Muzyka taka jak ty – nauka gry na didgeridoo

123rf.com

W sztuce i w życiu nakładamy na siebie kolejne warstwy, przez które coraz trudniej dotrzeć do własnego wnętrza. Proste instrumenty pomagają zrobić unik i spojrzeć na „ja” z innej perspektywy – mówi Ondřej Smeykal, wirtuoz i nauczyciel gry na tradycyjnym aborygeńskim instrumencie didgeridoo.
Ciekawy wybrałeś sobie instrument do grania – didgeridoo. Skąd taki pomysł?

W 1989 roku zdałem na wydział grafiki na ASP w Pradze i tam zobaczyłem na ulicy performera, który grał na długiej, plastikowej rurze. Od dawna chciałem na czymś grać, ale nie mogłem trafić na swój instrument. Gdy spotkałem tego performera, poczułem, że to jest coś dla mnie. Proste narzędzie, które pozwala na szybkie przekazanie uczucia i myśli innym. Duże instrumenty, takie jak fortepian, mają dużą duszę, która czasami przerasta to, co się chce przy ich pomocy powiedzieć. Ja szukałem czegoś, co pozwoli mi się szybko skomunikować. W końcu każdy muzykę nosi w sobie.

Dopiero dwa lata później dowiedziałem się, że jest taki australijski instrument – didgeridoo. To najstarszy syntezator na świecie. Podczas gry na nim wargi, głos i ciało oscylują. To też najprostsza droga do siebie. A tego coraz bardziej nam potrzeba – kontaktu z ziemią, z ciałem, z głosem. Jak tego nie ma, pojawia się depresja.

Uczysz też gry na didgeridoo. Co najważniejszego przekazujesz swoim uczniom podczas warsztatów?

Pokazuję im, że w graniu na didgeridoo można wybrać dwie drogi: tradycję lub eksperyment. Każdy musi zdecydować, co jest dla niego. Tradycją są jasne reguły, eksperyment to poszukiwania. Tradycyjne rytmy są ustalone dla tradycyjnego tańca – odpowiadają ruchom rąk i nóg. Musisz to zobaczyć, żeby zrozumieć. Ale możesz chcieć od didgeridoo czegoś innego, musisz tylko wiedzieć, czego. Ale didgeridoo to instrument, który szybko cię nauczy, kim jesteś. Uwolni twoją kreatywność, a przez nią poznasz swoją osobowość.

Jaką drogę sam wybrałeś?

Eksperymentalną, ale w końcu zrozumiałem, że sens didgeridoo leży w tradycji. Na masową skalę Aborygeni zaczęli je wytwarzać dopiero w latach 50., gdy do Australii dotarli Europejczycy, którzy kupowali je jako pamiątki. Aborygeni byli półnomadami – w czasie suszy przemieszczali się w miejsca nawodnione. Nosili ze sobą jak najmniej, więc instrumenty wykonywali na miejscu i potem je zostawiali. Używali do tego wydrążonych przez termity konarów drzewa eukaliptusowego, a z wosku pszczelego formowali ustniki.

Ja też jestem półnomadą. To natura każdego, kto gra. Muzyka to pretekst do spotkania, a dla muzyków oznacza to wieczne podróżowanie. Podczas trasy koncertowej w USA zjechałem 50 tys. mil. Grałem codziennie gdzie indziej i dla innych ludzi. Były więc tylko dwie możliwości: mogłem muzykę znienawidzić albo pokochać. Po niewyobrażalnym zmęczeniu przeżyłem katharsis. Zrozumiałem, że po prostu muszę grać.

Co ci to daje?

Cały czas poznaję siebie. Pierwszym krokiem był kontakt z moją kreatywnością, kolejnym – poszukiwanie dla niej formy. Nie mogłem od razu grać tradycyjnie, bo tego nie czułem. Musiałem złapać kontakt ze sobą. Często ludzi uczy się w ten sposób, że mają absorbować różne formy, stworzyć sobie taki alfabet i potem się nim posługiwać. Problem polega na tym, że oni często nie wiedzą, co chcą powiedzieć. A wtedy ich sztuka jest mechaniczna, martwa. Didgeridoo pomogło mi dotrzeć do siebie.

To znaczy?

Uważam, że my, mieszkańcy Europy Zachodniej, przypominamy cebule: mamy dużo intelektualnych warstw i oczekiwań. W sztuce też absorbujemy i nakładamy kolejne warstwy, aż w końcu jest ich tyle, że nie można przez nie dotrzeć do siebie. A takie proste instrumenty pomagają zrobić unik i spojrzeć na „ja” z innej perspektywy. Wtedy można szukać swoich form, ale już ze świadomością, że to my sami sobą kierujemy. Didgeridoo cofnęło mnie do głębokiej radości. Oddało mi moją tożsamość.

Grasz też dla siebie?

To dla mnie coś w rodzaju codziennej higieny. Gdy gram, pracuje mój oddech i rezonuje całe ciało. Jak nie gram, czuję się brudny. Emocje i myśli obciążają nas i zaśmiecają. Trzeba otworzyć swoje ciało, żeby to wszystko odeszło. Pomaga w tym m.in. joga. Ale najmocniej pomagają wibracje. Gdybym nie grał dla siebie, w ogóle nie mógłbym grać.

To taka autoterapia…

Tak, to może tak działać. W ciele są różne centra: gdy oddycham przeponą, to przekazuję ten impuls do tego samego punktu u kogoś innego. To jest komunikat od jednego życia do drugiego. Mocny, bezpośredni. Dlatego ma duże terapeutyczne możliwości, o ile wysyła go ktoś, kto jest terapeutą. Szukam więc osoby, której mógłbym tę wiedzę przekazać.

Rozwijasz się w swojej sztuce?

Nauka nie ma tu końca. Kiedyś myślałem, że wreszcie stanę się sławny, bogaty, będę miał dom i samochód na kredyt. To nie tak. Robisz coś, robisz, i nagle zatrzymujesz się i zastanawiasz: „po co ja to właściwie robię?”. I to właśnie może być koniec albo początek twojej przygody. To może być też uwolnienie. Gdy przekroczyłem ten punkt, wiedziałem już, że chcę to dalej robić, chcę grać muzykę, ale zrozumiałem też, że droga nie prowadzi przez umysł, tylko przez ciało. W tym pomaga mi joga. Didgeridoo to tylko głośnik. Żeby muzyka działała, trzeba mieć dobry kontakt z ciałem, trzeba czuć swój oddech.

Co się zmienia, kiedy się uwalniasz?

Zmienia się percepcja. Spotykam się ze swoją istotą, z tym najmniejszym ziarenkiem w sobie, które chce coś robić. Tam jest tylko radość. Ale cały system mówi: „tak nie wolno”. Więc gdy już odnajdziesz je w sobie, musisz też znaleźć sposób, jak je obronić. A potem znaleźć sposób na to, żeby wejść, wtłoczyć się w określone formy, ale to już będą formy swobodne. Bo ty decydujesz, w którą wchodzisz. Spajasz się z tradycją, bo wreszcie czujesz, że jej potrzebujesz. Ale na początku musisz odnaleźć swoje ziarenko radości. Gdy to zrobiłem, zapragnąłem uczyć innych. Podczas warsztatów próbuję pomóc ludziom uwolnić się: rozbić struktury i zacząć od nowa. Na koncertach gram już tylko dla radości. Dzięki niej nie ma w ludziach oporu. Dzięki niej rodzi się jedność. I to właśnie przekazuję.

Warsztaty z Ondřejem

Osoby początkujące będą mogły nauczyć się podczas warsztatów przede wszystkim oddechu cyrkulacyjnego, który jest wstępem do gry na didgeridoo. Technikę tę można potem samodzielnie stosować i pogłębiać. Ma ona zresztą wiele dodatkowych korzyści, podobnie jak inne techniki oddechowe (stosowane np. w terapii oddechem, jodze czy medytacji). Dzięki właściwemu oddychaniu i uruchomieniu przepony dotleniamy organizm, wprowadzamy równowagę energetyczną i oczyszczamy się na subtelnych poziomach. Dlatego gra na didgeridoo ma również aspekt terapeutyczny.
Bardziej zaawansowani w grze na didgeridoo uczestnicy warsztatu będą mogli pracować nad rytmami oddechu, poznawać techniki wokalne i tajniki komponowania. Wszyscy dowiedzą się, jak kontrolować ciało, oddech i rytm. Po warsztatach Ondřej gra dla wszystkich uczestników koncert.

Najbliższe warsztaty „Uzdrawiająca moc didgeridoo” i koncert odbędą się w dniach 15–17.06. Więcej na www.etnowibracje.pl.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »