Joanna Brodzik: Moja lady Di

fot. Rafał Masłow

O momentach ekstremalnych w życiu, o wartości kobiecej przyjaźni, o roli Di i jej skutkach – Joanna Brodzik opowiada Katarzynie Drogiej.
Jakim cudem Joasia Brodzik, mama bliźniaków i ciepła Małgosia z „Rozlewiska”, pojawia się nagle w teatrze w roli czupurnej Di, która trenuje boks i woli kobiety?

reklama

Przygoda z Di, moją postacią w spektaklu „Di, Viv i Rose” warszawskiego teatru Capitol, była dla mnie samej ogromnym zaskoczeniem. Propozycja padła w kwietniu ubiegłego roku, kiedy ostatnią rzeczą, jaką mogłabym o sobie powiedzieć, było to, że postrzegam siebie jako osobę wysportowaną, twardą, maskulinizującą… Byłam po pięciu latach podporządkowania się macierzyństwu, dzieciom i stanom czysto kobiecym! To, że reżyser (Maciej Kowalewski – przyp. red.) zobaczył we mnie potencjał kogoś tak bardzo odmiennego od mojego wizerunku, w tamtym momencie zadziałał najpierw paraliżująco, a potem… motywująco! Dziś, po kilku miesiącach grania, jestem przekonana, że spotkało mnie to, co mogło najlepszego na tym etapie życia. Wydawało mi się, że jestem „upupiona” w tym gombrowiczowskim sensie: po pierwsze czterdziestka, po drugie dwoje dzieci niełatwych do wychowania, po trzecie zawodowo przyjęłam propozycję grania osoby starszej od siebie, czyli Małgosi w „Rozlewisku”… To wszystko zbudowało we mnie przekonanie, że niewiele jest rzeczy, które mogą mnie jeszcze zaskoczyć. A tu okazało się, że za sprawą wytrychu w postaci roli Di moje życie wykonało totalną, piękną woltę. Przejrzałam się na nowo w rzeczywistości. Stwierdziłam: to, że mam 40 lat, nie znaczy, że nie jestem młoda, przeciwnie – jestem świadoma swojej energii bardziej, niż gdy miałam 20 lat. I bardziej ją sobie cenię. Inne spojrzenie na siebie, treningi, odkrywanie stanu obcowania ze sobą samą na poziomie fizycznym, pokonywanie barier związanych z nabywaniem kondycji – jest niezwykle ożywcze. Przygoda teatralna, której się obawiałam: czy dam radę, czy ludzie będą chcieli mnie oglądać na scenie i czy to będzie działało – ten lęk okazał się pikusiem przy tym, co się zdarzyło. To, co postrzegałam jako przygotowywanie roli, przeniosło się na całą resztę mojego życia. Na moje relacje z innymi, z partnerem, dziećmi, przyjaciółmi i na postrzeganie świata. Nie uwierzyłabym w to kilka miesięcy temu.

Wiecej w Sensie 01/2015. Kup teraz!

SENS także w wersji elektronicznej

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »