Andrzej Stasiuk: Ja piszę, więc nie żyję w świecie racjonalnym

fot. Rafał Masłow

Rozbija obozowiska w Rumunii, Albanii, Rosji, Mongolii. Mieszka w Beskidzie Niskim. Ma owce, sadzi drzewa. Wciąż w podróży opisuje świat pełen krajobrazów i duchów. Klnie, pije, ale opowiada o Tym, który pojawia się razem z dobrą pogodą. Zrozumieć Andrzeja Stasiuka to zrozumieć mężczyznę? A może każdego, kto ruszył w drogę?

fot. Rafał Masłow

reklama

Dojechałam dzięki szczęściu. Do krzyżówki w Banicy jechał przed nami pług śnieżny. A na rozjeździe do Wołowca, gdzie droga nabierała górskiej fantazji, czekał gospodarz w masywnej terenówce. Te trzy kilometry do domu torował drogę. Jest jak w bajce: konary drzew i druty wysokiego napięcia uginające się pod ciężarem śniegu. Minus 16 stopni i kurzi, jak powiedzieliby górale. Dom, gdzie mieszka i gdzie jest siedziba wydawnictwa Czarne, leży na uboczu. Furtka? Trzeba powalczyć ze skobelkiem.

Przy kuchennym stole

Pies kładzie głowę na kolanach, patrzy w oczy. W kolorze gorzkiej czekolady, długouchy gończy słowacki. Słowacja o rzut beretem stąd.

– Otworzyłem drzwi w samochodzie. Nie miał siły wskoczyć – Andrzej Stasiuk głaszcze łeb psa. – A widać było, że przyzwyczajony. Wsadziłem go na tylną kanapę i natychmiast zasnął. Taki wycieńczony. Jak się zgubiłeś w tym lesie, w górach? Czerny po słowacku, a po naszemu niepoprawnie politycznie, bo Murzin. Takie imię mu dałem, no i rodzina jest podzielona, czy to dobrze.

Dar do nadawania imion? Jedną z owiec, które miały być zamiast maszyny do strzyżenia trawy, nazwał Smoleńsk. No i tragedia, bo pies, który wabił się Dojczland, owcę zagryzł.

– To trudne, kiedy ulubiony pies zagryza lubianą owcę – wspomina. – Tu góry. Inny świat. W Warszawie wszystko pachnie kebabem. Wieś ma zapach, który pamiętam z dzieciństwa.

Więcej w Zwierciadle 03/2017. Kup teraz!

Zwierciadło także w wersji elektronicznej

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »