Podróże – wywiad z Marzeną Filipczak

fot.123rf

Rzuciła przed laty stałą posadę w wydawnictwie, by ruszyć w kilkumiesięczną wyprawę. Choć powrót do rzeczywistości nie okazał się wcale łatwy, podróżowanie od tej pory stało się jej odskocznią od codzienności. Obecnie jeździ do krajów mało przychylnych kobietom, ale fascynujących swym krajobrazem i kulturą. O potrzebie samotnego podróżowania opowiada Marzena Filipczak.
Jedynie siedem kilo – tyle zwykle waży twój plecak. To mało jak na kilkumiesięczną podróż.

reklama

W tej chwili nie robi mi już to różnicy, czy jadę na dwa tygodnie, czy na kilka miesięcy – zawsze mam w plecaku to samo: dwie pary spodni, długą spódnicę, kilka podkoszulków, polar, kurtkę przeciwdeszczową, niskie buty do trekkingu, chustę, trochę bielizny i kosmetyków. To wystarczy. Jeśli coś się zniszczy, wyrzucam i kupuję na targu nowe. A bieliznę czy T-shirty można wyprać w każdym miejscu. Oczywiście inaczej sprawy się mają na wędrówce, gdy niosę namiot, śpiwór, paliwo, prowiant itd. – wtedy mój plecak maksymalnie powinien ważyć 18 kilogramów. Przy cięższym wędrówka szybko staje się dla mnie udręką.

Ale chyba nie jest za przyjemnie, kiedy przy 40 stopniach upału musisz okryć się od stóp do głów?

Na pierwszy rzut oka wydaje się to nieznośne. Ale kobiety w Iranie chodzą przecież w czadorze, pod którym mają chustę, manto, czyli rodzaj płaszczyka, a pod nim jeszcze bluzkę, do tego długie spodnie i zakryte buty. Obowiązujący tam hidżab nie jest konkretnym strojem, tylko zasadą ubierania się, która każe zasłonić kobiecie całe ciało z wyjątkiem twarzy i dłoni, ukrywając przy tym jego kształty. Ja zazwyczaj nosiłam długie luźne spodnie, przewiewną tunikę przed kolano, dużą chustę, ale też sandały odkrywające stopy, na co nikt mi nie zwrócił uwagi – było to więc całkiem znośne. Hidżab tak naprawdę dawał mi w kość jedynie w czasie nocnych podróży pociągiem czy autobusem – nawet śpiąc, musiałam uważać, by nie zsunęła mi się chusta. Podobnie jak Iranki, wiązałam ją więc wtedy pod szyją. Jeśli chce się podróżować swobodnie, trzeba przyjąć te wszystkie reguły, bo to my jesteśmy tam gośćmi.

Nazwałabym twoje podróżowanie ekstremalnym. Nie każdy jest w stanie spać na dworcu czy w pociągu postawionym na bocznicy, nie brać prysznica przez tydzień czy korzystać z wychodka w postaci dziury w ziemi.

Czasami myślę, że jestem genetycznie przystosowana do podróżowania: zasypiam w każdych warunkach, zmęczenie czuję dopiero czwartej nocy spędzonej w środkach komunikacji, nie mam choroby lokomocyjnej, wysokościowej ani jet lagu, lubię dużo chodzić, mało jem i nigdy nie zatrułam się nawet w najbardziej lokalnych garkuchniach. Jedyny incydent miałam z kumysem w Kirgistanie – ale podobno po pierwszym razie choruje większość turystów, a potem żołądek się do niego przyzwyczaja. No i już nie płaczę, gdy nie mam jak umyć włosów przez tydzień, co kiedyś było dla mnie największym problemem związanym z podróżowaniem.

Uważam, że każdy ma swoją granicę niedogodności, po przekroczeniu której podróż szybko staje się koszmarem. Ja nie znoszę wyglądać jak fleja, nie znoszę śmierdzieć i nie znoszę karaluchów, chociaż często muszę je tolerować, bo nie mam wyjścia. Za to umyć się można w każdych warunkach – wystarczy choćby toaleta na dworcu i butelka wody.

Lecisz w konkretne miejsce, bo…?

Mam listę krajów, które chcę odwiedzić w pierwszej kolejności. Z różnych powodów, nie ma w tym żadnej zasady. Czasem usłyszę opowieść, zobaczę zdjęcie albo jakiś program, wpadnie mi w ucho nazwa. To jest taki „klik” w głowie i już. Kiedy więc trafi się tani bilet w jedno z tych miejsc, a ja mam akurat czas i odłożone pieniądze, to nie zastanawiam się, tylko go kupuję. I tak wrzesień spędzę z Boliwii – bilet kosztował jedynie 1200 zł.

Cały wywiad z Marzeną Filipczak przeczytasz w sierpniowym numerze SENSu

Marzena Filipczak – dziennikarka, redaktorka, autorka książek „Jadę sobie. Azja. Przewodnik dla podróżujących kobiet”, „Lecę dalej. Tanie podniebne podróże” oraz „Między światami”. Więcej o Marzenie Filipczak i jej książkach: www.marzenafilipczak.pl