Złotoryja Andrzeja Chyry

Łukasz Gawroński

reklama

„Ty masz twarz jak kozia dupa” – powiedział do niego Tadeusz Łomnicki po premierze „Krzeseł” Ionesco. Andrzej Chyra, który wystąpił w spektaklu w roli niemej, uznał to za wielki komplement. Po studiach aktorskich zamiast do teatru trafił jednak do wojska, gdzie był czołgistą. Przez rok. Tam także postanowił, że zostanie jeszcze reżyserem, co uczynił. Życia nauczył się jednak zupełnie gdzie indziej. „Złotoryja to mój twardy dysk, reszta to software i aplikacje”.

WILCZA GÓRA

Widziałem ją z okien szkoły podstawowej. Tkwiła tu zawsze, parę kilometrów od miasta, obok kopalni rudy miedzi Lena, w której pracował mój ojciec. Złotoryja to zupełnie inne miejsce w topografii mojego życia. Okoliczne skałki mają wysokość może półtora metra, ale dla mnie, osobnika z lękiem wysokości, były to prawdziwe skały. Górki, pagórki, wzgórza. Później wszędzie, gdzie mieszkałem, wszystko było płaskie. Wyprowadziłem się ze Złotoryi, mając 10 lat, ale to właśnie tu zdarzyły się najważniejsze dla mnie historie.

MOST KOLEJOWY

Pociągi były moją największą fascynacją. Te malowane, czyli spalinowe, i tradycyjne lokomotywy na parę. Nie mam pojęcia, dlaczego mówiłem „pociągi malowane” – to była jakaś moja osobista nomenklatura. Szczególnym zainteresowaniem darzyłem tajemnicze bufory. Nie miałem żadnej wizji dotyczącej ich przeznaczenia.

Właściwie to byłem dość porządnym chłopcem, trochę postrzelonym, ale generalnie trzymałem się w ryzach. Nie chodziłem na wagary, do końca podstawówki miałem same piątki. Największy kłopot miałem tylko z tzw. sprawowaniem. Coś nieustannie mnie nosiło i powodowało, że ciągle ktoś miał do mnie pretensje. Pewnego dnia, gdy miałem pięć lat, mama jak zawsze odprowadziła mnie rano do przedszkola i zostawiła przed wejściem, śpiesząc się do pracy. Zanim jednak wszedłem do budynku, spotkałem kolegę Wąsika. Nie wiem, od którego z nas wyszedł pierwszy impuls. Zamiast do przedszkola skierowaliśmy się od przedszkola. Do dziś pamiętam ten rodzaj cudownego uwolnienia. Szliśmy z Wąsikiem, powoli i dokładnie smakując wolność. Przez całą Złotoryję. Wolni! Najpierw przez targ, na którym kupowałem z mamą warzywa i jajka na sztuki, potem w dół miasta, a gdy pokonaliśmy rzeczkę Kaczawę, doszliśmy do stacji. Podszedłem do pociągu i wtedy właśnie po raz pierwszy z bliska zobaczyłem bufor. Bufor. Niebywałe przeżycie. Nie wiem, co on w sobie miał, ale przyciągał mnie wprost magicznie. Do końca swojego pobytu w Złotoryi nie dowiedziałem się, po co istnieje ta dziwna forma. Taki bufor.

WILLA

Szliśmy tak z Wąsikiem i szliśmy, aż doszliśmy do zakładowej, poniemieckiej willi, w której mieszkałem z rodzicami na początku pobytu w Złotoryi. Pamiętam pokój przedzielony parawanem, za którym mieszkał jeszcze kolega ojca. Spotkałem go w czasie tej wędrówki, pogadaliśmy trochę, poczułem się jeszcze lepiej, jak u siebie. Chciałem go poczęstować jabłkami z sadu, ale były jeszcze niedojrzałe.

Wracając, minęliśmy z Wąsikiem ceglaną pocztę, na której zawsze pewna wprawiona pani stemplowała znaczki wielką pieczątką. Szybko, ciach, ciach, to było niesamowite. Gdy zadowoleni z życia mijaliśmy kiosk, zobaczyłem nagle moich rodziców. Bardzo, bardzo się ucieszyłem. Oni może też? Aczkolwiek była właśnie piąta po południu, a oni zdążyli już zgłosić na milicję zaginięcie dziecka. Emocje były duże. Problem w tym, że pięciolatek nie umie się jeszcze postawić w sytuacji innego człowieka.

Nigdy nie zapomnę, jak w drodze do domu zbliżał się do mnie budynek milicji, tego dnia najbardziej przerażająca budowla w mieście. Był już tak blisko, że nikt, nawet ja, nie zauważył, że się potknąłem. I tak mnie ciągnięto po chodniku. Obtarte kolana, masakra, a w domu lanie. Ten dzień był jednym z najprzyjemniejszych i najbardziej przykrych przeżyć w moim życiu. Teraz, gdy się nad tym zastanawiam, myślę, że wiele rzeczy z dzieciństwa pamiętamy tylko jako takie obrazki, bezrefleksyjne migawki. Tamten dzień był jednak inny. Przez te parę godzin byłem dojrzałym, stanowiącym o sobie człowiekiem. A potem to się tak koło tego kiosku nagle skończyło… i właściwie mam wrażenie, że do dziś jestem dzieckiem.

PRZEDSZKOLE

Podejrzewam, że przygoda z Wąsikiem przyczyniła się do tego, że przeniesiono mnie z zakładowego przedszkola Leny do innego, zwanego miejskim, a przeze mnie męskim. A Lena to była bardzo, bardzo długa zjeżdżalnia, która miała może aż ze trzy metry, skarpa, chaszcze, smak niedojrzałych jabłek i ręce brązowe od włoskich orzechów. Tak to było. I Maciek Damięcki w roli telewizyjnego Telesfora. W tamtym czasie nauczyłem się na pamięć „Stefka Burczymuchy”. W przedszkolu odbywał się pewien rytuał: pani sadzała mnie na małym krzesełku na werandzie w jadalni, dawała mi książkę „Stefek Burczymucha”, ja przewracałem strony i grałem, że czytam, a tak naprawdę mówiłem z pamięci. Do dziś nie wiem, czy pani miała świadomość, że nie czytam. Tu także po raz pierwszy pocałowałem koleżankę, córkę naszych znajomych. W policzek w łazience. Potem uciekłem. Emocje, smak dorosłego… Trwało to, niestety, dość krótko, bo tego samego dnia, gdy przyszli do nas rodzice pocałowanej, okazało się, że ona mnie wsypała. Wszyscy mieli wielki ubaw. Nie zapomnę tego popołudnia: w powietrzu cha, cha, cha, ja przyczajony za drzwiami swojego pokoju, przez szkło w drzwiach wpada słońce, a mnie pali wstyd!

PODSTAWÓWKA

W trzeciej klasie – to był mój ostatni rok w Złotoryi – miałem koleżankę. Bardzo chciałem jej zaimponować, więc powiedziałem jej pewnego dnia zasłyszany gdzieś świński wierszyk. Nie wiem, czy mogę go zacytować… Mogę? Może nie powinienem. „Ala i As poszli w las. Ala do Asa: pokaż kutasa, a As do Ali: lepiej byśmy się poruchali”.

Wtedy nie wiedziałem nawet, co to wszystko znaczy, ale wierszyk wyrecytowałem. I cóż? Gdy wróciłem do domu, wszystko było jasne. Znów zostałem wydany. Wszystkie mnie wydawały. Musiałem deklamować wierszyk rodzicom, którzy mieli, jak teraz przypuszczam, ubaw niewąski. A ja poczułem, że znowu się przed kimś otworzyłem i… Moje późniejsze kontakty z dziewczynami polegały na tym, że a to jednej rzuciłem na nogę cegłówkę, a to pociągnąłem za włosy albo co najwyżej przeszkadzałem na lekcji.

Jak jest dzisiaj? Chyba aż tak ostrożnie do tego nie podchodzę. Co ma być, to będzie. Jak w tej policyjnej formułce: Cokolwiek powiesz, może być użyte przeciwko tobie. Zrozumiałem, że wszystko i tak jedno.

Zanim pojawiły się dzienniczki ucznia, uwagi wpisywano na końcu zeszytu, a w moim domu panował taki oto rytuał. Ojciec siadał, brał zeszyt i przeglądał go od ostatniej strony. W zależności od tego, czy coś tam było wpisane, dostawałem w skórę lub nie. Jedna z moich pierwszych uwag dotyczyła tego, że nie chciałem śpiewać ze wszystkimi w klasie piosenki „Jedzie pociąg z daleka”. Albowiem uważałem, że skoro śpiewałem ją już w przedszkolu, to w szkole, przepraszam bardzo, ale już tej głupiej piosenki śpiewać nie będę. Zaśpiewanie jej bardzo mi uwłaczało. Uparłem się jak dziki i nie mogło mi to przejść. Lanie.

W tym czasie telewizja emitowała serię kryminałów „Alfred Hitchcock przedstawia” i serial o Alu Capone. A nas było trzech. Z niejakim Czarkiem Kwaśniewskim i jeszcze jednym z pierwszej klasy, takim na posyłki jak gdyby, stworzyliśmy gang. Była to bardzo wciągająca deprawacja. A to odkręciliśmy jakąś śrubkę ze stołu na świetlicy, a to świsnęliśmy komuś długopis czy ołówek. Wszystkie zaś łupy znosiliśmy za domek, do ogródka Czarka i paliliśmy, by oczyścić się z winy, którą stanowiły dowody. Nasza kariera nie trwała długo. Któregoś dnia w poczuciu jakiejś kompletnej bezkarności pocięliśmy kurtki w szatni. Żyletką. Bardzo bałem się przesłuchania u pani dyrektor, a strach objawiał się u mnie ziewaniem. Siedziałem więc na dywaniku i ziewałem. Pamiętam tylko to ziewanie. I mamę, która w drodze do domu nie odezwała się do mnie ani słowem.

GÓRNICZA

Dom. Tu zostałem hodowcą pleśni. Drugie śniadania, o których niechcący zapominałem, lądowały za szafą albo pod łóżkiem w moim pokoju i tak, pleśniejąc, leżały tygodniami. Naprzeciwko domu mieliśmy ogródek jordanowski, dwie huśtawki może, piaskownicę, klomb z betonowym chodniczkiem dookoła, na którym kolega przejechał mnie na rowerze.

To było już mieszkanie zakładowe dla pana inżyniera, czyli ojca. Moja młodsza siostra i ja mieliśmy swój pokój. Szafa po prawej, na lewo łóżko. I parę klaserów ze znaczkami należącymi do ojca, jedna z niewielu rzeczy, którymi mogłem pochwalić się przed kolegami. Na dole mieszkał Mikus, z którym trochę się kolegowałem. Zazdrościłem mu, że uczy się grać na akordeonie. Ale tylko trochę. Nigdy nie byłem w żadnej paczce, nie wchodziłem w bliższe związki towarzyskie, były to raczej przelotne spotkania. Czytałem Niziurskiego. „Księga urwisów” była moim pokarmem. Być może to tam miałem swoją paczkę?

KINO

Nie pamiętam żadnych konfliktów w domu. Nie istniało nawet takie słowo jak „awantura”. Później, gdy wszedłem w życie, nie mogłem uwierzyć, że ludzie funkcjonują, spinając się i kłócąc ze sobą. Do dziś pewnych emocji i zachowań nie potrafię u innych w pełni zrozumieć. Co myślą o mnie teraz moi rodzice? To jest pytanie… Może to, że w gruncie rzeczy wyszedłem na ludzi, chociaż ojcu nie było łatwo pogodzić się z moją decyzją nauki w szkole teatralnej. Przez długie lata nie zdradzałem nawet, że w ogóle istnieje taki pomysł.
Początkowo byłem pod wpływem Louisa de Funèsa, ale myślę, że pierwsze moje myślenie o tym, że mogę być aktorem tak jak Janusz Gajos z „Czterech pancernych”, to było chyba kukiełkowe przedstawienie szkolne, w którym grałem liska. Nie była to raczej duża rola, ale coś tam we mnie zagrało. Ten lisek i ten Gajos tak mi się po głowie razem zaczęli szwendać. Tak, moje pierwotne myśli o aktorstwie na pewno wiązały się z Januszem Gajosem. On był naszym
idolem!

KACZAWA

Niezbyt duża, dosyć rwąca, zimna, niemal górska woda, kamieniste dno. Wydawało mi się oczywiste, że w każdym mieście powinna być rzeka. Bez niej miasto w ogóle nie jest miastem. Często wyjeżdżaliśmy z rodzicami nad większą wodę. Ustronie, Pobierowo, Kołobrzeg. Bałtyk i piasek. Pamiętam też moje pierwsze wyjazdy do NRD. Przywoziłem z nich zajeżdżające octem kolorowe flamastry. Największego marzenia jednak nigdy nie spełniłem. Moje dobre stopnie były normą. Nie miałem czym zasłużyć na wymarzoną kolejkę… Zgorzelec był ćwiczony i raz nawet Drezno, gdzie na schodach muzeum w Zwingerze przewróciłem się na plecy i straciłem oddech. Leżałem tak całkowicie zatkany i byłem pewny, że tak właśnie się umiera.

KOŚCIÓŁ

Byłem jednym z dwóch chłopców w klasie, którzy nie chodzili na religię. Moi rodzice nie praktykowali, ale kiedyś mama chciała mnie nawet zaprowadzić na lekcję. Byłem jednak jakiś dziki i zbuntowany. Dziwne uczucie. To się jakoś nie zgadzało ze mną. Kościół i religia były dla mnie wtedy przestrzenią kompletnie niezrozumiałą.

Później, w liceum, poszedłem z kolegami na religię, żeby poczuć, jak tam naprawdę jest. Było to dla mnie tak nienaturalne, że idzie się do tej salki katechetycznej przy kościele, tam stoi ksiądz i patrzy. Na mnie, antychrysta. Miałem wrażenie, że wiara jest sferą zbyt intymną, by omawiać ją przy wszystkich, i nie potrafiłem tego przełamać. Nie sprawdziłem się w roli ucznia. Może demony we mnie jakieś siedzą?

Był to jeden z moich najsilniejszych życiowych oporów. Później oczywiście bardzo się tym wszystkim interesowałem, ale wynikało to już tylko z mojej własnej potrzeby odpowiedzi na pewne pytania. Dziś mój stosunek do Kościoła jest co najmniej ambiwalentny. Szukam, ale nadal nie chodzę na religię.