Aleksandra Konieczna: Chcę życia!

fot. BewPhoto

Jest jedną z najbardziej wyrazistych polskich aktorek. Recenzenci często piszą o przewrotności postaci, jakie gra, bo wytrącają widza z komfortu i przyzwyczajeń. Kinowa rola Zofii Beksińskiej okazała się prawdziwym wydarzeniem. Już we wrześniu zobaczymy ją w nowym serialu telewizyjnym „Diagnoza”.

(Wywiad z numeru 9/2017)

Notesik, piórnik… Pan będzie zapisywał? O, to chyba do drugiej w nocy będziemy rozmawiali.

Nie, mam dyktafon. Lubi pani porządkować rzeczywistość?

Porządkować? Nie. Raczej obserwować. Pomyślałam, przyszedł pan wcześniej, bo już kończy napój; ma pod ręką notes, pewnie jest przygotowany… Uważa pan, że jestem odjechana?

Nie.

To dobrze.

Skąd takie pytanie?

Idąc tu, pomyślałam, że zaproponuję panu od razu przejście na ty. Pan uprzejmie się zgodzi, ale będzie się pan zapominał w rozmowie i jednak będzie wracała „pani”. Wiem o tym, bo mam świadomość rang.

Dystans między nami jest potrzebny. Byłam ciekawa, jak mnie pan postrzega. Ostatnio od kolegi aktora, który bliżej poznał mnie w pracy, usłyszałam: „Ola, widziałem, jak odbierałaś Orły z Andrzejem Sewerynem. Pomyślałem, że jesteś sztywna i odjechana, a ty taka jajcara jesteś”. Część mojej osobowości stwarza takie wrażenie, nieświadomie. Spacerowałam niedawno po parku w Radziejowicach, z naprzeciwka szedł człowiek, z którym kilka godzin wcześniej rozmawiałam potoczyście. Kłania się nisko, odkłaniam się grzecznie. I nagle on pyta: „Spacerek?”. Mnie kompletnie przytkało. Nie jestem w stanie odpowiedzieć, bo przecież spacerek. Spaceruję. Nie widzi?

Po prostu small talk, zagajenie z grzeczności.

Na którym się wywalam, nie wiem, jak to dalej przesunąć. Uśmiechnęłam się. Przeszłam. Pomyślałam: „O, to jest właśnie ten moment, o którym mówił kolega aktor”. Człowiek, który mi się ukłonił, zastanawiał się pewnie: „Dlaczego przed kilkoma godzinami ze mną żartowała?”. Ja wiem, że to small talk, żyję trochę na świecie, ale mam blokadę towarzyską, której nie jestem w stanie usunąć.

To przekora?

Może. A może szkoda mi czasu… Lepiej nic nie mówić. Wsiadam do windy z innym kolegą, mamy jechać dziesięć pięter. Pyta: „Jak się czujesz?”. Patrzę na niego przerażona. Przez dziesięć pięter nic nie odpowiadam. Wychodzimy z windy. To jest żenujące.

Z czego to się bierze?

Pewnie w części z nieśmiałości.

Nie, no każdy aktor mówi, że jest nieśmiały.

Nie każdy. Ale wielu aktorów mówi i wiem, że mówią prawdę. Wie pan, każda rodzina ma jakieś swoje przekonania. Kilka lat temu uświadomiłam sobie jedno, które nigdy nie było u nas wypowiedziane, ale było silne: nie jest ważne, że się boisz. Ważne, żeby nie było widać, że się boisz.

Jakie były doświadczenia pani rodziny?

Pochodziła ze Wschodu, z Buczacza. Miała nieduży dworek. No i wszystko musiała zostawić. Kota, psa. Małe i duże dramaty. Więc na wszelki wypadek lepiej się do niczego nie przywiązywać.

Kiedy rodzice przyjechali do Polski?

W ’46 roku do Szczecina, gdzie byli krótko, stamtąd przenieśli się do Prudnika, bo była tam większa część rodziny.

Tęsknota została?

Nie, bo słabości nie okazujemy. Więc w domu jej nie okazywaliśmy.

Nie można było krzyknąć?

Kiedy już dochodzi się do krzyku, to się krzyczy dzień i noc. Niedawno dziennikarka zapytała mnie w studiu telewizyjnym: „A pani jest silną kobietą?”. Miałam na stopach trampeczki, kicałam pod stołem nogami, bo siedziałyśmy na wysokich stołkach, i mówię bez przekonania: „Chyba tak”. Ona, pytająco: „Chyba trochę tak? Chyba… bardzo tak?”.

Nie postrzega pani siebie jako silnej?

Jest we mnie siła, ale innego rodzaju. Intuicja, za którą staram się iść w życiu i w zawodzie. Ufać jej.

Do zagrania Zofii Beksińskiej w filmie „Ostatnia rodzina” przygotowywała się pani, rozmawiając z ludźmi, którzy ją znali, oglądając materiały archiwalne. Scenariusz i intuicja nie były wystarczające?

To był debiut fabularny Jana P. Matuszyńskiego, dokumentalisty, o rodzinie, która jest znana i nie tak dawno przestała istnieć. Film również o maniakalnym rejestrowaniu przez Beksińskiego jej życia, zupełnie bez hamulców, nagrywającego syna w rozchwianiu emocjonalnym, żonę w sypialni, w łazience. Reżyser obejrzał archiwum Zdzisława Beksińskiego i przygotował dla nas materiały. Włączyłam je, wzięłam kartkę i zapisywałam: tak Zosia pali, tak kładzie rękę na biodrze, czasem patrzy na niego długo z wyrzutem, nic nie mówi. I tak zagrałam.

Co pani czuła, podglądając tę rodzinę? Wstyd? Ciarki?

Nie. Czułam się przez Beksińskiego zapraszana. To bardzo inteligentny człowiek. Robił to świadomie. Zostawiał znaki.

Pani życiem też zdają się rządzić znaki. W szkole teatralnej pani profesor Wojciech Siemion zabiera studentów do mieszkania Beksińskich. Poznaje pani malarza, widzi jego krzątającą się żonę, która robi wam herbatę. Później zagra ją pani w zrekonstruowanym mieszkaniu, które pani znała. Wierzy pani w znaki?

Chętnie się na nie połaszczę, ale przecież, kiedy te sytuacje się dzieją, nie mogę wiedzieć jeszcze, że coś zapowiadają. Chociaż zdarzają się momenty olśnienia. W styczniu spacerowałam po parku Praskim. Nagle zerwała się śnieżyca, zrobiło się tak pięknie biało. Prawie nie było widać ludzi, też stali się biali. Na tle tej bieli zobaczyłam galopujący punkt jak powidok. Zbliżył się do mnie. Był to biały pies, owczarek szwajcarski, bardzo rzadka rasa. W Polsce jest ich około 400. Podszedł do mnie. Wtedy jakaś dziewczyna zawołała: „Chodź, nie przeszkadzaj pani”. Poczułam, że to znak, ale nie wiem, co oznacza. Zaczekam na ciąg dalszy.

Obserwuje pani i zadaje pytania?

To jest mój zawód – obserwacja. Robię tak od zawsze. Kiedy moja córka miała siedem lat, zdobyła wicemistrzostwo w konkursie poetycko-plastycznym w Europie. Zachowałam jej pracę. Na kartce przydymione szarości, szare obłoki i na tym tle różnymi kolorami i czcionkami litery układają się w zdanie: „Czy ktoś wie, o co tu chodzi?”. Cały czas zadaję sobie to pytanie i próbuję się dowiedzieć. Jest we mnie nieustanna analiza. Siebie, innych. Teraz gram Igę Cembrzyńską w filmie pana Janusza Kondratiuka „Mój brat”, to tytuł roboczy, jesteśmy na półmetku. Dostałam tę rolę późno. Nie mogłam sięgnąć do wielu materiałów, do książki pani Igi „Mój intymny świat”. Zadawałam sobie pytanie: Co to znaczy grać Igę Cembrzyńską, która była gwiazdą? Nie jestem z kabaretu. Jest wiele aktorek, które by ją lepiej „odrobiły”. Na czym ją oparłam? Na rudej peruce [śmiech]. Na razie tyle mogę powiedzieć.

Co to znaczy: grać Cembrzyńską?

To o pani Idze teraz. Nie o tej, którą znamy – ognistej, kabaretowej, na szpileczkach, która śpiewa o Adeli, co zakłada sukienkę i czerwone podwiązki dla kochasia, który odszedł w siną dal. To inna osoba. Myślę, że intuicja w tym wypadku nie wystarczy. Potrzebny jest inteligentny rozbiór. Więc rozbierałam ją głową.

Rozmawiała pani z nią?

Tak, bo chciałam ją poznać.

O czym pani myśli, mierząc się z Cembrzyńską?

O jej gasnącym łuku.

Co to znaczy?

Dokładnie to, co powiedziałam.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »