aktorów, którzy w serialu nie zagrali.

– No właśnie. Bez względu na to, jakie walory ma teatr, nie daje takiej popularności ani honorariów jak serial. Jeden dzień zdjęciowy w serialu to miesięczna gaża teatralna.

– Ale gdybyś miał propozycję zagrania w jednym roku czterech wielkich dramatycznych ról, zrezygnowałbyś z seriali?

– Czesciowo juz od tego odszedłem. Kiedys zrezygnowałem z serialu, w którym zagrałem chyba ze dwieście odcinków, dla jednej roli w teatrze. Ale tak zupełnie nie zrezygnowałbym.

– Masz na koncie najważniejsze aktorskie nagrody. Po co ci seriale?

– Bo granie w serialach pomaga mi zachowac równowage. Wiem, że zabrzmi to egzaltowanie, ale kiedy gram w teatrze duża dramatyczna role, jak ostatnio Makbeta, wyłaczam sie z życia. Po spektaklu nie wiem, jak wrócić na ziemię. Czasem jestem tak wyczerpany, że mam wrażenie, jakbym nie zył – że wszystko się toczy gdzieś obok mnie. Jakbym miał w głowie tylko jeden temat, którym jest moja rola, jej swiat i to jest niemal jak obsesja. Bałbym się więc zamknąć w teatrze, bo chyba bym zwariował. Tymczasem serial nauczył mnie, że nie zawsze trzeba wchodzić w swoje wnętrze z żyletkami. Daje mi oddech, kontakt z wieloma ludżmi.

– Jako dziecko chciałeś być aktorem?

– Nie. Przed szkoła teatralna byłem może dwa razy w teatrze.

– A co robiłeś?

– Uczyłem się w technikum elektrycznym. Grałem zawodowo w piłkę. Ale myślałem, żeby być… księdzem (śmiech). Potem planowałem zdawać na polonistykę. Tysiące pomysłów. Krótko mówiąc, bardzo długo nie wiedziałem, kim jestem.

– Co to znaczy?

– Nie wiedziałem i nie zastanawiałem się, jaka jest moja tożsamość, samoświadomość i kim chcę być. Bardzo długo też potrzebowałem i szukałem autorytetów.

– Zabrakło ich?

– Ludzie są zajęci sobą! To własnie spowodowało, że bardzo ich potrzebowałem. Szukałem. Trochę na oślep. Wszystko miało totalne bieguny. Pomiędzy koncertami w kosciołach, oazą i bijatykami na ulicy.

– Nic nie mówisz o rodzicach.

– Moi rodzice wcześnie się rozwiedli – byłem rozdarty pomiędzy nimi i ich bardzo róznorodnymi swiatami. Byłem jakoś rozbity wewnętrznie, czego oni chyba nie widzieli. Trochę tak jak młody wilk, który nie wie, od kogo oberwie, a od kogo dostanie trochę czułości. Szukałem jej.

– A jak trafiłeś do szkoły?
– Szkoła teatralna była zupęłnie nieświadomym wyborem. Wątpliwości co do wykonywanej pracy i tego, kim jestem, ciągle więc w dorosłym życiu wracały. Moi rodzice zresztą nigdy nie cenili i nie akceptowali tego zawodu. Ale aktorstwo mi się „udawało”, przychodziło mi łatwo. I podobało się innym.

– Chodziło o akceptację?

– Może tak. Ale też przyszedł dzień, kiedy w końcu musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcę ten zawód wykonywać po prostu dla siebie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »