Komiksowy „Zły” w Teatrze Powszechnym

"Zły" w teatrze Powszechnym
Fot. Stefan Okołowicz

Mamy tu i mieszanie stylów, i nawiązanie do dzisiejszej publicystyki, ale to spektakl przede wszystkim dla amatorów prozy Tyrmanda.

"Zły" w teatrze powszechnym
Fot. Stefan Okołowicz

„Zły” – kultowa, ponadczasowa książka Leopolda Tyrmanda to jedno z tych dzieł, które zawsze tracą, gdy próbuje się je przenieść na deski teatru czy na taśmę filmową. Właśnie dlatego, że to dzieło kultowe – w związku z tym każdy ma do niego inny sentyment i prawo do innej wrażliwości; dlatego też, że to dzieło ponadczasowe, a jednocześnie mocno osadzone w konkretnej warszawskiej rzeczywistości lat 50. I pogodzić ten dopracowany w szczegółach plan czaso-przestrzenny z uniwersalnością opowiedzianej historii jest niezwykle trudno.

Taki trud zadał sobie Jan Buchwald i wystawił „Złego” w Teatrze Powszechnym. Do tekstu i opowiadanej historii podszedł z przymrużeniem oka, tak jak Tyrmand z przymrużeniem oka i pobłażliwością potraktował swoich bohaterów. Jako że „Zły” zawiera w sobie mieszankę kryminału, powieści łotrzykowskiej z romansem i wstawkami obyczajowymi, podobnie różnorodność stylistyczną wprowadził na scenę Buchwald. Mamy tu i wstawki musicalowe, i sceny bójki w zwolnionym tempie, przeniesione z filmów akcji, a w dodatku część historii opowiedziana zostaje za pomocą komiksowej kreski nad głowami tyrmandowskich bohaterów.

Dla tych, którzy ani nie widzieli, ani nie czytali „Złego”, w skrócie przedstawię: w warszawskim światku przestępczym wybucha radość na wieść, że na Stadionie Dziesięciolecia odbędzie się mecz towarzyski Polska-Węgry. Herszt kryminalnej bandy, niejaki Kudłaty, a na co dzień pan prezes – postanawia wyprodukować skandaliczne ilości fałszywych biletów wstępu, a dzięki temu ubić interes życia. Jednak nie jest to łatwe, gdyż po mieście krąży „Zły”, za sprawą którego kolejni chłopcy Kudłatego od czarnej roboty trafiają do szpitala. W dodatku jego ukochaną Olimpię Szuwar podrywa pan doktor z pogotowia, za którym z kolei wzdycha Marta. Robi się dość zawile, przestępstwa finansowe mieszają się z sercowymi, kolejne osoby lądują w szpitalu i sytuację może rozwikłać już tylko „Zły”.

„Zły” u Buchwalda to typ antybohatera, który bandę rzezimieszków jednym ciosem zmiecie z powierzchni praskiego chodnika, ale jednocześnie serce ma gołębie i jedyne czego pragnie, to sprawiedliwość. Bohaterowie u Buchwalda narysowani są grubą komiksową kresą – nie znajdziemy tu głębi psychologicznej, a jedynie proste portrety prostych warszawskich cwaniaków – nawet romans nie wybrzmiewa tu specjalnie romantycznie.

Łatwo można doszukać się w spektaklu Buchwalda odniesień do współczesnych nam wydarzeń, a humor warszawskich nizin okazuje się nadal tak zabawny jak 60 lat temu. Ale nie wyczerpuje on potencjału powieści. Aż chciałoby się zobaczyć „Złego” w wersji „Wojny polsko -ruskiej” w reżyserii Xawerego Żuławskiego. Może się uda, bo „Żuławski” planuje kręcić „Złego” jeszcze w tym roku.