Ziemniak state of mind

Wyjątkowa bulwa wreszcie doceniona!
Ziemniak, kartofel, psianka, pyra, bulba, grula, kartoszka. Za każdym z tych słów stoi długa historia, najczęściej historia kryzysu – bo ziemniak, o czym zapominamy w dobie pokoju, nieraz w czasach historycznej zawieruchy ratował ludzi od śmierci głodowej. Ziemniak wplątał się też w politykę, kiedy w latach 50. ubiegłego wieku zaatakowała go stonka ziemniaczana, według bolszewickiej propagandy zrzucona przez amerykańskie samoloty w akcie „dywersyjno-sabotażowych działań” („Trybuna Ludu”, 1.06.1950 r.).

reklama

Kiedy wreszcie los okazał się dla naszego kraju łaskawszy, ziemniak po okresie ciężkiej i ważnej dla kraju pracy skromnie usunął się w cień, robiąc na stole miejsce bardziej egzotycznym i atrakcyjnym warzywom – eleganckim szparagom, wykwintnym brokułom, a nawet swoim zamorskim krewnym – patatom. Sam zamienił się w nijaką breję, niczym niewyróżniające się tło dla prężących się mięs ze schabowym na czele. Na domiar złego stanowił produkt wyjściowy do produkcji paszy dla świń i spirytusu, czym skazał się na plebejskie skojarzenia.

Kiedy dowiedziałam się, że w Warszawie powstały dwa sanktuaria ziemniaka, bardzo się ucieszyłam. Ziemniak bowiem to bulwa wyjątkowa. Ma pięć razy mniej kalorii niż makaron czy kasza, więcej witaminy C niż jabłka, sporo potasu i magnezu oraz błonnika, który obniża poziom „złego cholesterolu”. Oczywiście ten podany w najczystszej formie, najlepiej gotowany w mundurkach lub prosto z ogniska.

Pierwsze ziemniaczane miejsce to Okienko serwujące frytki take away (ul. Polna 22). Przed wizytą przeczytałam, że specjalizuje się w warszawskich frytkach prosto z Belgii! Nie powiem, bardzo byłam ciekawa, co kryje się za tą zagadką. Wraz z Kuchcikiem wypytaliśmy o to miłą panienkę z Okienka. Okazało się, że frytki faktycznie przyjeżdżają z Belgii w wersji gotowej, czyli zamrożonej. Warszawski kontekst, jak mniemam, zawdzięczają smażeniu na miejscu. Trochę zmartwił nas ten eksport-import, bo jak wiadomo, kilogram ziemniaków kosztuje złotówkę, a zrobienie z nich frytek wymaga tylko nieco czasu i umiejętności. Ale to podobna historia jak z makaronami i gnocchi we włoskich knajpach w Warszawie. Zamiast robić je na miejscu, zamawia się mrożone z Makro za 30 zł za kilogram.

Frytki z Belgii okazały się bardzo smaczne i niskobudżetowe (mała porcja – 5 zł, duża – 8 zł), choć nieco rozciapane. Wolę takie, które na języku nie zamieniają się w maź, ale to rzecz gustu. Spośród różnych sosów (1 zł) wybraliśmy duński (z cebulką, korniszonami i curry) o skandynawskim, słodko-kwaśnym smaku. Był tak smaczny, że wymazaliśmy go już w połowie porcji frytek.

Druga świątynia ziemniaka znajduje się nieopodal, w miejscu słynnej kawiarni Qfajka (ul. Śniadeckich 8). Groolami zachwycał się już Nowak i miał czym! Wielkiego ziemniaka ugniata się tu z masłem i żółtym serem, nie naruszając delikatnego mundurka (porcja z dwóch ziemniaków – 6 zł). Można wybrać różne nadzienia (od 2 zł do 6 zł), mnie najbardziej smakowały śledzie, bo to połączenie, za którym przepadam. Niestety fenomenalnej bulwie nie dorównuje ani atmosfera, ani wystrój tego miejsca. Tu się po prostu nie chce siedzieć. Nieprzytulne i zimne wnętrze próbowano ozdobić przypadkowymi gadżetami (przeróżne kwiatki, kotki itp.), ale nic tym nie osiągnięto. A przecież ziemniak to wdzięczny temat, łatwy do sfabularyzowania – można pokazać choćby ziemniaka kosmopolitę, który jak krasnal w „Amelii” zwiedza różne kraje. Właścicielom życzę odrobiny kreatywności i powodzenia, a do pełni szczęścia – zamiast stylizowanego pieca konwekcyjnego – prawdziwego pieca opalanego drewnem lub węglem, który nada ziemniakom wspaniałego aromatu.

A my? Jedzmy ziemniaki!

fot. Basia Starecka