1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Rodzinny galimatias: jak się nie pokłócić nad wigilijną kapustą?

Rodzinny galimatias: jak się nie pokłócić nad wigilijną kapustą?

Relacje rodzinne potrafią niejednokrotnie zepsuć święta. Jak do tego nie dopuścić? (fot. iStock)
Relacje rodzinne potrafią niejednokrotnie zepsuć święta. Jak do tego nie dopuścić? (fot. iStock)
Odwieczne pytania, dlaczego nie macie dzieci, przechwałki bratowej, polityczne wtręty wujka… Zwykle wyprowadzają cię z równowagi podczas wigilijnej kolacji? W tym roku spróbuj znaleźć głębszy sens tych słownych przepychanek. Jak reagować, gdy rodzina wkłada nam palec do oka, Ewa Pągowska pyta Pawła Droździaka, psychoterapeutę i mediatora rodzinnego.

Moją znajomą rok temu mama przywitała w Wigilię słowami: „Ale ty jesteś okrągła!”. Podziałało jak kubeł zimnej wody, bo zapomniała, że w jej rodzinie takie uwagi to norma.
To zapominanie jest w kontekście świąt bardzo ważne. Często mamy dwa zupełnie różne obrazy rodziny. Pierwszy – oparty na oczekiwaniach, jaka ta rodzina miałaby być  i czym powinny być rodzinne święta. To jest taki wyidealizowany obraz bliskich, jaki sobie tworzymy, tęskniąc za nimi. Drugi to rzeczywistość, o której nie pamiętamy, gdy jesteśmy daleko – obraz, który staje przed nami, kiedy dochodzi do spotkania. Tak jak w podanym przykładzie – córka przyjeżdża stęskniona, a matka na powitanie wkłada jej palec w oko.

Czy to znaczy, że jeśli chcemy mieć święta bez awantur i nie dać się sprowokować krewnym, powinniśmy wcześniej przypomnieć sobie ich negatywne cechy?
Na pewno warto sobie uświadomić, że rodzina – nie ta idealna jak z reklamy, gdzie rodzice żyją w zgodzie, dzieci się cieszą, a dziadek z babcią są zrelaksowani, bo wszystkich świetnie widzą dzięki temu, że stać ich na dobrze dobrane okulary, tylko realna – często ma całą masę nierozwiązanych konfliktów systemowych, do których ustawicznie wraca. Między jej członkami toczą się różne gry, jest konflikt ról, wokół którego ludzie wciąż krążą. Zwłaszcza w święta, bo one są soczewką, w której się wszystko skupia. Możemy założyć, że jeśli przez ostatni rok w naszym systemie, czyli rodzinie, nic się drastycznie nie zmieniło – nikt nie umarł, nie urodził się, nie rozstał, to konflikt, który powtarza się od lat, w tym roku jeszcze się zaogni. Dojdzie do tych samych dyskusji na temat tego, kto będzie, a kogo nie będzie i u kogo będzie, dlaczego tak krótko i dlaczego najpierw do tych, a potem do tamtych…

I mamy po prostu się z tym pogodzić? Nic nie możemy zrobić?
Zrobić możemy wszystko. Ważne, żebyśmy zrobili to, co chcemy, a nie mechanicznie odtworzyli tę samą scenę, którą odtwarzamy co roku. Bo jeśli przyjmę postawę męczennika i będę myśleć: „Jestem ofiarą, znów przyjdę bez męża i bratowa będzie mnie katować swoimi rozkosznymi bobaskami i opowiadać, jak wspaniale było na rodzinnych wakacjach, a ja nie mam z kim na te wakacje jeździć”, to nie będę mieć ruchu. Chodzi o to, by podjąć próbę pełnej refleksji nad tym, co się od lat przy świątecznym stole dzieje, zamiast zakładać, że tym razem to się nie wydarzy, bo wydarzy się na pewno.

Jak się do tego zabrać?
Możemy zebrać doświadczenia, zrobić przegląd świąt z ostatnich lat, przypomnieć sobie różne zdarzenia i starać się znaleźć w nich głębszy sens. Chodzi o to, by zadać sobie pytanie, czy wiemy, co się właściwie dzieje. Zastanowić się, dlaczego bratowa wciąż podkreśla, że jest jej tak cudownie z naszym bratem. Dlaczego kuzynka podczas każdej Wigilii ściąga na siebie całą uwagę szaleńczymi wymaganiami co do menu i oświadcza, że teraz to już nie je kiełków, ale same końcówki kiełków. Jaką rolę w naszym systemie odgrywa taka osoba? Dlaczego ja za każdym razem kłócę się z synową o to, która zrobiła lepszy bigos. Uświadomienie sobie, że nie chodzi o tę potrawę, tylko o to, która z nas jest ważniejsza w życiu syna, sprawia, że zaczynam łapać dystans i potem, kiedy przy stole pojawia się temat bigosu, nie wchodzę już w kłótnię tak bezrefleksyjnie.

Znalezienie głębszego sensu w sporach nie jest takie łatwe. Można się pomylić, odgadując cudze intencje.
Nie chodzi o to, żebyśmy coś odgadli, tylko o samo dostrzeżenie, że za zachowaniami naszymi i innych ludzi może stać coś innego niż to, co werbalizują. Samo zadanie sobie pytania: „O co tu chodzi, że my siedemnasty raz o tym bigosie gadamy?” już przenosi mnie w inne miejsce. Kiedy spojrzę na to z góry, jak na pewną całość, trochę jak na dom wariatów, w którym ja też jestem szaleńcem, to spuszczę z siebie ciśnienie i może powiem: „No ja nie wiem, dlaczego my się o ten bigos ciągle kłócimy”, zamiast: „Nie będziesz mi mówiła, jak się bigos gotuje”. Chodzi o to, żeby poszukać głębszych przyczyn ludzkich zachowań. Może na przykład warto na konflikt z rodzicami spojrzeć w ten sposób, że są dwie kultury: wiejska i miejska, i to, że rodzice co roku zadają nieśmiertelne pytania: „Kiedy ślub?” „Kiedy dzieci?”, „Kiedy w oknach firanki?” i krytykują moje wydawanie wszystkich pieniędzy na podróże, jest wynikiem tego, że im brakuje kontaktu ze mną? Może czują, że wszystko nas różni i wyobrażają sobie, że wnuki by to zmieniły.

Byłby temat do rozmowy.
Tak. Gdyby usłyszeli, że się urodził wnuk i waży cztery kilo, to już mogliby coś razem ze mną zrobić. Może więc niekoniecznie chodzi im o to, by nade mną dominować, by mi udowodnić, że marnuję życie?

Mogę też zastanowić się nad tym, co mi ich uwagi robią. Jakie uczucia we mnie budzą? Mam szansę odkryć, jak bardzo te moje uczucia zależą od tego, w jaki sposób zinterpretowałem intencje rozmówcy. Jeśli już ktoś podejmie ten wysiłek, zdobędzie się na refleksję – może zacząć planować różne swoje działania, reagować świadomie, a nie automatycznie. Może zacząć decydować o sobie, zamiast być tym, któremu „jest robione”.

Można wreszcie przeciwstawić się innym, bo „przetrwanie bez konfliktów” nie jest jedynym zadaniem, jakie można sobie postawić w święta. Można próbować powiedzieć otwarcie o swoich uczuciach: „Słuchajcie, ja sobie tak myślę, że faktycznie bardzo się różnimy, ale tak jak niektórzy nie lubią ogórków, tak ja nie lubię dzieci. A im częściej wy mi mówicie, że to nienormalne, tym bardziej ja ich nie lubię”.

To zadziała? Zmieni bieg wydarzeń?
Nie wiem. Jest taka szansa, ale rodziny są różne – jedne agresywne, inne nie, a jeszcze inne, jak u pani znajomej, niby pokojowo nastawione, a w rzeczywistości bardzo agresywne, tyle że w sposób ukryty. U niej więc może się zdarzyć, że na szczere wyznanie: „Sprawiłaś mi przykrość”, mama odpowie: „Nie chciałam ci sprawić przykrości, powiedziałam tylko prawdę, bo przecież jesteś okrągła” i dalej będzie wiercić w oku. Natomiast na pewno jeśli chcemy coś zmienić, musimy zrobić coś innego niż zwykle, wyjść poza kanon: „Mamo, a ty znowu!”.

I możemy tę reakcję zaplanować?
Tak, bo jeśli uczciwie przyjrzymy się naszej rodzinie, to jesteśmy w stanie przewidzieć, jakie kłopoty pojawią się podczas świąt. Jeśli np. dziecko ma trzy lata i wciąż nie jest ochrzczone, a nasi rodzice są bardzo religijni, to ten temat na pewno zostanie poruszony. Może nie wprost, ale na przykład w postaci wyzwania: „Chodźmy na pasterkę”. I musimy być na to gotowi.

Często udajemy i staramy się utrzymać dobre relacje rodzinne... żeby tylko nie ucierpiała świąteczna atmosfera. (fot. iStock) Często udajemy i staramy się utrzymać dobre relacje rodzinne... żeby tylko nie ucierpiała świąteczna atmosfera. (fot. iStock)

A jak reagować na aluzje, których przy rodzinnym stole zwykle nie brakuje? Podobno dobrą metodą jest zadanie pytania: „Co konkretnie masz na myśli?”. Wtedy rozmówca musi się wycofać albo powiedzieć wprost, o co mu chodzi. W obu przypadkach atmosfera ma szansę się oczyścić.
Prośba o doprecyzowanie jest bardzo znanym asertywnym sposobem radzenia sobie z aluzjami. Rzeczywiście osoba, która je rzuca, zwykle się wtedy wycofuje. Rzadko mówi wprost, o co jej chodzi, bo albo sama nie do końca jest tego świadoma, albo nie jest gotowa powiedzieć tego otwarcie. Na przykład jeśli spieramy się o to, ile czasu spędzimy u teściów, a tak naprawdę kłótnia dotyczy tego, która rodzina jest ważniejsza i kto jest z kim bardziej związany – to poniesiemy porażkę, pytając: „O co ci właściwie chodzi?”, „Czy zależy ci na tym, żebyśmy zdążyli na zupę?”, bo wiadomo, że nie chodzi o zupę, tylko o to, by tamta rodzina przestała istnieć, bo zabiera ukochane dziecko.

Jak inaczej można zareagować?
Można spróbować opisać sytuację, nazwać to, co naprawdę się ze mną dzieje, np.: „Słuchajcie, obie rodziny są dla mnie ważne i jestem teraz między młotem a kowadłem, bo chciałbym tak zrobić, żeby nikt nie poczuł się źle”. To czasem wytrąca broń z ręki.

Rozmawiamy o reakcjach na zaczepki i niemiłe uwagi, ale czy możemy coś zrobić, by im zapobiec? Powiedzmy, że obawiam się dyskusji o polityce, bo wiem, że na Wigilii będzie wujek, który ma zupełnie inne poglądy.
Mogę spróbować powiedzieć: „Ja wiem, że wujek jest za »tamtymi«, ale ja wujka tak lubię, że to się nie zmieni, nawet jakby mnie wujek nazwał komuchem”.

Mam zacząć od tego rozmowę?
Jeśli i tak wiadomo, że do sporu dojdzie, czemu nie wypuścić ciśnienia wcześniej? To, co dzieje się przy stole, to czasem trochę takie gierki towarzyskie, więc wszyscy na początku rozstawiają figury.

A może warto zaproponować, żeby w święta nie rozmawiać o polityce, bo ona często jest powodem kłótni?
Jeśli w rodzinie konflikt o politykę jest bardzo silny, to sztuczne jego unikanie niewiele da, bo on się ujawni w inny sposób. Zakaz poruszania jakiegoś tematu będzie wywoływać napięcie. Poza tym niektórzy ludzie lubią się pokłócić o politykę i to nie musi być destrukcyjne. To jest dla nich jak gra w tenisa – piłeczka raz jest po jednej, raz po drugiej stronie. Czasem rodzina wie, że to jest niegroźne i „gracze” długo czekają na to spotkanie, bo uwielbiają się z sobą spierać.

Co robić, jeśli spór, który rozgrywa się na naszych oczach, jest jednak destrukcyjny i nieprzyjemny dla wszystkich, np. kuzynka z mężem wrzeszczą na siebie i wypominają sobie zdrady?
Warto zwrócić tym ludziom uwagę, że my tu też jesteśmy. Można powiedzieć: „Bardzo was lubię, rozumiem, że między wami jest dużo napięcia, ale sposób, w jaki to wyrażacie, jest rujnujący dla tego święta. Proszę, żebyście ten spór załatwili gdzieś indziej, bo ja się fatalnie czuję, kiedy tu tak na siebie krzyczycie”.

Tak jakbyśmy usadzali niegrzeczne dzieci?
Tak! Ale co innego można zrobić? Jeśli będę się kulić i milczeć, to zacznę się czuć ofiarą.

No właśnie – przeciwko czemu powinniśmy zdecydowanie protestować? Na co nie możemy się zgodzić?
To jest kwestia indywidualnych granic, bo dla jednego fakt, że dziadek wziął siekierę i rozgonił biesiadników, jest powodem do zerwania stosunków, a inny przyjdzie w kolejne święta i powie jedynie: „Dziadek, tylko dzisiaj tę siekierę schowaj”. Natomiast to też jest pretekst do zastanowienia się nad tym, czy my wiemy, gdzie są nasze granice, i czy one w ogóle istnieją.

A czy jest coś, z czego warto w święta zrezygnować? W imię dobrej, serdecznej atmosfery przy wspólnym stole.
Chociażby z pokazywania innym swojej przewagi. Może nawet i to moje dziecko jest bardzo zdolne, ale niech tym razem nie gra na fortepianie, jeśli na Wigilii będą też dzieci mniej uzdolnione. Kiedy przy stole siadają osoby, które właśnie straciły pracę, nie opowiadajmy o tym, że kupiliśmy mercedesa. No, ale to już nie jest psychologia, tylko elementarne podstawy dobrego wychowania.

Zna pan ludzi, którym to przedświąteczne postanowienie, że tym razem będzie inaczej, udało się zrealizować?
Znam kilka osób, którym udało się przełamać jakiś schemat, np. ktoś zawsze siedział cicho i znosił cierpliwie, gdy inny ciągle okazywał mu wyższość, aż pewnego razu powiedział prawdę: „Mam wrażenie, że strasznie się przechwalasz”. Może się wydawać, że to nic wielkiego, ale dla tego człowieka to był wielki krok. Reakcja była piorunująca. Ten drugi próbował jakoś to zagadać, obśmiać, ale potem już nigdy nie zachowywał się tak jak wcześniej.

Paweł Droździak
psycholog, psychoterapeuta i mediator rodzinny. Współautor książki „Blisko, nie za blisko. Terapeutyczne rozmowy o związkach” (wyd. Helion).

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Rodzic i jego oczekiwania, czyli jak zbudować prawdziwą relację z dzieckiem

Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości i aktywnego słuchania. (Fot. iStock)
Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości i aktywnego słuchania. (Fot. iStock)
Często jeszcze przed narodzinami dziecka układamy sobie idealny plan wychowawczy. Problem, że w tym planowaniu jest mało miejsca na potrzeby… dziecka. Jak więc zbudować prawdziwą relację?

Na jednej z warszawskich ulic młoda kobieta szarpie rozhisteryzowanego, 4-, 5-letniego chłopca. To jego mama. Oboje głośno krzyczą. Ostatecznie chłopiec siada na środku chodnika, bije pięściami mamusię, która próbuje go podnieść. Mijają ich podejrzliwie zerkający przechodnie. Przerażona kobieta bezradnie rozgląda się wokół i cicho prosi chłopca żeby wstał. Założę się, że przed narodzinami synka nie tak wyobrażała sobie relacje z dzieckiem. Co więc się stało?

W ostatnich latach nasze rodzicielskie plany bywają coraz bardziej szczegółowe: planujemy, kiedy zajdziemy w ciążę, jak będzie przebiegał poród, z ilu tygodni urlopu macierzyńskiego lub tacierzyńskiego skorzystamy. Układamy sobie w głowie obraz relacji z dzieckiem, nosimy w głowie cały szereg obietnic składanych.. samym sobie, które brzmią jak zaklęcia i zwykle zaczynają się od słów „nigdy” albo „zawsze”. Na przykład „NIGDY nie poniżę swojego dziecka publicznie, tak jak mnie poniżano; NIGDY nie będę go z nikim porównywał; ZAWSZE będę spokojnie i łagodnie rozwiązywała wszelkie spory; ZAWSZE przytulę dziecko, nawet jak będę zła".

Z czasem zaczynamy coraz bardziej koncentrować się na tym wszystkim, co wydarzyło się kiedyś. Po to, by nie zdarzyło się (NIGDY WIĘCEJ!) w naszej rodzinie. Sam fakt urodzenia się dzieci w jakiś magiczny sposób przenosi nas do dzieciństwa: przypominamy sobie różne sytuacje. Porównujemy się z niemowlęciem, przeciwstawiamy własne metody wychowawcze metodom rodziców. Gdy utykamy w trudnych wspomnieniach z dzieciństwa, okazuje się, że zamiast być w prawdziwym kontakcie z dzieckiem i realizować jego potrzeby, próbujemy zaspokajać swoje własne dziecięce niespełnienia, braki miłości, młodzieńczy bunt, żądając od wszystkich uwagi, miłości itd, czyli tego wszystkiego, czego kiedyś nie dostaliśmy. Koncentracja na tym niewiele ma jednak wspólnego z aktualnymi potrzebami naszego dziecka. Brnąc dalej tą ścieżką, stajemy się RODZICEM REAKTYWNYM, który przez większość swego rodzicielskiego czasu jest w reakcji na coś, co pochodzi z jego wewnętrznego świata, co powstało w przeszłości jako skutek smutku, zaniedbania, braku prawdziwej miłości i troski. To tu należy szukać źródeł bezradności albo niewłaściwie używanej siły i władzy w stosunku do własnych dzieci. Dlaczego 35-letni dorosły mężczyzna albo kobieta  czuje się bezradna  wobec 4-latka i jego histerii? Czego się przestraszyli? W jaką rolę bezwiednie wpadli?

Rodzic reaktywny to ktoś, kto nie ma prawdziwego kontaktu ze swoim dzieckiem, bo zbyt często bywa w kontakcie ze swoim wewnętrznym światem. Toczy wewnętrzny dialog, krótko mówiąc: nie ma go, jest nieobecny w relacji z dzieckiem i wcale nie z nadmiaru pracy. Jakiekolwiek wydarzenie choć trochę przypominające „tamtą” trudność wtrąca go z powrotem w jego wewnętrzny nierozwiązany od lat problem. I nie ma znaczenia, że sytuacja jest nieco inna - gwałtownie reagujące dziecko przypomina dorosłej kobiecie gwałtowną siłę, której kiedyś używano wobec niej. Kobieta nie może sobie z tym poradzić poradzić. Niepocieszone, przestraszone Wewnętrzne Dziecko w niej odzywa się znów. Zamiast krótkim komunikatem postawić granice, a potem z uwagą i miłością dopytać, co tak zirytowało malca, matka kuli się w sobie i cicho prosi malca, by „nie robił kłopotu”. Jeśli pozwolimy sobie zapaść się w przeszłości, zareagować tak jak w przeszłości, stajemy się nieobecni w relacji. Nie ma nas-rodziców w prawdziwej relacji z dziećmi. Wraca skrzywdzone dziecko, poniżany nastolatek, wyśmiewany publicznie i samotny.

Nawiązując do Analizy Transakcyjnej Berne’a, można powiedzieć, że to nie Dorosły albo Rodzic rozwiązuje problem z dzieckiem, ale zranione Wewnętrzne Dziecko usiłuje wyplątać się z bolesnej sytuacji. I nie jest to żadne zaburzenie, lecz zwykłe braki w komunikacji z drugim człowiekiem. Małym, nieświadomym, bezbronnym! To nieobecność w relacji tu i teraz, powszechna w nieuważnym, a czasem nieświadomym byciu w różnych rolach.

To także pewna forma zdrady wobec naszych dzieci. Bo zdrada w stosunku do dziecka to nie tylko jego odrzucenie. To także spłodzenie go (a tym samym obietnica składana dziecku i światu - bycia Rodzicem), a potem uporczywe, nieświadome trwanie w roli ofiary, Piotrusia Pana lub Księżniczki, gdy potrzebny jest pełnokrwisty świadomy swojej roli Rodzic.

Komunikacja z dzieckiem wymaga świadomości. Jak zadbać o świadome bycie w roli rodzica, o aktywne słuchanie, a świadomą komunikację z naszymi ukochanymi dziećmi?

  1. Wyjdź z wymiaru nigdy-zawsze, ten wymiar zwykle jest nierealny, a tobie (tak jak każdemu) zdarzą się wpadki.
  2. Rozeznaj się w swoich zasobach rodzicielskich. Zobacz, czym dysponujesz: jaki wzorzec dominuje w twojej komunikacji z dzieckiem?
  3. Dowiedz się jakie masz rangi, kim jesteś, jak używasz siły i wrażliwości w relacji z dziećmi?
  4. Jakie postaci (spersonifikowane wzorce osobowości) funkcjonują w twoim wewnętrznym świecie, kiedy i w jakim celu posługujesz się nimi, jakie masz trudności, by ich użyć w relacji z dzieckiem
  5. Dowiedz się, jaki jest twój mit życiowy, twój mit relacji z dzieckiem oraz twój rodzicielski mit, poszukaj ich w swoich snach, marzeniach o relacji ze swoim dzieckiem. Odkryj, czym dysponujesz, jaki jest twój jasny i mroczny sen wokół relacji z dzieckiem
  6. Dowiedz się, na czym polega prawdziwa żywa relacja, aktywne słuchanie, bycie w relacji, a czym wychodzenie z relacji. Naucz się używać całego spektrum różnych swoich cech i jakości z tym związanych, by móc w pełni świadomie być ze swoim dzieckiem, stawiać granice i otwarcie komunikować swoje uczucia.
Dorota Biały, psychoterapeutka i coach w Instytucie Psychologii Procesu, pracuje w Ośrodku Poza Centrum w Warszawie.

  1. Psychologia

Miłość i wściekłość - o trudnej relacji matki i córki

badania pokazują, że przesadnie krytyczne matki wywierają na córkę znacznie większy wpływ niż przesadnie krytyczni ojcowie. (Fot. iStock)
badania pokazują, że przesadnie krytyczne matki wywierają na córkę znacznie większy wpływ niż przesadnie krytyczni ojcowie. (Fot. iStock)
Dwie najbliższe sobie kobiety od pokoleń wzajemnie się obwiniają i wpędzają w poczucie winy. Tracą przy tym mnóstwo energii, która zamiast na budowanie idzie na niszczenie, hamuje ich rozwój. Dlaczego tak trudno im się porozumieć? I co zrobić, żeby porozumienie było możliwe?

Tekst pochodzi z archiwum miesięcznika "Zwierciadło".

Kinga, 25 lat, właśnie skończyła polonistykę, urodziła Olę. Jej mama Ewa, lat 55, w tym czasie odeszła na wcześniejszą emeryturę (była nauczycielką polskiego). Wreszcie ma czas, także dla wnuczki. Kiedy dwóm starszym synom rodziły się dzieci, pracowała. Zresztą synowe o pomoc zwracały się do swoich matek. I tak zdaniem Ewy ma być. Matka to matka. Kingę i Ewę łączy bardzo silna, skomplikowana więź. Nie mogą bez siebie żyć, ale ciągle się kłócą. Codziennie do siebie dzwonią (mieszkają na dwóch końcach miasta), ale zawsze kończy się wzajemnymi oskarżeniami. Pomagają sobie, jednak nie mają skrupułów, żeby się ranić. Konflikty zaczęły się w okresie dorastania Kingi.

Duży ładunek ambiwalencji

Kindze trudno było się połapać, o co mamie chodzi, bo raz traktowała ją jak małą dziewczynkę („włóż czapkę”, „nie zapomnij o kluczach”), a innym razem irytowała się, gdy była mało samodzielna.

Ann F. Caron, autorka poradnika dla matek dorastających córek („Matki i córki”), zauważa, że te dwie najbliższe sobie kobiety mają sprzeczne oczekiwania. Matki wymagają od córek samodzielności, a jednocześnie chcą mieć nad nimi kontrolę. Córki natomiast ciągle mówią matce: „ty nic nie rozumiesz, daj mi spokój”, a skrycie przyznają, że marzą o jej wsparciu, akceptacji i rozmowie.

Paula Caplan w książce „Nie obwiniaj matki” podkreśla, że większość relacji matka – córka cechuje duża ambiwalencja. Matka jest cudowna i okropna. Czuła i bezwzględna. Córka ukochana i nie do zniesienia. Miła i pyskata. Nic dziwnego, że te dwie kobiety kochają się i nienawidzą. Uciekają od siebie i za sobą tęsknią. Jak to wytłumaczyć? Tym, że związek matki z córką jest najbardziej intymnym ze wszystkich bliskich związków. Dla większości córek matka pozostaje najważniejszym punktem odniesienia, zwłaszcza w dzieciństwie, a bywa, że również w dorosłym życiu. Mała dziewczynka naśladuje jej gesty, przymierza przed lustrem jej stroje, bawi się w dom, wcielając się w jej rolę. Na tym etapie życia mama jest najwspanialszą osobą na świecie.

 
Ten obraz radykalnie zmienia się w okresie dorastania. Córka szuka wtedy dzielących je różnic, kwestionuje racje matki. A wszystko po to, aby zdefiniować siebie. Ale to nie znaczy, że matka nie jest jej już potrzebna. Wprost przeciwnie – to matka dostarcza jej informacji zwrotnych potrzebnych do budowania relacji ze światem. Mówiąc: „akceptuję twoje wybory” lub „kocham cię, choć nie podoba mi się to, co robisz”, daje jej to, co matka może dać córce najlepszego.

Ewa: – Starałam się z Kingą zaprzyjaźnić, wiedzieć, czym żyje, znać jej koleżanki, być taką jej psiapsiółą. Pożyczałyśmy sobie ciuchy, kosmetyki, chodziłyśmy razem do kina i na spacer. Wszystko to się skończyło, gdy poszła do liceum, a właściwie gdy poznała Kubę, swojego obecnego męża. Izoluje mnie od niego, jakby była o niego zazdrosna.

Kinga: – Pamiętam, że jako dziewczynka zwierzałam się mamie ze wszystkich swoich tajemnic. Mama z kolei wylewała mi swoje żale związane z pracą, przyjaciółkami, a przede wszystkim z ojcem, z którym rozstała się, gdy miałam pięć lat. Całe życie towarzyszyło mi poczucie, że wszyscy mamę krzywdzą – i przyjaciółki, i koledzy, a już najbardziej tata.

Mama godzinami opowiadała mi, jaki to tata był dla niej niedobry, jak strasznie ją traktował. A ja nie wiedziałam, jak reagować, bo przecież to mój ojciec, którego kocham. Chciałam jej to jednak jakoś wynagrodzić, więc spędzałam z nią dużo czasu, starałam się być posłuszna, nie sprawiać problemów. Efekt był taki, że nie miałam przyjaciółek, a kolegów traktowałam podejrzliwie.

Być matką kumpelką to ogromna pokusa wielu matek. Ale w takim modelu kryje się dużo niebezpieczeństw. Córka czuje podświadomy nakaz zaopiekowania się matką, ponieważ wydaje jej się, że matka jest niedojrzała, nieżyciowa. Bierze za nią odpowiedzialność, przez co sama ma zaburzone dojrzewanie. Tak naprawdę boi się dojrzeć, bo podejrzewa, że w dorosłości musi być coś okropnego, skoro matka postanowiła na zawsze pozostać nastolatką.

Wina w rodzaju żeńskim

Niektóre matki chcą dorównać córkom, a nawet z nimi rywalizują. O wygląd, seksualną atrakcyjność, powodzenie u mężczyzn. Gdyby jednak popatrzyły na siebie z odpowiedniej perspektywy, mogłyby dostrzec w swoim wieku dużo atutów.

To one bowiem wiedzą, co to znaczy urodzić i wychować dziecko. To one przeszły przez konflikty ze swoją matką i przez różne związki z mężczyznami. Są bogate w życiowe doświadczenie, którego córki nie mają. I tym powinny dzielić się z córką. Tylko matka, która akceptuje swoją kobiecość i dojrzałość, może dać córce prawdziwe oparcie i poczucie bezpieczeństwa.

Psychoterapeutka Zofia Milska-Wrzosińska podkreśla, że to dzięki matce dziewczynka, a potem młoda kobieta uczy się rozpoznawać i nazywać swoje uczucia. Więź z matką ma duży wpływ na jej relacje z osobami obojga płci. Jeśli ta najważniejsza kobieta w życiu córki zaczyna z nią rywalizować, manipulować nią albo ją odrzuca, to potem wszystkie relacje z kobietami mogą wydawać się jej ryzykowne. Ale równie ważny jest wpływ matki na jej relacje z mężczyznami. Bo to od niej córka uczy się kobiecości. Jeśli matka nieustannie narzeka na mężczyzn, kpi z nich i widzi w nich nieudaczników, to córka może traktować ich podobnie. Co więcej – okazuje się, że nawet gdy córce nie podobają się związki matki, to często w dorosłości buduje podobne.

Kinga: – Koleżanki powtarzały mi, że gdy urodzę swoje dziecko, moje stosunki z mamą się poprawią. Z jednej strony tak się stało, bo rzeczywiście mama bardzo mi pomaga, ale z drugiej – nie, bo nie zna w tym umiaru. Dźwiga zakupy z drugiego końca miasta, jakby na naszym osiedlu nie było sklepu. Przywozi obiady, których my tak naprawdę nie chcemy, bo lubimy co innego. Ja jeszcze jakoś to znoszę, ale mój mąż coraz bardziej jawnie protestuje. Staram się słuchać jej wskazówek – choć wydają mi się staroświeckie – bo przecież wychowała trójkę dzieci. Mąż powiedział mi ostatnio, że jestem taka sama jak ona. I chyba ma rację, bo łapię się na tym, że niby wyrażam swoje zdanie, a tak naprawdę „lecę mamą”.

Badania potwierdzają, że dziewczynki podzielają poglądy matek w znacznie większym stopniu niż chłopcy. Dotyczy to różnych sfer życia, także sądów na temat relacji między kobietą a mężczyzną, seksu. Czasem córka staje się zakładnikiem norm przekazanych jej przez matkę.

Zofia Milska-Wrzosińska w książce „Bezradnik” opisuje pacjentkę, która tak mocno uwewnętrzniła pogląd matki, jakoby wszystkie zachowania związane z seksem czy płcią były złe i wstydliwe, że jej małżeństwo na długie lata pozostało białe. Zasady, które przejęła od matki jako swoje, spowodowały, że całkowicie odrzuciła seksualną sferę życia.

Inne badania pokazują, że przesadnie krytyczne matki wywierają na córkę znacznie większy wpływ niż przesadnie krytyczni ojcowie. Z kolei naukowcy kanadyjscy udowodnili, że matki i córki w zadziwiająco podobny sposób opowiadają, przedstawiają wydarzenia, komentują, przytaczają szczegóły, nawet jeśli wcześniej nie uzgadniały zeznań. Takie podobieństwo nie występuje pomiędzy nikim innym w rodzinie – ani pomiędzy matkami a synami, ani ojcami a synami czy ojcami a córkami.

Wszystkie te badania dowodzą niesłychanie silnej więzi pomiędzy matką a córką. I co za tym idzie – wielkiej odpowiedzialności matki za wychowanie córki. Ale stąd tylko krok do obarczenia matek całą winą za nieudane życie córek. Zdaniem Pauli Caplan obwinianie o to matki jest głęboko zakorzenione w naszej kulturze. Matki czują tego brzemię.

Ewa: – Moja córka wie, że jednym spojrzeniem lub słowem może sprawić, że poczuję się głupia, stara, brzydka i zdołowana. W pierwszym odruchu odpłacam jej tym samym, ale w głębi duszy pozostaje przekonanie, że widocznie nie zasłużyłam na dobre słowo.

Kinga: – Wiem, ile zawdzięczam mamie, jak bardzo jest nam oddana, szczególnie teraz. Ale czasami marzę, żeby jej nie widzieć i nie słyszeć. Chyba nie jestem dobrą córką.

Paula Caplan pisze o niszczącej sile wzajemnego wpędzania się w poczucie winy: „Energia zużyta na gniewne obwinianie matki (i siebie samych zarówno w roli córki, jak i matki) wstrzymuje nasz rozwój. Jednym z największych źródeł źle wykorzystanej energii emocjonalnej jest wściekłość, którą miliony kobiet czują wobec matek. Gdybyśmy zamiast obsesyjnie przypisywać winę matce, wykorzystały siły w bardziej produktywny sposób, powstałyby wielkie dzieła sztuki, rozwiązałybyśmy problemy socjalne i kryzysy tożsamościowe. Ale taką zmianę skutecznie uniemożliwia powszechne przekonanie, że źródłem naszych największych problemów są matki”.

Uczłowieczyć jej obraz

Jak wyjść z tego błędnego koła wzajemnych oskarżeń? Matki mają tu dużo lekcji do odrobienia, zwłaszcza w okresie dojrzewania córki. Powinny zrozumieć, że ma ona potrzebę okazywania swojej odmienności, i nie brać jej krytycznych uwag do siebie. A już w żadnym razie nie odpłacać jej pięknym za nadobne. Krytykuje nas? Buntuje się?

Zapytajmy najspokojniej, jak umiemy, dlaczego. Być może ma słuszne powody. Słuchajmy jej bez oceniania. Wymagajmy od córki odpowiedniej do wieku odpowiedzialności za swoje postępowanie. Nie wyręczajmy we wszystkim, bo odbieramy jej okazję do rozwoju. Nie oczekujmy, że będzie się nam zwierzała jak kiedyś. Zaakceptujmy granice, jakie nam stawia. Obserwujmy ją, zachowajmy z nią bliski kontakt, a zarazem pozwalajmy podejmować własne decyzje. Miejmy do niej zaufanie. W końcu to jej życie. Tylko w ten sposób możemy przeprowadzić ją przez ten trudny okres od pełnej identyfikacji z nami do osiągnięcia autonomii.

A co mogą zrobić córki? Paula Caplan radzi, aby uczłowieczyły obraz matki, czyli uświadomiły sobie wszystkie cechy jej charakteru i motywy postępowania. Może okaże się, że matka też miała krytykującą matkę i trudne dzieciństwo. Wiele matek stara się sprostać wyidealizowanemu obrazowi macierzyństwa i ukrywa przed córkami swoje trudności, bo nie chce ich tym obciążać. Dlatego większość z nas tak mało o nich wie, a brak tej wiedzy jeszcze bardziej utrudnia wzajemne porozumienie.

Ważne jest nie tylko zrozumienie błędów matek, ale także dostrzeżenie ich zalet. W każdej matce można znaleźć coś, co powinno budzić szacunek. Na przykład to, że nie pracowała, aby nas wychować. Albo pracowała i łączyła codzienne obowiązki macierzyńskie z zawodowymi. Nawet jeśli matka bardzo nas zraniła, można zobaczyć w niej po prostu człowieka. Dlaczego to takie ważne? Ponieważ nieustanne obwinianie matki szkodzi przede wszystkim nam. Zwalnia z odpowiedzialności za swoje życie. Utwierdza w przekonaniu, że ponieważ problem tkwi w niej, więc ze swoim życiem nie możemy nic zrobić.

Bert Hellinger zauważa, że córki oczekują od matek, by były jak Bóg. A ponieważ to niewykonalne, pociągają je za to do odpowiedzialności. Hellinger powtarza, że uzdrowić relacje z matką możemy poprzez wzięcie jej do serca taką, jaka jest, ze wszystkimi zaletami i wadami.

  1. Psychologia

Wszystko przez teściową

Liczne badania wykazują, że problem z teściową jest – zaraz po pieniądzach i podziale obowiązków domowych – najczęstszą przyczyną małżeńskich konfliktów. (Fot. iStock)
Liczne badania wykazują, że problem z teściową jest – zaraz po pieniądzach i podziale obowiązków domowych – najczęstszą przyczyną małżeńskich konfliktów. (Fot. iStock)
W naszej kulturze matki nie mają lekko, bo podlegają ciągłej ocenie, zwykle krytycznej. Znacie te świetne dowcipy o teściowych? A może zamiast się z nich śmiać, lepiej spojrzeć krytycznie na siebie – zastanawia się psycholożka Hanna Samson.

W naszej kulturze matki nie mają lekko, bo podlegają ciągłej ocenie, zwykle krytycznej. Ale gdy matka zostaje teściową, wtedy dopiero zaczyna się jazda! Znacie te świetne dowcipy o teściowych? A może zamiast się z nich śmiać, lepiej spojrzeć krytycznie na siebie – zastanawia się psycholożka Hanna Samson.

Chodzę ostatnio na rehabilitację. Rehabilitant ma dwoje dzieci, jest w trakcie rozwodu, mieszka z nową partnerką. – Nigdy więcej się nie ożenię – stwierdza z przekonaniem. – Dlaczego? – pytam. – Miałem już jedną teściową i wystarczy!

I zaczyna opowieść o tym, jak to teściowa wtrącała się we wszystko, nastawiała żonę przeciwko niemu, w końcu rozbiła ich małżeństwo.

– To musiała być bardzo silna osoba, skoro nie mogliście sobie z nią poradzić? – wyrażam przypuszczenie, żeby podtrzymać rozmowę. – Taka jak one wszystkie! Nie wie pani, jaka jest teściowa na 102? Sto metrów od domu i dwa metry pod ziemią.

Mój rehabilitant jest kopalnią dowcipów, a tych o teściowych zna szczególnie dużo.

– Jak długo należy patrzeć na teściową jednym okiem? – rzuca znowu. – Nie wiem. – Aż muszka się zgra ze szczerbinką. A to pani zna? Tato, dzik zaatakował babcię. Jeśli sam zaatakował, to niech sam się broni.

– A to pan zna? – nie chcę pozostać dłużna. – Za rozpad małżeństwa winę ponoszą obie strony: żona i teściowa. – Dokładnie! – śmieje się rehabilitant. – Ale to jest dowcip, wie pan? – na wszelki wypadek wolę się upewnić. – Całkiem niezły! – śmieje się nadal, a ja odpuszczam. W końcu sama też jestem teściową, choć nieformalną, i muszę uważać, bo wszystko, co powiem, może być wykorzystane przeciwko mnie. W teściowej bowiem zwykle lokujemy winę - ta tendencja jest tak wyraźna, że aż śmieszna.

Jej bardzo wielka wina

Dobrze było ją widać w raporcie „Polityki” pod tytułem „Jak oswoić teściową”, który co prawda ukazał się już dawno, ale pewnie od tamtego czasu niewiele w naszej świadomości się zmieniło. Oto fragmenty: „Teściowej Marty udało się rozbić jej małżeństwo w kilkanaście miesięcy, mimo że mieszkała w odległości 200 kilometrów”. To zdaje się potwierdzać zabawne założenie z dowcipu, że najlepsza odległość to dwa metry pod ziemią, bo każdą inną teściowa pokona bez trudu. Jeśli nie pociągiem lub na miotle, to przez telefon...

Teściowa Marty dzwoniła, pouczała, instruowała, otwierała wyciągi z banku, bo przychodziły do niej. Dlaczego? „Robert był zameldowany u rodziców, więc tam przychodziły wyciągi z naszego konta. Miała pełną kontrolę nie tylko nad naszymi finansami, ale nad całym życiem, bo po najdrobniejszej kłótni mój mąż łapał za telefon, żeby poskarżyć się mamusi”. Zdawać by się mogło, że sprawa jest oczywista – mąż Marty nie dojrzał do małżeństwa. Nie dość, że nie potrafił zmienić adresu do korespondencji w banku, to do konfliktów z żoną włączał matkę. „Gdy Marta zaszła w ciążę, z jej małżeństwem było już naprawdę źle. Przy którejś kłótni Robert uderzył Martę”. No to chyba on jest winien? Skądże! Z raportu wynika, że to teściowa rozbiła małżeństwo. Ten raport nie jest wcale takim ewenementem, lecz przejawem naszej kultury, w której teściowa jest winna, i tyle!

Czasem na warsztatach proponuję ćwiczenie, które pokazuje rolę nastawienia. Nie będę go opisywać, żeby wam nie psuć zabawy, bo może kiedyś się z nim spotkacie, powiem tylko, co z niego wynika: jeśli jesteśmy nastawieni na walkę, bo sytuacja nam się z nią kojarzy, zwykle walczymy, choć dużo więcej można wygrać przez współpracę. Moglibyśmy to łatwo zobaczyć, gdyby nie nastawienie. Zwykle ludzie się dziwią, że tak łatwo wpadli... Ale co to ma wspólnego z teściową? Obawiam się, że dużo. Jeśli traktujemy teściową jak osobę podejrzaną, nie zobaczymy, jaka naprawdę jest i o co jej chodzi, za to z pewnością znajdziemy dowody, że nie jest w porządku.

– Ona od początku była do mnie uprzedzona – zagaja rehabilitant na kolejnym spotkaniu. – Tak? – podtrzymuję konwersację. – Trzymała dystans. I tak mi się przyglądała, wypytywała, chciała mnie poznać. – To chyba dobrze, że chciała pana poznać? – Chyba powinna mnie od razu zaakceptować, skoro jej córka mnie wybrała? – wydaje się szczerze przekonany do tego, co mówi.

A niby dlaczego? Nie mówię tego głośno, bo nie chcę denerwować rehabilitanta, ale jego oczekiwanie wydaje mi się nieco wygórowane. No bo w końcu to nie teściowa go wybrała, ona dopiero go poznaje, żeby oswoić się z wyborem córki. Zwykle w miarę poznawania kogoś, wyrabiamy sobie do niego stosunek, zaczyna się tworzyć relacja, która z czasem może stać się bliska.

– A pan ją od razu zaakceptował? – pytam. – Chyba nie sądzi pani, że można akceptować teściową? – śmieje się rehabilitant i gładko przechodzi do dowcipu. – A wie pani, jaka jest różnica między wizytą a wizytacją? – Nie mam pojęcia – tak naprawdę, to się domyślam, ale nie chcę mu psuć przyjemności. – Wizyta to jest wtedy, kiedy my jedziemy do teściowej, a kiedy teściowa przyjeżdża do nas, to jest wizytacja.

Dobrze znam skargi wielu kobiet, że teściowa jest wścibska i wszędzie zagląda. Czasem komentuje bałagan, czasem zaczyna sprzątać po swojemu. – I co pani na to? – pytałam wielokrotnie. Najczęściej nic, po prostu to znoszą. Ale czy na pewno wszystko trzeba znosić? A gdyby tak powiedzieć, że nie chcemy, żeby wszędzie zaglądała? Że to nasze rzeczy i nasze standardy porządku? Że nie będziemy przychodzić w każdą niedzielę na obiad? Że na święta wyjeżdżamy w góry?

Jeśli coś w zachowaniu teściów nam przeszkadza, warto razem się temu przeciwstawić. Zwykle słyszę, że to niemożliwe. Mąż nie potrafi, nie umie przy matce wyrazić własnego zdania, „Przecież wiesz, jaka jest mama” – mówi, i na tym się kończy. Albo żona w obecności matki zmienia się w małą dziewczynkę i nie umie powiedzieć „nie”. To z pewnością świadczy o tym, że teściowa jest silną osobowością, ale przecież nie ona odpowiada za reakcję żony czy męża, lecz oni sami, i to z nimi warto o tym rozmawiać. Na przykład teściowa prasuje koszule męża, które ty już wyprasowałaś. Czujesz się upokorzona, ale on nie widzi problemu, „O co ci chodzi, przecież mama tylko chce ci pomóc”. Albo: umawiacie się, że na weekend wyjedziecie za miasto, ale mama patrzy na niego z wyrzutem i on natychmiast zmienia wasze plany. „Tak, mamo, przyjdziemy w niedzielę na obiad” – zapewnia. Lub: jego ojciec wygłasza wykłady na temat tego, jak powinniście gospodarować swoimi pieniędzmi, a on grzecznie słucha i potakuje. Ty dzielnie milczysz, bo przecież to jego ojciec i to mąż powinien coś z tym zrobić. A właśnie! Teściowie też bywają niełatwi, choć w dowcipach obrywa się tylko teściowym.

Jak dorośli ludzie

Susan Forward, autorka słynnych „Toksycznych rodziców”, napisała również książkę „Toksyczni teściowie”. Toksyczne pary autorka dzieli zgrabnie na kilka grup, których nazwy mówią same za siebie: krytycy, zaborcy, nadzorcy, mistrzowie chaosu, pogardliwcy. Ta książka złości mnie trochę tym czarno-białym obrazem rzeczywistości, ale przynajmniej okazuje się tutaj, że nie tylko kobiety w roli matek zamężnych dzieci psują wszystko, również mężowie im w tym pomagają.

Co można zrobić z takimi teściami? Jak zwykle trzeba zacząć od siebie. Znacie komedię „Sposób na teściową”? Jane Fonda jest toksyczną teściową, z którą Jennifer Lopez jako przyszła synowa musi sobie radzić. I radzi sobie. Jest pomysłowa, odważna i zdeterminowana. Zamiast przyjąć rolę bezbronnej ofiary, decyduje się na konfrontację. Walczy sama, nie wciągając w to przyszłego męża. To częsta sytuacja. Mąż pozostaje poza konfliktem. Albo, świadomie lub nie, tylko dolewa oliwy do ognia. Ale o ile pamiętam, ten film dobrze się kończy, kobietom udaje się zaprzyjaźnić. Wychodzą poza schemat, że miłość do tego samego mężczyzny musi je dzielić, i doceniają siebie nawzajem.

Liczne badania wykazują, że problem z teściową jest – zaraz po pieniądzach i podziale obowiązków domowych – najczęstszą przyczyną małżeńskich konfliktów. Ale ten problem można rozwiązać: wystarczy przestać patrzeć przez pryzmat stereotypów i wziąć odpowiedzialność za to, na co sami jej pozwalamy. Nie oczekujmy od teściowych, że się zmienią, lecz chrońmy własne granice. Kulturalnie, stanowczo, konsekwentnie. Najgorsza teściowa przestanie być toksyczna, jeśli my nie pozwolimy się zatruwać.

– A zna pani ten dowcip? – zapytał rehabilitant na ostatnim spotkaniu. – O matko! Przychodzi teściowa, a ja nie umyłam sufitu!

I coś w tym jest! Często złościmy się na standardy teściowej, ale bez sensu próbujemy je wypełniać, zamiast powiedzieć w końcu, że mamy własne. Nie dziwmy się, że teściowa traktuje nas jak dzieci, skoro jak dzieci się zachowujemy. „Mamo, miło z twojej strony, że zawsze o nas myślisz, ale mamy własne plany na ten tydzień” – boisz się to powiedzieć? Nie czekaj, aż przestaniesz się bać. Zrób pierwszy krok, przy drugim będziesz już się bała trochę mniej. Zamiast cierpieć w milczeniu, wyrażaj niezadowolenie i wymagaj respektowania twoich praw. Wtedy wkroczysz w dorosłość i pociągniesz za sobą partnera. A kiedy już staniemy się dorośli, teściowa nam nie podskoczy. Nawet nie będzie chciała. W końcu okaże się zwykłą kobietą, która troszczy się o nasze dobro. Warto jej na to pozwolić, ale w rozsądnych granicach.

  1. Psychologia

Najstarsi, najmłodsi, jedynacy - jak role w rodzinie wpływają na nasze życie?

Rodzice mniej lub bardziej świadomie, przydzielają nam określone role w rodzinie. Zależne są one od ich oczekiwań, niespełnionych marzeń, a także etapu życia, na którym się znaleźli w momencie naszych narodzin. (Ilustracja: iStock)
Rodzice mniej lub bardziej świadomie, przydzielają nam określone role w rodzinie. Zależne są one od ich oczekiwań, niespełnionych marzeń, a także etapu życia, na którym się znaleźli w momencie naszych narodzin. (Ilustracja: iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Mama i tata – dali ci życie i kochali najmocniej, jak potrafili. Ale też, mniej lub bardziej świadomie, przydzielili ci w rodzinie określoną rolę, zależną od własnych oczekiwań, niespełnionych marzeń, a także etapu życia, na którym się znaleźli w momencie twoich narodzin. Sprawdź, czy nadal ją pełnisz.

Którym dzieckiem z kolei jesteś w rodzinie? Kiedyś to było jedno z najważniejszych pytań, jakie zadawali terapeuci pacjentom podczas zbierania wywiadu. Role dziecka w rodzinie były zaś dokładnie opisane w psychologicznych poradnikach. Od tego czasu trochę się zmieniło. Na przykład najstarsze dziecko, kiedyś owoc eksperymentów młodych rodziców, dziś często jest wynikiem przemyślanej decyzji. Środkowe – bywa, że jest dziełem przypadku, kiedy para po wielu staraniach, wspomagana nowoczesną medycyną, wreszcie spodziewa się dziecka, a po roku, dwóch, zupełnie niespodziewanie na świat przychodzi kolejny potomek. Najmłodsze to nierzadko owoc pogodzenia się rodziców po czasowej separacji albo nowe dziecko w nowym związku. Jedno nie zmieniło się jednak wcale: nasze życie w dużym stopniu naznaczone jest (a może nawet napiętnowane) niewidzialnym, ale bardzo silnym wpływem rodzinnych oczekiwań i głęboko zaszczepioną lojalnością wobec rodziców.

Najstarszy – ten duży

Co do najstarszego dziecka rodzice mają jasne oczekiwania i konkretne plany: prestiżowa szkoła, zawód, a w przyszłości odpowiedzialność za kontynuowanie rodzinnych tradycji i pomnażanie majątku.

Elżbieta od wczesnego dzieciństwa była przygotowywana do przejęcia rodzinnej firmy. – Wiadomo było, że to ja będę kierowała biznesem po ojcu, ale również, że będę zajmowała się rodzicami na stare lata. Młodsza siostra często wypomina mi, że nie muszę martwić się o pracę, ale kiedy mama miała operację, oczywiste było, że ja wrócę z wakacji, żeby odebrać ją ze szpitala.

Najstarsze dziecko zwykle pełni rolę zastępczego rodzica dla rodzeństwa; to do niego dzwonią mama czy tata, żeby pożalić się na niesfornego syna, poprosić o pomoc przy chorym dziecku drugiej córki. To ono czuje się odpowiedzialne za organizację rodzinnych spotkań czy ulokowanie oszczędności rodziców.

„Ustąp, bo jesteś starsza” – ile razy w dzieciństwie Magda słyszała to zdanie? Starsza to znaczy mądrzejsza, bardziej odpowiedzialna, niesprawiająca kłopotów, radząca sobie sama. Tak jest do dziś. Kiedy umierał tata Magdy, to ona, a nie o rok młodszy brat, musiała być tą najsilniejszą, a gdy raz pozwoliła sobie na słabość, usłyszała: „Ty nie dajesz rady?!”. Bo najstarsze dziecko przez całe życie jest „na celowniku”: jego sukcesy odbierane są jako oczywistość, za to porażki surowo punktowane.

Większość moich pacjentów, którzy z różnych powodów zerwali kontakty z rodziną, to właśnie najstarsze dzieci. – Wybrałam partnera z konserwatywnego środowiska – opowiada Dorota. – Moja rodzina była niekonwencjonalna. Łudziłam się, że ktoś z tzw. normalnego domu zapewni mi poczucie bezpieczeństwa, którego tak bardzo brakowało mi w dzieciństwie.

Kiedy sześć lat po ślubie jej mąż odszedł do innej kobiety, Dorota przez dwa lata utrzymywała to w tajemnicy przed rodziną. Wstydziła się o tym powiedzieć, bała się, że zostanie odrzucona.

Ale bycie najstarszym ma też dobre strony. Pierworodni to zwykle ludzie odnoszący sukcesy: samodzielni, odważni, z pasją realizujący swoje plany, odpowiedzialni. Można na nich liczyć. Wiedzą, czego chcą, i potrafią o siebie walczyć. A kiedy pogodzą się, że jak każdy, mają prawo do słabości, świat staje przed nimi otworem.

Środkowy – poszukiwacz

Kiedy słyszę zdanie: „Mam trzydzieści parę lat i nie wiem, kim jestem” – mogę w ciemno obstawiać, że pacjent jest środkowym dzieckiem w rodzinie. Jego miejsce od momentu narodzin nie jest jasno określone; nigdy nie zaznało przywilejów jedynaka czy najstarszego, a jak już było najmłodsze, to bardzo boleśnie przeżyło detronizację. Od dzieciństwa musi walczyć o pozycję, bywa, że próbuje dogonić najstarsze albo zdominować najmłodsze. Często pełni rolę rodzinnego rozjemcy, który bardziej dba o dobrą atmosferę niż o własne potrzeby.

– Moja starsza siostra ciągle kłóci się z mamą, za to najmłodsza bez skrupułów wykorzystuje ją do pomocy przy dzieciach – żali się Ania. – A ja muszę wysłuchiwać skarg wszystkich trzech.

Kiedy Ania zaszła w ciążę, po raz pierwszy poczuła, że ona i jej sprawy mniej obchodzą rodziców niż życie sióstr. To było dla niej bardzo bolesne. – Mama przez całą ciążę nie zapytała mnie, jak się czuję, a kiedy powiedziałam, że będę miała dziecko i nie chcę się stresować problemami sióstr, wszystkie się na mnie obraziły.

Środkowe dziecko często jest w rodzinie niewidzialne. Zdarza się – jak w przypadku jednego z moich pacjentów – że rodzice mylą jego imię, nie pamiętają o urodzinach, bagatelizują stan zdrowia.

– Od dzieciństwa bałam się, że kiedy zgubię się w sklepie, rodzice nie będą mnie szukać – mówi Irena. – Dziś wybieram mężczyzn brylujących w towarzystwie, bo mogę się ukryć w ich cieniu.

Matylda od lat leczy się z powodu bezpłodności. Po pół roku terapii przyznała się, że boi się urodzić dziecko: obawia się, że przestanie być wtedy najważniejsza dla męża: – Nigdy dla nikogo nie byłam tak ważna, jestem jego żoną, przyjaciółką, a trochę małą córeczką. Nie chcę z tego rezygnować.

Środkowe dzieci są doskonałymi przyjaciółmi i partnerami. Empatia to ich mocna strona. Potrafią być świetnymi słuchaczami, troskliwymi opiekunami, dużo dają i niewiele oczekują w zamian. Cierpliwie znoszą brak zainteresowania i uwagi, rzadko się obrażają. Choć łatwo ich zranić, zwykle nie bywają agresywni. Kiedy pewnego dnia budzi się w nich ciekawość, żeby poznać prawdę o sobie, dowiedzieć się, kim naprawdę są, pojawiają się w gabinecie terapeuty i są bardzo zmotywowanymi pacjentami. Ich zapał do pracy i tempo, w jakim odkrywają swoje wnętrze, są naprawdę imponujące.

Najmłodszy – wojownik

Kiedyś był rodzinną maskotką, wiecznym dzidziusiem, oczkiem w głowie całej rodziny. Dziś bywa samotnym wilkiem chodzącym swoimi drogami albo wojownikiem z dewizą: „Ja im pokażę, na co mnie stać”. Jest sprytny i przebiegły, nic dziwnego, bywa bowiem, że ma czworo rodziców (mamę, tatę i starsze rodzeństwo), którzy, każde na swój sposób, chcą go wychowywać. Jeśli miał szczęście (lub pecha) przyjść na świat jako nowe dziecko w nowej rodzinie, pełni podwójną rolę: najmłodszego i jedynaka. Uff! Naprawdę należy mu się współczucie.

Monika jest niewiele starsza od dziecka swojej najstarszej siostry. – Właściwie razem się wychowywałyśmy – opowiada. – Kiedy dzieciaki w szkole pytały, czy Asia (wnuczka mojej mamy) jest moją siostrą, myślałam, że zapadnę się pod ziemię. Mama traktowała nas jednakowo, za to tata powtarzał, że muszę zastąpić mu syna. Jak niby miałam to zrobić?

Wymagania ojca i pobłażliwość mamy sprawiły, że Monika od lat leczy się na nerwicę. Rodzice często kłócili się z jej powodu. Od ojca wiele razy słyszała, że dla niej nie zostawił matki. Bo najmłodsze dziecko często bywa kartą przetargową pomiędzy rodzicami. Jego motto życiowe to stać się kimś, kto zasługuje na podziw. – Musiałam im udowodnić, że warto było mnie urodzić, choć czasami czułam, że gdyby mnie nie było, gdyby coś mi się stało, naprawdę by im ulżyło – żali się Ewa, którą rodzice poinformowali o rozwodzie w dniu jej osiemnastych urodzin.

Bywa też, że najmłodsze z desperacją umacnia się w roli nieporadnego dziecka, upominając się w ten sposób o uwagę rodziny. Na przykład Beata. Już nie pamięta, ile razy zmieniała kierunek studiów. Mieszka ciągle w domu rodziców, pozwala im się utrzymywać. Oddaje się swojej pasji – malowaniu. Choć nigdy nie sprzedała żadnego obrazu. – Oni twierdzą, że moje malowanie to dziecinada – mówi. – Skoro tak, to niech mnie utrzymują. Mnie się do pracy nie spieszy.

Wielu moich pacjentów cierpiących z powodu dolegliwości psychosomatycznych to najmłodsze dzieci w rodzinie. Zwracanie na siebie uwagi poprzez chorobę to sposób dobrze im znany od dzieciństwa i prawie zawsze skuteczny.

Weronika ma trójkę małych dzieci. Nigdy nie pracowała zawodowo, a przy dzieciach pomagają jej teściowie, bo często choruje. – To nie moja wina, że łapię wszystkie infekcje, które dzieci przynoszą z przedszkola. Kiedy jestem chora, mam wreszcie czas, by zająć się tym, co naprawdę lubię.

Weronika pisze wiersze, ale pewnie nigdy ich nie opublikuje. Samo pisanie jest dla niej największą frajdą.

Najmłodsze dziecko jest świetnym manipulatorem. Od rodziny, przyjaciół i partnera potrafi wiele wyegzekwować, ale w głębi duszy cierpi na brak bezwarunkowej miłości i akceptacji. Jego ból bywa tak wielki, że trudno do niego dotrzeć. Rzadko trafia na terapię. Częściej u terapeuty pojawiają się jego bliscy z prośbą o pomoc czy poradę. Jest jak nieoszlifowany diament. Pod maską twardziela lub wiecznego dziecka ukrywa swój prawdziwy potencjał. Gdyby tylko chciał go odkryć…

Jedynak o wielu twarzach

Bywa odpowiedzialny, samodzielny, nad wyraz dojrzały i niezależny. Ale też towarzyski, łatwo nawiązujący kontakty. Czasami despotyczny, mający jedyną słuszną wizję świata. Jak kameleon potrafi zmieniać kolory, wcielać się w różne role.

Lidka marzy o silnym, niezależnym mężczyźnie, ale z lęku przed odrzuceniem wybiera na partnerów nieudaczników. – Michał jest na moim utrzymaniu, choć jego rodzina ma fortunę – opowiada. – Niech mu pani powie, że to mężczyzna powinien utrzymywać dom i rodzinę.

Kiedy zgadzam się spełnić jej oczekiwania, w jej oczach widzę przestrach. Domyślam się, że zależność od kogokolwiek jest dla niej nie do przyjęcia.

Agata wychowywana była tylko przez matkę. Ojca nie znała. – Odszedł od mamy, kiedy dowiedział się o ciąży – mówi.

Agata wybiera na partnerów starszych mężczyzn. – Pewnie myśli pani, że szukam tatusia – mówi przekornie. – Faceci w moim wieku nie wiedzą, czego chcą. – A czego ty chcesz? – pytam. – Ja mogę żyć sama, nie muszę uwieszać się na kimkolwiek.

Jedynacy mają swój własny świat, potrzebują przestrzeni, której nie dzielą z nikim. Dla otoczenia bywają nie lada zagadką. Tajemniczy, intrygujący, nieodgadnieni. Z jednej strony chodzą własnymi drogami, z drugiej lubią być doceniani i podziwiani. Odporni na zranienia, ale kiedy ktoś dotknie ich do żywego, niełatwo zapominają. Zaradni i samodzielni, rzadko proszą o pomoc, ale kiedy problem naprawdę ich przerasta, zdarza im się uciekać w chorobę. Napięciowe bóle głowy to ich pięta Achillesa. Łatwo odnoszą sukcesy zawodowe, w życiu prywatnym nie mają takiego szczęścia. Starzejącymi się rodzicami opiekują się z mniejszą empatią niż najstarsze dzieci w rodzinie. Częściej zapewnią ekskluzywny dom opieki (na który bez trudu zarobią), niż wezmą do siebie. Jakby mieli pretensję do rodziców, że przyszło im żyć bez rodzeństwa.

Edyta od pół roku mieszka za granicą, ale jej mama o niczym nie wie. Kiedy pytam zdziwiona, jak udaje jej się to utrzymać w tajemnicy i dlaczego to robi, odpowiada: – Moja matka wykorzystałaby to przeciwko mnie. Wolę być zaniedbującą, ale hojną córką niż wyrodnym dzieckiem, które porzuciło własną matkę.

Odkryj rolę, jaką przydzieliła ci rodzina - ćwiczenie

Przejrzyj rodzinny album i wybierz zdjęcie, na którym jesteś ty jako dziecko i cała twoja rodzina. Jeśli nie masz takiego zdjęcia, narysuj swoją rodzinę tak, jak ją zapamiętałaś. Teraz przyjrzyj się kolejno dzieciom i na podstawie zdjęcia lub rysunku spróbuj wyobrazić sobie los każdego z nich. Możesz wymyślić najbardziej nieprawdopodobną historię albo bajkę. To twoja bajka, twój los, twoje rodzinne błogosławieństwo albo przekleństwo. Jesteś już dorosła, możesz zmienić swój scenariusz. Dla ułatwienia najpierw wymyśl go na nowo. Potem uwierz, że zmiana zawsze jest możliwa. Wszystko zależy jedynie od ciebie.

  1. Psychologia

Święta i rodzina. Co zrobić z toksycznymi relacjami? - pytamy Kasię Miller

Bliscy w rodzinie nie zawsze są nam bliscy. Czasem te relacje, zamiast pielęgnacji, wymagają odcięcia. (fot. iStock)
Bliscy w rodzinie nie zawsze są nam bliscy. Czasem te relacje, zamiast pielęgnacji, wymagają odcięcia. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Jaka jest właściwie rola rodziny w naszym życiu? Co zrobić, jeśli przestaje ją odgrywać? A członkowie rodziny – czy można zaliczyć do nich przyjaciół, znajomych i psa? Albo nigdy niewidzianą praprababkę? I czy rodzinne święta to święta najlepsze? O to wszystko psychoterapeutkę Katarzynę Miller pyta Joanna Olekszyk.

Często powtarzasz, że rodzina tak jak jest opoką, tak też bywa siedliskiem toksyn i problemów. Ale czy można i czy warto się całkowicie od niej odciąć?
Całkowite odcięcie jest właściwe wtedy, gdy rodzina jest totalnie toksyczna. Natomiast większość rodzin jest trochę toksyczna, a trochę nie. I wtedy warto poszukać takiego sposobu, żeby jako dorosłe osoby mieć z rodziną sporadyczne kontakty, które będą uprzejme, miłe i eleganckie – i nic więcej. Pokażmy, że pamiętamy, iż dobrze życzymy, pomóżmy, gdy potrzebuje naszej pomocy, ale tylko wtedy, gdy o nią poprosi i za nią podziękuje. Tylko wtedy! Nie dalej jak dziś miałam sesję z kolejną dziewczyną, która, odkąd pamięta, wszystko robiła dla tatusia i mamusi – pilnowała młodszej siostry i tego, żeby tata nie pił, a do tego świetnie się uczyła. Do dziś ciągle czegoś od niej chcą, a ona dalej na nich zasuwa. To jest tak niesprawiedliwe i niedobre, że aż mnie skręca.

Oczywiście jest też wielu rodziców, którzy bardzo się starali, ale niespecjalnie wiedzieli, co i jak trzeba robić – więc zrobili sporo fajnych rzeczy i trochę tych niefajnych. I takim rodzicom trzeba powiedzieć: „Halo, tu mówi wasze dziecko. Jestem w świetnym momencie mojego życia, wspaniale sobie radzę, i to dzięki wam, bo mnie dobrze wychowaliście i nauczyliście. Bądźcie dumni”. Czyli: „Dziękuję, teraz możecie odpocząć”. Po pierwsze, mówmy tak dlatego, by rzeczywiście byli dumni, a po drugie, by już się więcej nie wtranżalali (śmiech). Ale też my jako dzieci przestańmy od nich brać bez przerwy. Bo karygodne jest nie tylko to, jak rodzice się wtrącają do życia dzieci, ale też to, co dorosłe dzieci wyprawiają z rodzicami.

Oj, koniecznie o tym powiedzmy...
Na przykład dzieci ustalają, jak mamusia ma teraz żyć. Bo nie życzą sobie nowego pana u jej boku lub nowej pani u boku taty. „To świństwo, żeby w tym wieku mieć romanse”. A co im do tego? Nic! Albo takie gadanie: „Może byście gdzieś wyjechali, coś zrobili? Nie można tak ciągle w domu siedzieć!”. A może oni nigdzie nie chcą jechać i niczego nie chcą robić. Odczepcie się od nich!

Ale powiem ci też, Kasiu, z własnego doświadczenia, że bardzo miłe jest dla dziecka, kiedy widzi rodziców pochłoniętych jakąś pasją czy codziennymi przyjemnościami.
Mama uczy się włoskiego, a tata chodzi z kolegami na szachy, tak? Spokojni, że dziecko się ustatkowało, zaczynają robić to, co powinni już dawno zacząć. Pewnie, że to jest niesamowicie miłe i urocze. Bo to oznacza, że się miało i ma fajnych rodziców. Gdyby wszyscy takich mieli, świat byłby inny.

Powiedzmy, że do takiej sytuacji dążymy, ale na razie jeszcze trochę nam brakuje. Czyli jesteśmy dorośli, ale rodzice ciągle czegoś od nas oczekują – musimy przyjechać na święta, dzwonić do nich dwa razy w tygodniu, ale też musimy wyjść za mąż, mieć dzieci... Jak zacząć wprowadzać trochę luzu do tej relacji?
Przede wszystkim na spokojnie i ze świadomością, że nie da się uniknąć sytuacji, w której rodzicom będzie przykro lub w której się zezłoszczą. No bo na pewno się zezłoszczą albo zrobi im się przykro, jeśli dziecię im powie: „Mamo, tato, ja już nic nie muszę. Kiedyś musiałam, ale teraz już nie. Kiedy więc będę miała chęć, to do was zadzwonię. I przecież czasem będę miała chęć. Ale jeśli będziesz mi, mamo, mówiła, że muszę, to taką ochotę będę miała rzadziej, i będę rzadziej dzwonić”. Można też dodać: „Wy też do mnie dzwońcie, kiedy macie ochotę. Ja też lubię usłyszeć, że jesteście ciekawi, czy wszystko w porządku i czy się dobrze czuję. A poza tym nie życzę sobie słyszeć, że ty się, mamo, o mnie martwisz. Nie jestem kimś, o kogo trzeba się martwić. Ty we mnie wierz. I proszę mnie tym martwieniem nie straszyć”. Albo: „Będę odkładała słuchawkę, jeśli mi będziesz ciągle powtarzała, że powinnam mieć dziecko, męża, że powinnam schudnąć czy chodzić w tym płaszczyku od ciebie, bo ja nie chcę”. Trzeba zawsze powiedzieć, co drugi człowiek straci, gdy będzie wywierał presję.

Ale żeby takie coś powiedzieć, musimy być już na pewnym poziomie odwagi na swój temat. Przerażone ofiary rodziny raczej się nie buntują, tylko dzwonią i przychodzą. Wściekają się do środka siebie, a potem chorują. Strasznie dużo jest takich dorosłych, a wciąż małych dzieci. Ale też mogę zaświadczyć, że im częściej dziewczyny, które znam, jasno określają swoje granice, tym bardziej rodzice je szanują. Znam też kilka małżeństw, gdzie mąż czasem powie teściowej: „Nie mów tak do niej, bo to jest niemiłe, a jej jest przykro. Ja to widzę, a ty nie widzisz?”. Takie wsparcie też pomaga wyrwać się spod ciasnego uścisku rodzicielki.

Wielu rodziców, by w tym uścisku dzieci utrzymać, powtarza, że tylko na rodzinę można w życiu liczyć.
To jest tekst wielkiego kołtuna polskiego, którego szczerze nie lubię i się z nim nie zadaję. W związku z tym mam przyjaciół i znajomych, na których mogę liczyć. Zawsze było dla mnie jasne, że wybieram bliskich mi ludzi i ludzie, którzy chcą być ze mną blisko, mnie wybierają – i to jest moja rodzina.

Przyjaciele mogą być naszą rodziną?
No pewnie, że tak. Jeśli jest między ludźmi prawdziwa bliskość, to są dla siebie rodziną. Gdy mówimy „bliscy”, to wielu ludzi myśli, że chodzi o krewnych. Ale przecież rodzina pochodzenia często nie jest bliska, tylko najdalsza. Jeśli kogoś nie obchodziłam, tak jak kolejna moja klientka, którą rodzice porzucili, gdy miała 13 lat, i wyjechali – to o jakiej bliskości mowa?! Przecież oni powinni za to pójść do więzienia. Samą ją w domu zostawili, a że jeszcze dobrze się uczyła i nie poszła w żadne bandy uliczne, to nie widzieli problemu. Mamusia raz na miesiąc przyjeżdżała i narzekała, że źle posprzątane i że liczyć na nią nie można! Wyobrażasz sobie?!

Często w SENSie piszemy o rodzinach, które za bardzo chcą uczestniczyć w życiu swoich dzieci, ale trzeba podkreślić, że są i takie, które pamiętają o dzieciach tylko wtedy, kiedy jest im wygodnie.
Kiedy trzeba ich gdzieś zawieźć, coś załatwić, dać pieniądze. Jeśli ktoś ma takich rodziców, to wtedy bliskie relacje przyjacielskie z tymi tzw. obcymi są wręcz podstawą emocjonalnego zadbania o siebie. W przyjacielskim kręgu możemy się pobawić, posiedzieć przy kawie, ale też pomóc sobie, kiedy tego potrzebujemy.

Bo to nie więzy krwi łączą na wieki?
One oczywiście w jakiś sposób łączą, ale trzeba powiedzieć jasno: najwięcej oszustw, wypadków, morderstw, krzywd i kłótni o pieniądze spotyka nas od tych, z którymi jesteśmy spokrewnieni albo z którymi łączą nas więzy małżeńskie. Policjanci i prawnicy znają te statystyki. Rodzinie też trzeba wyznaczać granice, a może nawet przede wszystkim rodzinie. Tylko aby to robić, trzeba wiedzieć, że odtąd–dotąd jest w porządku, ale dalej już nie. A jeśli ktoś się wychował w chaosie, to nie wie.

Ale może się nauczyć wyznaczać granice.
Ależ oczywiście, tylko musi pamiętać, że rodzinie może się to nie spodobać. Niektórzy będą bardziej wredni z tego powodu, inni mniej, niektórzy się poobrażają – ale skoro ktoś się obraża za to, że dbasz o siebie, to co ci po nim?

Terapia systemowa mówi, że jeśli jakiś element systemu się zmienia, to zmienić się muszą wszystkie inne.
Oczywiście, tyle że niekoniecznie wiemy, w którą stronę pójdzie ta zmiana systemu.

Jakie zadanie ma w ogóle do spełnienia system, którym jest rodzina? Ma nam dać poczucie przynależności?
Dobrze funkcjonująca rodzina wyposaża dziecko we wszystko, co mu potrzebne: wiedzę, umiejętności, relacje, określony stosunek do siebie i świata, normy etyczne i społeczne, granice, poczucie wiary w siebie, zadowolenie z życia. Fajna rodzina to jest po prostu świetne życie.

Po drugie, przynależność. Już samo to, że nazywasz się Kowalska, oznacza, że jesteś z tych Kowalskich. To jest człowiekowi niezmiernie potrzebne. Pomyśl o dzieciach, które po wielu latach dowiadują się, że były adoptowane i które mimo czasami nawet cudownych relacji z rodzicami, którzy je wychowali, i tak chcą poznać, skąd są.

Mamy teraz trend poszukiwania swoich przodków – więcej w tym megalomanii czy właśnie potrzeby przynależności?
Ludźmi kierują różne pobudki. Istnieją pewnie tacy, co marzą, by okazało się, że są wcale nie z Kowalskich, tylko z Zamoyskich. Ale generalnie jeśli ludziom czegoś brakuje, to zwykle szukają podstaw, korzeni. Można to robić na zasadzie sztuki dla sztuki, bo takie drzewo genealogiczne to ciekawa przygoda i w sumie ładna rzecz, ale może to być dla kogoś ratunkiem. Bo wprawdzie jego rodzice nie byli najpewniejszą gałęzią, na jakiej można się oprzeć, ale za to pradziadkowie są opoką. Śledztwo genealogiczne jest zawsze szukaniem jakiejś siły poza sobą dla siebie, szukaniem psychicznego wsparcia. Daje poczucie ciągłości. Ale też przekonanie, że my wszyscy jesteśmy dziećmi tych samych ludzi. Bo gdzieś zawsze dokopiemy się wspólnych przodków.

Na życie rodzinne składają się nie tylko najbliżsi krewni. Oddanych, serdecznych przyjaciół możemy również traktować jak rodzinę. (fot. iStock) Na życie rodzinne składają się nie tylko najbliżsi krewni. Oddanych, serdecznych przyjaciół możemy również traktować jak rodzinę. (fot. iStock)

Ale ktoś wychowany w nieszczęśliwej rodzinie ma czasem obawy, czy jemu uda się stworzyć szczęśliwszą. To rzeczywiście ma duże przełożenie?
Ale o co ty mnie właściwie pytasz? O to, czy fakt, jak nas wychowano, ma wpływ na to, jaką rodzinę stworzymy? No pewnie, już dawno wiadomo, że ma – u jednych większy, u innych mniejszy. Są ludzie, którzy wychodzą z cieplarnianych warunków i łatwo im z innymi w życiu, są tacy, co mieli zawsze pod górkę i nadal mają. A są tacy, co się zawzięli i wywalczyli sobie lepsze jutro. Nie ma reguły. Na pewno oprócz tego, co wnosimy na świat z genami i co dostajemy z wychowania, jest coś, co wnosimy sami, co jest tylko nasze, własne. Dla mnie ciekawy jest taki temat: na ile przerosłeś swoją rodzinę? I uważam, że byłoby zdrowo, gdyby rodzice ku temu dążyli, a nie rywalizowali z dziećmi, żeby ich nie „przeskoczyły”. Powinniśmy się cieszyć, że dzieci nas przerastają, ale do tego trzeba mieć klasę.

Mamy jakąś cząstkę odziedziczoną po rodzicach, ale mamy też cząstkę siebie. I o tę cząstkę nowe pokolenie jest lepsze, mądrzejsze. Potem swojemu dziecku dajesz cząstkę swoich rodziców i cząstkę siebie, a to wszystko dołącza do cząstki własnej, jaką ma już twoje dziecko…
I im więcej jej ma, tym lepiej. I tylko żeby ta cząstka nie została zduszona w zarodku. Rodzice powinni serdecznie i z zainteresowaniem przyglądać się swojemu dziecku, rozwijać jego talenty i pokazywać mu świat. Ludzie, którzy się kolegują z innymi ludźmi, właśnie to robią. Ci, którzy się zamykają w swoim domu i kręgu krewnych, zawężają dziecku punkt widzenia.

Bardzo lubię takie rodziny, które uważają za pełnoprawnych członków także przyjaciół, a nawet zwierzęta.
A to już w ogóle jest cudowne! Gdy babcia traktuje przyjaciółkę swojej wnuczki jak swoją wnuczkę. A jak fantastycznie jest, gdy ciebie tak ktoś traktuje! I ile dzieci uczą się od takich przyjaciół rodziny…

Oni też chyba dają im cząstkę siebie?
I to nieraz bardzo dużą. Ja miałam parę takich cudownych postaci, choćby przyjaciółek mamy.

Może więc na te święta zaprosić też przyjaciół?
Zaprosić i nawet z nimi gdzieś wyjechać. Albo pobyć samemu, jeśli lubimy. Bo przepis na święta, który jest przyjmowany przez nas tylko z obowiązku lub z niechęci, to nie są żadne święta. Tylko nieświęta i przymus.

I nawet spędzone w gronie rodziny nie będą rodzinne.
Będą odklepaniem formułki z zaciśniętymi zębami, a czasem z wielką awanturą czy podsrywaniem sobie.

Czyli jak życzymy czytelnikom rodzinnych świąt, to tak naprawdę jakich?
Ale ja im nie życzę rodzinnych świąt (śmiech). Ja im życzę świąt świątecznych. Spędzonych blisko natury, z zachwytem, przeżyciem i z bliskimi – czyli z tymi, których oni czują i traktują jako bliskich. Ale też spędzonych ze sobą.

No bo ty też jesteś swoją rodziną.
Każdy przynależy do siebie. Gdy mnie pytano jako małą dziewczynkę: „A czyja ty jesteś?”, mówiłam: „swoja”. I tak mi już zostało.

Katarzyna Miller psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi mężczyzny”, „Instrukcja obsługi kobiety” i „Chcę być kochana tak jak chcę”.