Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój

Kulturalny maj


6 października 2010 Inne z kuchni Beata Pawłowicz
Potrzeba nam wiary w to, że w innym miejscu czy czasie znajdziemy rozwiązanie swoich problemów. Że wrogiem radości życia jest egoizm, a do odpoczynku wystarczy taniec boso na ukwieconej łące.

Gdy wciąż mieszkamy przy tej samej ulicy i w tym samym sklepie kupujemy codziennie bułki, może się nam wydawać, że świat jest tylko jeden. Ten, w którym żyjemy. Że tylko ci, z którymi w niedzielę jemy obiad, zawsze będą nam bliscy. Że jest tylko jedna droga prowadząca do naszego domu, a innych marzeń już mieć nie będziemy. I jeśli w nasze harmonijnie toczące się życie uderzy meteor: stracimy pracę, miłość, zdrowie, nabieramy przekonania, że ta strata jest nie do udźwignięcia. Jednym słowem – że stoimy pod ścianą. Są jednak ludzie zdolni wybić w tej ścianie drzwi do nowego świata, gdzie problemy będzie można pokonać, a to, co utracone, odzyskać. Człowiekiem, który otwiera przed nami takie drzwi, jest Marek Kamiński. Bo ten, kto zdobył dwa bieguny, a potem na jeden z nich zabrał chłopca z protezami nogi i ręki, przekonuje, że: „wszystko jest możliwe”. Lekturę wywiadu rzeki „Dotykanie świata Marka Kamińskiego”, spisanego przez Marka Szymańskiego (wydawnictwo Fundacja Marka Kamińskiego, Gdańsk 2009), polecam na sytuacje, które wydają się beznadziejne.

Psycholodzy, ale i zwykli ludzie twierdzą, że szczera rozmowa z przyjacielem działa na każdy stres jak naftalina na mola. Bo przyjaciel nas rozumie i akceptuje nasze wady. Wspiera nawet wtedy, gdy sami jesteśmy winni naszych nieszczęść, bo narozrabialiśmy. Hm, jest tylko jeden warunek – trzeba takiego przyjaciela mieć. François, bohater filmu „Mój najlepszy przyjaciel” (DVD, reż. Patrice Leconte, dyst. Best Film), grany przez Daniela Auteuila, myśli, że ich ma, skoro jego kalendarz wypełnia tuzin spotkań. Problem w tym, że wszystkie są spotkaniami biznesowymi. Na szczęście ten film to komedia i śmiejemy się, obserwując perypetie skupionego na zysku i prestiżu narcystycznego marszanda z Paryża. Bohater filmu zastanawia się, czy wymyślono jakiś test, który może potwierdzić, że konkretny człowiek jest jego przyjacielem. A ja pomyślałam, że zamiast egzaminować innych, muszę przyjrzeć się sobie: czy mam czas dla tego, kogo uważam za przyjaciela? Czy znam imiona jego dzieci, czy słucham bez znudzenia o jego sprawach? Jeśli nie – właśnie zaczynam to zmieniać. Zadzwonię do Joanny, Renaty czy Anny i zapytam, co u nich słychać? To też mi pomoże przestać myśleć o tych, którzy moimi przyjaciółmi nie są.

W niezwykłej ezoterycznej księgarni spytałam o muzykę relaksacyjną. Miałam całą listę tytułów. Sprzedawczyni rzuciła na nią okiem i powiedziała, że ją relaksuje tylko jedna płyta: „Paneurytmia. Rytm i harmonia wszechświata” Beinsy Duna (CD, prod. Wena) i włączyła ją na małym radioodtwarzaczu. „Skrzypce także potrafią płakać – pomyślałam. – W tej muzyce jest melancholia, nostalgia i bałkańskość. Ale gdzie tu relaks?”. Jogę, tai-chi, medytację – wszyscy znamy. Lecz kto słyszał o bułgarskiej ścieżce rozwoju duchowego prowadzącej poprzez taniec i muzykę? Ta muzyka jest właśnie podkładem do tańca, który ma być medytacją w ruchu. Drogą do zestrojenia się z rytmem i harmonią wszechświata. Kompozytorem i twórcą założeń paneurytmii jest Petyr Dynow, bułgarski muzyk, uzdrowiciel i teolog, który przyjął imię Beinsa Duno. Jak przeczytałam w książce „Taniec duszy” Ardelli Nathanael (Wena, Poznań 2007), jego taniec wykonuje się na polach, łąkach, polanach. Ma w sobie coś z pogańskiej przeszłości. Kupiłam tę płytę i teraz do pełnego relaksu wystarczy mi, że wsłucham się w płaczące skrzypce, zamknę oczy i…  już jestem na ukwieconej, majowej łące. Żegnajcie, troski!                                                                                                         


Zobacz także

POLECANE KSIĄŻKI