1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia

Plan na święta? Przyjmij to, co chcesz, za resztę podziękuj

Dla niektórych z nas powrót do domu rodzinnego na święta bywa trudny. Ważne, aby się na to przygotować i wzmocnić od środka. (Fot. Master1305/Getty Images)
Dla niektórych z nas powrót do domu rodzinnego na święta bywa trudny. Ważne, aby się na to przygotować i wzmocnić od środka. (Fot. Master1305/Getty Images)
Wiele osób coraz częściej rezygnuje z rodzinnych świąt, bo w imię zachowania obyczaju nie chce poświęcać swojego dobrego samopoczucia. A co jeśli decydujemy się spędzać tradycyjną wigilię? Co zrobić, by napięcie przy świątecznym stole nie odbierało nam radości? Ewę Stelmasiak pyta Agnieszka Radomska.

Święta w rodzinnym gronie bywają na tyle trudne, że często wchodzimy w tryb: zmuszam się lub rezygnuję. Jest jakaś inna opcja? Co zrobić, by spędzić święta z bliskimi, ale nie siedzieć przy tych dwunastu daniach jak za karę?
Ten temat trzeba w ogóle zacząć od uznania, że nasze drogi – w rodzinie, wśród krewnych – często się rozchodzą. Zmieniamy miejsce zamieszkania, spotykamy innych ludzi, funkcjonujemy w pewnym sensie w innych „bańkach” niż choćby nasi rodzice. Środowisko, w jakim funkcjonujemy, wspiera w nas inne rzeczy, inne jakości, inne cechy. Po opuszczeniu rodziny, w nowych społecznościach i nowych rodzinach czy żyjąc solo, wypracowujemy sobie inne, w naszym odczuciu bardziej konstruktywne normy kulturowe. Powrót do rodzinnego domu na święta jest często przypomnieniem sobie tego, skąd wyszliśmy.

Może też być bardzo trudny, jeśli jest to powrót pod pewną presją do tego, co było, a czego nie chcemy już w swoim życiu, z czego świadomie zrezygnowaliśmy przez wybór innej ścieżki życia. Nasze życie jest trochę jak kula śniegowa, która toczy się i gromadzi różne doświadczenia. I z tym całym bagażem, zasobami i kompetencjami na ten krótki świąteczny czas mamy powrócić do świata, który pozostawiliśmy świadomie jako taki, który nam nie służy. To jest pewien rodzaj konfrontacji, zestawienia zupełnie czasem różnych światów, różnych wyborów, dróg, norm komunikacji, stylów życia wielu osób w jednym czasie i miejscu. Co więcej, temu zderzeniu często towarzyszy dodatkowe zadanie, narzucone przez kulturę i społeczeństwo, że ma być „magicznie”. To nie mogą być po prostu święta – ma być magia świąt. W związku z tym zastanawiamy się, zwłaszcza jeśli w rodzinie są małe dzieci, jak dokonać tej magii. I to już czasem jest trochę za dużo. Poprzeczka jest za wysoko. Jeśli dodamy do tego napięcie nakręcane konsumpcjonizmem i marketingiem, żeby wszystko nie tylko po prostu było, ale żeby było NAJ: najpyszniejsze, najpiękniejsze, wyjątkowe, robi nam się mieszanka wybuchowa.

Zastanawiam się, co można zrobić, by się mimo wszystko nie męczyć przez tych kilka godzin czy dni. Żeby nie wracać ze zszarganymi nerwami i świadomością, że kolejny rok z rzędu „poświęciliśmy się dla sprawy”. Często przecież jest tak, że jedziemy z nadzieją, że w tym roku będzie inaczej. Udziela nam się ta magia, łudzimy się, że może coś się zmieni. No i często spotyka nas rozczarowanie, bo nie zmienia się nic i już przy pierwszym daniu dostajemy standardowy zestaw uwag, rad i pytań… Może trzeba się na to nastawić? Pozbyć nadziei? Jakoś zaimpregnować?
Myślę, że cienia nadziei się nie wyzbędziemy nigdy. Choćbyśmy nie wiem jak bardzo się do tego zachęcali. Wierzyć, że może się uda, to nasz naturalny odruch, Można jednak zrobić coś innego. Zadbać o siebie. Wzmocnić się od środka.

Ważne, by nie jechać na święta w stanie ogromnego zmęczenia, na wyczerpaniu, bez zasobów. Mówię nawet o zaspokojeniu najbardziej podstawowych potrzeb, które w pędzie nam umykają. Jeśli wiemy, że czeka nas być może wymagające doświadczenie, zadbajmy o to, byśmy byli wyspani, odżywieni, nawodnieni. Jeśli jesteśmy zaopiekowani na takim fizjologicznym poziomie, nasza odporność psychiczna też jest lepsza. Jeśli na rodzinne spotkanie dotrzemy wymęczeni, prosto po ciężkim tygodniu w pracy, niemal jak zdjęci z taśmy produkcyjnej, wszystko, co się wydarzy, będzie nas dotykać wielokrotnie bardziej, niż gdybyśmy byli w miarę wypoczęci.

Może warto pojechać dzień później, dać sobie chwilę na oddech, a nie pędzić tylko dlatego, że ktoś tego od nas oczekuje. Jeśli spotkanie z rodziną może być trudne, warto wejść w tę sytuację mocnym od środka.

Przy świątecznym stole czasem atmosfera się zagęszcza. Nawet jeśli pojedziemy z dobrym nastawieniem, opanowani, w reakcji na te wszystkie: „no a jak tam z twoją pracą, dalej nic?, „mogłabyś sobie wreszcie kogoś znaleźć…” albo „kiedy wy się wreszcie zdecydujecie na dziecko?” – może nam być trudno zachować równowagę i spokój. W takich okolicznościach mamy często raczej ochotę eksplodować i… popsuć całe święta.
Warto zastosować podstawowe techniki radzenia sobie ze stresem. Po pierwsze, od razu uświadomić sobie sytuację, w jakiej się znajdujemy. Powiedzieć do siebie: widzę to, słyszę, obserwuję. Teraz puszczam szczękę, rozluźniam brzuch, oddycham, wydłużając wydech, pozbywam się napięcia w ciele. Skupienie, nawet takie ad hoc, na wrażeniach płynących z ciała, odwraca uwagę od myśli. Daje czas na reakcję, jest szansą na odroczenie, a nawet uniknięcie wybuchu, jeśli jesteśmy krok od niego. Pozwala również zniwelować negatywne skutki tego, co zostało powiedziane. Jest wiele prostych technik, które można wypróbować, nawet siedząc przy stole. Skupić się na zmysłach, choćby na zapachu, który nas otacza. Poczuć swoje stopy, które dotykają podłoża. Zanurzyć się w tych wrażeniach, zwrócić się dzięki temu do wnętrza siebie, odłączając na chwilę od tego, co wokół.

Uwagi dotyczące naszego życia i naszych wyborów, które często padają przy świątecznym stole i które tak nas irytują, zwykle nie są podszyte złymi intencjami. Są podyktowane troską, lękiem o nas. Mamy jednak potrzebę się od tej troski jakoś odpępowić. Kusi, by odeprzeć: „Dziękuję, że się o mnie troszczysz, tato, ale naprawdę świetnie sobie radzę i nie potrzebuję twoich rad”.
Zadbanie w ten sposób o własne granice, o prawo do decydowania o sobie jest jak najbardziej wskazane. Ale nie do końca w ten sposób. Zwróć uwagę, że tym ostatnim zdaniem w pewnym sensie unieważniasz tę drugą osobę. Skoro wszystko jest doskonale bez udziału rodziców, to podkreślasz, że nie są potrzebni. Mogą się poczuć niepotrzebni, bo już nie mają nic do dania. A nasi rodzice często potrzebują czuć się potrzebni, więc to może być dla nich krzywdzące. Można to samo powiedzieć w inny sposób: „Wiem, że mnie bardzo kochasz, że mówisz to wszystko, bo się o mnie boisz. Doceniam twoją troskę. Jednocześnie chcę ci powiedzieć, że się bardzo dobrze czuję. W moim życiu wszystko wygląda na dziś tak, jak chciałabym, aby wyglądało”. To już inny komunikat. Taki, który nie wyklucza, a docenia – przy jednoczesnym pilnowaniu własnych granic. Taka komunikacja pozostaje asertywna, ale bierze pod uwagę potrzeby rodziców, jest krokiem do budowania komunikacyjnego mostu, a nie palenia go za sobą.

Sytuacja może być też odwrotna: bardzo potrzebujemy od rodziców wsparcia, zrozumienia, a go nie dostajemy. Chcielibyśmy – nie tylko przy tym świątecznym stole, ale na co dzień – czuć się akceptowani, a spada na nas grad krytyki. Łudzimy się, że można to zmienić, że można rodziców jakoś „zaprogramować” na wspieranie nas, a nie krytykowanie, a oni uparcie zmienić się nie chcą. Z takich świąt wrócimy z żalem, znowu z rozczarowaniem, z pustymi rękami, choć z zapakowanymi wigilijnymi daniami...
Bardzo trudno jest pozbyć się oczekiwań. Ale bywa tak, że najlepszym rozwiązaniem jest pogodzić się z tym, że pewnych rzeczy od naszych rodziców czy od naszej rodziny nie dostaniemy już nigdy. To nie jest skrajny pesymizm – nie o to mi chodzi. To bardziej akceptacja, która może być dla nas zbawienna. Może lepiej, zamiast żyć w ciągłym rozczarowaniu tym, czego nie dostajemy, zacząć się skupiać na tym, co dostać możemy. I jakoś to docenić. Dobrze sobie to uświadomić i jednocześnie zadbać o inny sposób zaspokojenia tych potrzeb, które w domu rodzinnym zaspokojone być nie mogą. Nie wypierać ich, a znaleźć inne źródło zaspokojenia. Wśród przyjaciół, od partnera, dzieci, z duchowych praktyk, samorozwoju – dróg jest wiele.

To nie sprawi, że będziemy wolni od tych emocji, od żalu. Jednak kontakt z tym brakiem, który w nas jest i którego doświadczyliśmy, przestanie być wówczas już tak dewastujący, tylko będzie czymś, co uznajemy, że po prostu w nas jest. Jakiś osobisty bagaż, ciężar, udźwig, który musimy sobie skompensować w inny sposób. Święta to nie jest dobry moment na porządki emocjonalne, na stawianie warunków, na negocjowanie zasad relacji. Lepiej odrobić tę lekcję w bezpieczniejszych warunkach, w innym czasie.

Mówisz, żeby to odłożyć na później, nie wchodzić w tego typu tematy przy świątecznym stole. Co w zamian?
Dla jednych święta mają wymiar duchowy, więc to jest dla nich czas skupienia się na tym aspekcie. Dla innych to bardziej rytuał, tradycja rodzinna czy społeczna, która także jest okazją do przeżywania uniesień duchowych, poszukiwania sensu, odnowy w życiu. Ale myślę, że dla wszystkich to jest po prostu okazja do pobycia razem. Do radości. Nie chcę, by to zabrzmiało trywialnie czy naiwnie. Chodzi mi o to, by ten czas miał w sobie odrobinę beztroski. Przecież życzymy sobie wszyscy „wesołych świąt”. Tę wesołość można próbować zrobić.

Jak?
Stawiałabym na prostotę. Na drobne radości ze wspólnych prostych doświadczeń zamiast na skupianie się w tym czasie na rozważaniach z poziomu meta nad tym, kim jesteśmy czy jaką mamy tożsamość. Zobacz, że poczucie tożsamości nas polaryzuje. Bo jeden człowiek jest Polakiem, katolikiem, inny ateistką, feministką – tę listę przynależności tożsamościowych można rozwijać bez końca. Zamiast skupiać się na tym, co nas różni, można aktywnie szukać choćby drobiazgów, które mogą nas połączyć, wspólnych prostych aktywności. Zamiast siedzieć przy stole w oczekiwaniu, aż atmosfera zgęstnieje, można po kolacji pograć w planszówki czy kalambury albo iść całą rodziną na spacer. Zrobić cokolwiek, co jest związane z byciem tu i teraz, a nie ocenianiem wzajemnie swojego życia, swoich wyborów i odnoszenia się właśnie do tożsamości. Wszystko, co dzieli i polaryzuje, w czasie świąt naprawdę lepiej odłożyć na bok.

A może warto uprzedzić rodzinę wcześniej, umówić się na pewne rzeczy właśnie po to, by było miło? Zapowiedzieć, zaproponować jakiś nowy, alternatywny sposób spędzenia tego czasu?
Można się z rodziną podzielić swoją intencją. Nie mówić wszystkim, co mają robić, a czego nie wolno, bo to zabronione. Raczej delikatnie uprzedzić, że zrodził się pomysł, by troszkę inaczej zorganizować wspólny czas, i zapytać, co oni na to.

Jeśli czujemy się na siłach, można wejść w rolę takiego świątecznego kaowca. Ważne jest tylko, by się upewnić, że dysponujemy wystarczającymi emocjonalnymi zasobami, aby wziąć na siebie taką rolę – jeśli nie, nie warto się w ten sposób obciążać. Nie warto tego robić na siłę, jeśli nie czujemy mocy czy choćby odrobiny entuzjazmu, bo taka rola to jednak spory emocjonalny wysiłek. Jeśli jednak mamy gotowość, to stajemy się w pewnym sensie liderem dobrostanu tego rodzinnego zjazdu i proponujemy rozwiązania angażujące wszystkich i przekierowujące uwagę ze spraw, które są jak zapalnik, na przyjemne, lekkie drobiazgi, które nam służą. Proponujemy np. zakończyć rozmowy przy stole po trzecim daniu i zagrać w planszówki, bez zmuszania kogokolwiek czy wielkiego organizacyjnego zamieszania – tak po prostu, w ramach chwili oddechu. Już nawet odejście od stołu i przejście na kanapę to zmiana scenografii, która rozluźnia atmosferę. Przy takiej organizacji i odrobinie spontaniczności będzie mniej czasu i mniej przestrzeni w naszych głowach na zajmowanie się tą chmurą różnych niezałatwionych przez cały rok spraw czy sporów, które mają taki ciężar gatunkowy. To nie znaczy, że zamiatamy pod dywan nierozwiązane problemy. Mamy świadomość, że święta to nie jest dobry okres na to, więc świadomie odkładamy te kwestie na boczny tor i robimy w zamian coś innego.

A jeśli to wszystko nie zadziała? Jeśli zabraknie woli do działań i sytuacja przy stole będzie dla nas zbyt napięta, by w ogóle ją znieść?
Wtedy trzeba przeprosić i odejść od stołu pod jakimkolwiek pretekstem. Oczywiście możliwie dyplomatycznie – dla własnego dobra. Wyjść na kilka minut na spacer, do drugiego pokoju, do łazienki. Uspokoić oddech. Spojrzeć sobie w lustrze w oczy, wejść w dialog ze sobą i ustalić: czy jestem już w stanie wrócić do stołu? Może się zdarzyć, że pociekną mi łzy. Potrzeba uspokoić w sobie to rozedrganie, ale też dać sobie na nie przestrzeń. Niech się przez nas przetoczy, ale niech nas całkiem nie wciągnie. Jeśli czuję się źle, nie zaprzeczam temu. Daję sobie chwilę na te emocje, nie walczę z nimi. Oddycham, spaceruję, robię cokolwiek, co mnie w tej chwili ukoi. Wracam, gdy jestem gotowa. Jest spora szansa, że rozmowa między domownikami i rodziną będzie dotyczyła już czegoś innego.

Mówisz o tym, by w porę wychwycić moment tuż przed eksplozją. Czy jeśli odejdę od tego stołu, wycofam się, to nie będę miała poczucia, że znowu zachowuję się jak struś, co chowa głowę w piasek? Bo może powinnam wreszcie wykrzyczeć, że mam prawo żyć po swojemu i nie zgadzam się, by mnie pouczano i krytykowano, bo nie jestem już małą dziewczynką?
Każdy z nas jest tak skonstruowany, że naturalnie albo ma tendencję do konfrontacji i właśnie wyrzucania z siebie natychmiast wszystkiego, co w środku siedzi, albo do wycofywania się. Niektórzy z nas błyskawicznie dążą do eskalacji w sytuacjach konfliktowych, inni stosują unik. Ważne jest, by – wiedząc to o sobie – zastanowić się, co można zrobić, by, choćby na próbę, coś zrobić inaczej. Jeśli mam tendencję do reakcji szybkich i bardzo emocjonalnych, a wiem, że mi one nie służą, co tym razem mogę spróbować zrobić inaczej? Może mogę odrobinę bardziej przytrzymać siebie, wydłużyć swój czas reakcji, dzięki czemu będzie ona łagodniejsza, a nie przybierze na sile w tempie pendolino? Jeśli zwykle konfrontacji unikam, a czuję się z tym źle, może spróbuję coś asertywnie zakomunikować, spokojnie, ale stanowczo? Chodzi o złoty środek, a nie wybieranie skrajności. To oczywiście ideał, zakładam, że dla większości z nas trudny do osiągnięcia. Warto jednak małymi krokami przynajmniej się do niego zbliżać.

W momentach napięcia bezcennym narzędziem zawsze jest dyplomacja. Gdy pada trudne pytanie, które jest nie na miejscu, mogę spokojnie powiedzieć: „Dziękuję za twoją troskę. Doceniam ją, ale dokonuję swoich wyborów. Zdecydowałam się nie mieć dzieci/nie zmieniać pracy/nie wychodzić za mąż”. I kropka. Po takim komunikacie grzecznie przechodzimy do podania śledzia, proponujemy dolewkę barszczyku czy komplementujemy wyśmienite pierogi. W ten sposób we w miarę miękki sposób przekierowujemy uwagę na coś innego.

Wiem, że to trudne! Do tego potrzebne są zasoby, pewien poziom siły emocjonalnej, którą tylko sami możemy w sobie zbudować, a która sprawia, że jesteśmy w stanie trudny komunikat usłyszeć, przefiltrować, przeżyć, domknąć i puścić w sekundy. Jeśli się uda, doskonale. Jeśli nie, lepiej odejść od stołu. Każdy ma swoje wrażliwe punkty, w których trudno zachować spokój. Jedną uwagę można puścić i zapomnieć, inna zamieszka w nas na dłużej, mocniej nas dotknie czy zrani. Rozpoznanie tego, na jaką reakcję mnie w danej chwili stać, jest ważne, bo tylko wtedy mogę o siebie zadbać.

Takie panowanie nad sobą wydaje mi się bardzo trudne. Szkoda, że nie ma spreju jak do impregnacji butów, który by nas chronił i zabezpieczał...
Takiego spreju nie ma, ale formą zabezpieczenia się przed możliwą „ulewą” jest zadbanie o siebie. Dlatego ważne, by nie jechać na rodzinne święta „na rezerwie”, tylko „zaimpregnować się” przez dużo snu, drobne przyjemności wcześniej – na ile to możliwe.

Dobrze odpowiedzieć sobie też na pytanie, ile czasu mogę spędzić w rodzinnym gronie, by to mnie nie zmęczyło, nie nadwyrężyło. Załóżmy, że w rodzinie jest konflikt, trudna sytuacja, a my czujemy, że dłuższy pobyt źle na nas wpłynie. Wtedy lepiej ten czas nieco skrócić i w ten sposób o siebie zadbać. Powiedzieć „z chęcią przyjadę na kolację wigilijną, ale z różnych powodów nie będę mogła zostać u was na noc”. Ograniczenie kontaktu do zdrowego minimum może być bardzo sensownym kompromisem. Jeśli atmosfera w domu okaże się dobra i będziemy czuć się komfortowo, zawsze możemy zostać dłużej, gdy tylko będzie taka możliwość.

Najważniejsze to być w stałym kontakcie ze sobą. Naciskać przycisk „sprawdzam” – jak się czuję, co się we mnie dzieje, czy mi to służy, czy nie. I słuchać tego wewnętrznego głosu, bo on jest zwykle dobrym doradcą.

Agnieszka Radomska, dziennikarka, behawiorystka. Pasjonuje ją wszystko, co związane z emocjami i budowaniem dobrych relacji.

Ewa Stelmasiak, autorka książki „Lider dobrostanu”. Mentorka, trenerka i konsultantka w zakresie dobrostanu osobistego i organizacyjnego. Prowadzi WellCulture Institute.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze