Hanna Samson: Siła kobiety

123rf.com

Niektóre z nas odcinają się od parytetów, bo chcą, by mógł wygrać lepszy, choć parytety stworzyłyby właśnie tę szansę. I tak trzeba wciąż rozbijać szklany sufit.
„Kobieta musi być dwa razy lepsza niż mężczyzna, by uznano ją za przynajmniej w połowie tak dobrą” – stwierdza Kayah, piosenkarka, właścicielka wytwórni fonograficznej, w rozmowie z Aleksandrą Boćkowską, autorką świetnej książki o kobietach u władzy pt. „One za tym stoją”.

I jest to prawda, którą możemy odnaleźć w życiorysach innych bohaterek tej książki czy choćby rozglądając się wokół. Jasne, że potrafimy rozbić szklany sufit, ale dlaczego wciąż od nowa mamy
to robić? Czyż nie lepiej byłoby unicestwić go raz na zawsze? Nie chodzi mi jedynie o parytety. Bardziej o to, że za mało wierzymy w siebie. „Gdy mężczyzna zostaje szefem, myśli sobie: »O cholera, dobry jestem, należy mi się. Kto, jeśli nie ja«”. A kobieta w takiej samej sytuacji ma cały czas wątpliwości, że może to jakaś pomyłka, że może nie do końca jest na swoim miejscu” – w tej samej książce opowiada Ewa Wanat, redaktor naczelna TOK FM.

„Mam wiele cech przypisywanych mężczyznom: odwagę, konsekwencję, rubaszność, waleczność. Choć przyznam, że nie znoszę tego podziału, nie rozumiem, dlaczego właśnie mężczyznom przypisuje się konsekwencję czy odwagę” – mówi wspomniana przeze mnie wcześniej Kayah. I rzeczywiście, trudno jest zrozumieć prostą dychotomię, którą tworzy nasza kultura. Co nie jest męskie, to jest żeńskie. Męskość to siła, aktywność, niezależność, odwaga, dominacja. Nam pozostaje słabość, bierność, zależność, lękliwość, uległość. A że to nie przystaje do rzeczywistości? Nic nie szkodzi.

Niedawno rozmawiałam z Zosią, matką trojga dzieci, której mąż odszedł i nie zamierza płacić alimentów. Ona pracuje zawodowo, zarabia, tworzy dom, wychowuje, sprząta – jednym zdaniem: dźwiga na swoich barkach spory kawałek świata. I daje radę. Mogłaby być z siebie dumna, gdyby nie wątpliwości, że coś z nią jest nie tak, bo ciągle musi walczyć. A to z mężem o alimenty, a to z szefem o podwyżkę, nawet z mamą o prawo do własnego zdania. – Trochę się wstydzę tego, że jestem taka nieustępliwa, że nie rezygnuję, nie dążę za wszelką cenę do ugody – opowiada. – Mama twierdzi, że jestem strasznie uparta i kłótliwa. Może ma rację? – A jakbyś ty nazwała tę swoją cechę, która skłania cię do konfrontacji, a nie ulegania? – pytam. – Waleczność? – mówi Zosia niepewnie, obraca to słowo w myślach i w końcu nabiera pewności. – Może jestem po prostu waleczna? Moja babka była waleczna, w rodzinie krążą o niej legendy, a ja czuję się do niej podobna. Niby dlaczego mam rezygnować z czegoś, co mi się należy?

No właśnie. Dlaczego mamy rezygnować z czegoś, co nam się należy? Na przykład z połowy władzy. Tylko dlatego, że jesteśmy kobietami? Ależ to jest nasz atut, a nie słabość. Wystarczy spotkać się z bohaterkami książki Aleksandry Boćkowskiej, żeby zobaczyć prawdziwe atrybuty kobiet. Jest wśród nich siła, konsekwencja, odwaga, odpowiedzialność, pracowitość, czyli cechy, które od wieków charakteryzują kobiety. Jest tu także waleczność – i nie dajmy sobie wmówić, że to kłótliwość. Profesor Maria Bogucka na łamach „Gazety Wyborczej” opowiedziała niedawno o naszych babkach. Podobnych do babki Zosi. Niewiele o nich wiemy. W podręcznikach historii poświęcono im nieliczne wzmianki na marginesie ważnych wydarzeń, czyli toczonych przez mężczyzn wojen, z których dokładnie nas przepytywano. Wojny to bohaterstwo i chwała,
to sprawy warte uwagi historyków. A kobiety?

„Przez wieki rządziły w gospodarstwie, budowały dostatek kraju, naprawiały to, co mężczyźni niszczyli podczas wojen, rokoszy, zajazdów” – stwierdza profesor Bogucka, i nie jest w tym gołosłowna. Podaje liczne przykłady. Regina Żółkiewska wybudowała rezydencję w Żółkwi na początku XVII wieku, podczas gdy jej małżonek hetman wojował. Elżbieta Staniewska w XVIII wieku rozwijała kopalnie galmanu i eksportowała go do Amsterdamu. Pierwsze manufaktury w Polsce zakładały Anna Jabłonowska i Anna Wielopolska…

Kobiety nie mogły oczywiście zasiadać w sejmie. Dlaczego oczywiście? No nie wiem, to się rozumiało samo przez się, tak jak i dziś gorsza pozycja kobiet – wbrew logice i faktom – nadal się rozumie. Ale choć Polki nie były posłankami, już od XVII wieku jeździły na sejmy i sejmiki i zasiadały na balkonie sejmowym. Hałasowały, gdy im się coś nie podobało, czasem nawet przerywały obrady. Pisały petycje, prośby, protesty. W opinii cudzoziemców górowały intelektualnie nad mężczyznami, były bardziej wykształcone i oczytane. Czy przypadkiem nie jest tak do dzisiaj? I dziś jeszcze musimy udowadniać, że damy sobie radę na wysokich stanowiskach. Że jesteśmy kompetentne i zaradne, odpowiedzialne i waleczne.

Takie są bohaterki książki Aleksandry Boćkowskiej. Kobiety niezwykłe, a jednocześnie jakoś bliskie, podobne do nas. Każda z nich przeszła długą drogę. Beata Stelmach, która jest wiceministrem spraw zagranicznych, 20 lat przepracowała na kierowniczych stanowiskach w firmach związanych z rynkiem kapitałowym. Jak jej się to udało? W jaki sposób rozbiła szklany sufit? „Po prostu więcej pracowałam, bardziej się starałam. Podjęłam walkę, nie dałam nigdy sobie wmówić, że jestem gorsza” – opowiada.

Niedawno prowadziłam warsztat dla działaczek społecznych z różnych stron Polski. To było naprawdę niezwykłe przeżycie. Bo te kobiety też nie dały sobie wmówić, że są gorsze. Przeciwnie – wierzą, że są silne i waleczne jak ich babki. Działają w sferze publicznej, zajmują wysokie stanowiska i nie trzeba ich przekonywać, że się na nie nadają. Bo właściwie dlaczego by się miały nie nadawać?

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »