Przeprowadzka na wieś – mity i fakty

fot. Getty Images/ Gallo Images

Katarzyna Droga poszła za głosem serca i wyprowadziła się z Warszawy na prawdziwie głuchą wieś. Idea modna, zwłaszcza że miasta coraz brudniejsze i walczą ze smogiem. Ona sprawdziła ją w praktyce. Co przeżyła, opisała z wnikliwością badacza. Czym zaskoczyły ją trzy kwartały spędzone w sielskim raju? Jakie wskazówki rozwojowe daje takie doświadczenie?

fot. Getty Images/ Gallo Images

reklama

Wyjechać na wieś! Marzenie pielęgnowane od lat stało się możliwe. Dom na wsi, blisko natury, w nim ja: nie na weekend po pokonaniu korków, nie na wyszarpany urlop w lecie. Na stałe! Kawa na tarasie z widokiem na łąki. Ogród, w nim moje psy, szczęśliwe i swobodne. To w lecie, a zimą kominek, biało i mroźno za oknem, kuligi z pochodniami, biegówki. Dzielę czas na pisanie i czytanie książek, pichcenie smakołyków, życie rodzinne na wsi spokojnej i wesołej. Tak miało być.

Co się stało z czasem?

Budzik wprawdzie nie dzwoni, ale znakomicie zastępują go psy. W mieście ospałe aż do porannego spaceru, tu nagle ożywione od świtu z szaleństwem w głosie alarmują, że koty atakują ogród. Jazgot okropny, wtórują im sąsiedzkie, ruszają traktory, bo rolnicy wiozą mleko do mleczarni. Łoskot na dachu – to wrony. Stukają dziobami, pazurami, po co? Nie wiadomo, ale jakby walił w blachę grad. Wstaję wcześniej niż w mieście. Nie szkodzi, kawa z widokiem na rozlewiska pomaga i dobrze zacząć pracę o poranku. Biurko i laptop czekają. Miejsce pracy zgodnie z zaleceniami feng shui: urządzone w bibliotece na pięterku, tam gdzie książki i atmosfera, dobre światło, widok na drogę. Skupienie trwa chwilę. Motory, krowy na łąki, dzieci do szkoły, sąsiadka do sklepu, znów w towarzystwie psiego ujadania, jakby wieś atakowali terroryści. Moje własne przybiegają z żądaniem, żeby wypuścić je na dwór, wpuścić, wypuścić…

Wiecej w Sensie 05/2017. Kup teraz!

SENS także w wersji elektronicznej

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »