Joanna Kurkowska: Foty Froty

fot. Rafał Masłow

Joanna „Frota” Kurkowskawychowana na komputerach i „miasteczku twin peaks”, nerd, nieodrodne dziecko lat 90. ubiegłego wieku. Zafascynowana muzyką grunge’ową i komiksami marvela. Sfotografowała gigantyczną liczbę koncertów, spędziła trzy tygodnie, podróżując po południowych stanach USA śladami seriali „Detektyw” i „American Horror Story”.

reklama

Przede wszystkim dlaczego Frota jest Frotą? Ksywka wzięła się od gry komputerowej, tzw. Froggera, w którego grała w czasach podstawówki na komputerze taty, pracownika gdyńskiego Dalmoru. Ale na stałe stała się Frotą w pierwszej pracy, by odróżnić się od innej Joanny Kurkowskiej. Dodawała ksywkę do swego nazwiska i dzisiaj nikt właściwie nie mówi do niej po imieniu. Fotografią zaczęła się jednak interesować jeszcze jako mała Asia. Pamięta, że masę zdjęć robili zarówno dziadek, jak i tata, więc fotografowała i ona. Najpierw widoczki i znajomych, z czasem także koncerty, na które, jako wielbicielka muzyki, często chodziła, dzięki czemu zdobyła pierwszą i od razu wymarzoną pracę. A było to tak: jako absolwentka nauczania języka angielskiego nie za bardzo wiedziała, co miałaby robić w życiu. Pracę w zawodzie miała wprawdzie pewną, bo w tamtym czasie, na początku lat dwutysięcznych, nauczycieli angielskiego przyjmowano wszędzie z otwartymi ramionami, lecz jakoś nie do końca ją to kręciło. A że jako świeżo upieczona 20-latka miała wówczas zwariowane pomysły, postanowiła wyjechać za granicę i tam uczyć dzieciaki. By było ciekawej, zamarzyła, że będzie to robić najdalej, jak się tylko da, czyli w Nowej Zelandii. Znowu inspiracją był tata, który zajmował się w Dalmorze marynarzami, często jeździł do ambasady tego kraju i był nim zachwycony. – Wzięłam potrzebne papiery, miałam już załatwiać wszelkie formalności i wtedy kumpel przysłał informację, że Wirtualna Polska szuka kogoś do muzyki. Wysłałam CV, zaprosili mnie, przyszły szef zapytał, czy robię zdjęcia, ja – że tak i że fotografuję koncerty. Super, masz 21 lat, pierwsza praca i żyjesz z robienia zdjęć i relacji z koncertów! – wspomina. Trafiła na dobry czas dla rodzimego rynku koncertowego, bo dekadę temu zaczynały swoją działalność wielkie festiwale, z OFF-em i Open’erem na czele, więc zapotrzebowanie na zdjęcia z tego typu imprez było bardzo duże. Dzięki pracy w redakcji w 2007 roku zobaczyła na Stadionie Śląskim w Chorzowie swój do dzisiaj ukochany Pearl Jam, a rok później po raz pierwszy pojechała na OFF-a. W prężnym wówczas gdyńskim klubie „Ucho” wręcz zamieszkała.
Z czasem, w charakterystycznej czapce z daszkiem, stała się nieodłącznym elementem wszelkiego rodzaju koncertów. Będąc już rozpoznawalna w branży, stworzyła blog „Fosiarze”. Robiła zdjęcia swoich kolegów po fachu pracujących w tzw. fosie, miejscu dla fotoreporterów między sceną a publicznością, dokumentowała ich pracę – nie zawsze bezpieczną – i zamieszczała na blogu koncertowe scenki rodzajowe. Niebezpieczne sytuacje? Zdarzały się, a jakże. Już chociażby podczas swojego pierwszego OFF-a złamała sobie nogę o podest dla niepełnosprawnych. Raz, będąc w „fosie”, dostała boleśnie w głowę rzuconą przez kogoś zakręconą plastikową butelką. Na koncercie Flaming Lips omal nie spadła z drabinki dla fotoreporterów, bo artyści bawili się wielkimi nadmuchanymi kulami i jedna z nich trafiła w nią. Przepychanek nie liczy, bo to koncertowy klasyk. Raz dostała też od artysty kwiatek. Z czasem w „fosie”, szczególnie na dużych imprezach, robiło się coraz bardziej tłoczno. W 2011 roku, podczas koncertu Nicka Cave’a na Primaverze, było tylu fotografów, że nie mogła wyciągnąć drugiego obiektywu. Wtedy pomyślała sobie, że to wszystko nie idzie w dobrą stronę. Już zresztą – od czasu zmiany pracy – nie fotografuje koncertów, a przynajmniej nie tak wiele jak kiedyś. Ale nadal o tym myśli i zastanawia się nad powrotem do „fosy”, bo muzyka ją wzrusza, szczególnie ta, która wiąże się ze wspomnieniami z młodości.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »