Tomasz Jastrun: Psy mojego sumienia

Tomasz Jastrun: Psy mojego sumienia
123rf.com

Walą pioruny, piesek drży. W naszym samochodzie za to burza moralna.
Jak dolegliwe bywa sumienie, wie każdy, kto je posiada. Często nasze sumienie testują psy, może dlatego, że kręcą się między tym, co ludzkie i zwierzęce. Pies czasami tak patrzy, jakby mógł coś powiedzieć w naszym języku, a jednak nie mówi. Może mu się nie chce? Też dlatego każdy z nas w wysokim sądzie sumienia ma grubą teczkę z napisem: „pies – winy i zasługi”. Oto kilka cytatów z mojej.

Mamy z Adasiem po sześć lat. Idziemy nad Wisłę z jego ojcem Arturem Sandauerem, słynnym krytykiem. Był postacią osobliwą, trochę podobny do krokodyla. Towarzyszy nam ich mała, czarna suczka. Ojciec Adama uznał, że nadszedł czas, by nauczyć Wronę pływać. Ona nie chce do wody. Wepchnięta, szybko wraca, płynąc pieskiem, czyli potrafi. Ojciec Adama ponawia naukę, teraz wrzuca sunię z rozmachem. Adam broni zwierzaka, ja jestem rozbawiony i bez serca. Wrona znowu wraca, ale ma już dosyć. Do dzisiaj widzę, jak gdzieś w dali nikną jej uszy i ogon. Była mądrzejsza niż słynny literat. Adam płacze. Jego matka, znana malarka Erna Rosenstein, zrobi mężowi awanturę. Rozwieszamy kartki o zaginięciu psa. Ktoś przyprowadza zgubę. Wtedy dopiero czuję ukłucie sumienia.

Pałac oborski pod Warszawą, znany dom pracy twórczej. Idę z ojcem wiejską drogą. Na poboczu gotują się od gorąca i brzęczą owady. Na drogę wybiegają dwa psy. Jakiś samochód ciągnie za sobą welon pyłu. Psy rzucają się, by obszczekać potwora. Jeden z nich dostaje się pod koła i z przetrąconym karkiem turla się, skomląc przeraźliwie. Nie wiemy, jak mu pomóc. Oddalamy się przerażeni z miejsca dramatu. Biegnie za nami drugi pies. Przyspieszmy kroku, ten uparty, jakby już na zawsze połączyło nas nieszczęście. Zbliżamy się do oborskiego pałacu, na tarasie bieleje głowa Wańkowicza, jedzie na rowerze Antoni Słonimski, łysy i chudy jak świerszcz. Zdumiony, co mój ojciec robi, a on właśnie chwyta za kij i biegnie, grożąc psu. Ten pełznie ku niemu pokornie na brzuchu i merda ogonem – jakby mówił: „Bij mnie, i tak was nie opuszczę, jak wy opuściliście mego brata”. Już na zawsze połączyło nas nieszczęście. Ojciec wpada w szał, potem bezradny zaczyna płakać. Teraz już wiem, to nie pies był dramatem, ale wyrzuty sumienia, w które się wcielił. A kijem sumienia nie przegonisz.

Jest lipiec tego roku. Jedziemy samochodem w gęstej ulewie. Nagle myśl: „Antoś nieprzypięty”. Staję. I moknę, szarpiąc się z pasem fotelika. Nagle Antoś woła: „piesek!”. Pod siedzeniem pies kudłaty, mokry, roztrzęsiony, wskoczył z chodnika. Proszę grzecznie, by opuścił samochód, ale czy można kogoś grzecznie wyprosić na ulewę. „Jak to możliwe?” – pyta żona. „Ja lubię tego psa” – mówi Antoś. Franio woła: „hau, hau”. Walą pioruny, piesek drży. W naszym samochodzie rozpętała się za to burza moralna – co robić? Nagle Ewa przypomina sobie: „W naszym hotelu nie można trzymać psów”. Głupi przepis bywa pretekstem, by oszukać sumienie. Biorę psa za kark w nagłej złości, która ma zabić litość. I wystawiam na chodnik zmieniony w potok. Wskakuję do wozu i w panice uciekamy…

22 lata temu – wracam do Warszawy małym fiatem ze zjazdu Solidarności w gdańskiej Olivii. Na tylnym siedzeniu gniecie się Antoni Macierewicz. Tak, ten obecnie słynny specjalista od katastrof lotniczych. Noc. Szosa pusta, Polska śpi nerwowym snem; jak to kraj w czasie rewolucji. Coś skacze na drogę. Przed maską coraz bliżej ślepia i jęzor – to pies, a nie bies. Puszczam hamulec w ostatniej chwili i odbijam w lewo. Nadal jesteśmy na drodze, psa nie ma, wymknął się śmierci. My też. Macierewicz, takim samym głosem i tonem jak dzisiaj oskarża Tuska i Putina o mord smoleński, oświadcza: „brawo, piękne lądowanie”.

Czy w gmachu wielkiego sądu sumienia ta zasługa zrównoważy moje grzechy zapisane w rejestrze win psich?

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »