Kocham nie truję – o akcji

Lidia Trawińska, dietetyk kliniczny, Joanna Gorzelińska, dziennikarka i blogerka, Grzegorz Łapanowski, kucharz. Łączy ich pasja i życiowa misja – zarażają miłością do zdrowego jedzenia.
Mówią, że mamy kryzys
z nadmiaru, ale wierzą, że damy radę z niego wyjść.

Katarzyna Montgomery, „Zwierciadło”: Co się z nami stało? Dlaczego dbamy o siebie zewnętrznie, o brak zmarszczek czy fajną odzież, pucujemy auta, a ze swoich ciał zrobiliśmy śmietniki i to nawet nie segregowanych śmieci?

reklama

 

Grzegorz Łapanowski: Kiedy 15 lat temu byłem w USA zdziwiłem się, że Amerykanie „coś” jedzą, ale to „coś” dla mnie jedzeniem nie jest. Pamiętam dzieciaka, który jadł pieczywo tostowe bez wcześniejszego użycia tostera. To było dla mnie niewyobrażalne, bo po tosterze jakoś to „coś” można przełknąć, podobnie pewnie watę posypaną cukrem i usmażoną w głębokim oleju też dałoby radę. Próbowałem mu wytłumaczyć co to jest chleb na zakwasie, ale on był z pokolenia, które nie zna smaku prawdziwego pieczywa.

Kilka lat temu podczas kolejnego pobytu zaobserwowałem, że w biednych dzielnicach w miastach USA możesz kilometrami szukać sklepu z natką pietruszki, a pomidor jeśli już znajdziesz, to tylko pokrojony. Za to wszędzie są kebaby, hamburgery, czipsy i batoniki.To są tzw. pustynie żywieniowe. Tam mieszkają otyli Amerykanie. Ten rozdział zaczyna się u nas.

Lidia Trawińska: Dlatego kiedy podróżuję po biednych rejonach Europy i gdzieś w Rumunii widzę stragany z różnorodnymi warzywami i owocami, to zazdroszczę tym ludzim, bo to, co jedzą świadczy, że żyją lepiej od nas.

Grzegorz Łapanowski: I są o wiele szczęśliwsi od nas w tych wypasionych samochodach w ekskluzywnych mieszkaniach na wieloletni kredyt.

Lidia Trawińska: Którzy wracamy zmęczeni z pracy, nie mamy już siły, żeby zrobić sobie coś do jedzenia, zamawiamy pizzę lub kebap, nie wiemy, co jemy, rano boli nas głowa lub brzuch, żeby się podnieść pijemy kawę i tak tworzy się błędne koło. Eksploatujemy nasze ciała do granic.

Joanna Gorzelińska: Po latach życia w szarym PRL-u tkwiła w nas ogromna tęsknota za pięknymi kolorowymi pudełkami, wielkimi truskawkami i równymi jak pod sznurek pomidorami. Kiedy otworzyły się granice, tak zachłysnęliśmy się ilością i opakowaniami, że do głowy nam nie przyszło, żeby patrzeć na skład. A gdybyśmy się przyjrzeli etykietom, to były tam głównie cukier, mąka i tłuszcz.

Grzegorz Łapanowski: Cukier i tłuszcz w jedzeniu są jak używka, działają jak kompensacja codziennego stresu.

Joanna Gorzelińska: Wciąż jesteśmy też na etapie „mieć”, a nie „być”. Kupujemy bezmyślnie za dużo jedzenia, bo jest tanie, potem jemy gigantyczne porcje, a resztę wyrzucamy. Powinniśmy być już nasyceni ilością – przyszedł czas, żeby odbić się od dna. Mówię to głównie do 30-40-50-latków, którym powinno zależeć nie tylko na ich własnym zdrowiu, ale też na zdrowiu ich dzieci. Tymczasem bijemy rekordy jeśli chodzi o otyłość u dzieci, a co druga osoba w Polsce ma nadwagę. Za 10 lat o 40 proc. wzrośnie liczba chorych na raka. Każdy z nas ma komórki rakowe, ale złym stylem życia drażnimy je na własne życzenie.

Grzegorz Łapanowski: Ale jak przestawić człowieka, który uwielbia tę narkotyczno-erotyczną relację, jaką ma z cukrem i tłuszczem? Joanna Gorzelińska: Uciekałabym od radykalnych rozwiązań. Nikt od razu nie rzuci mleka, pszenicy i nie przestawi się na kiełki. Większość krzyknie: to nie dla mnie, wolę umrzeć, niż tak żyć. Najlepsze na początek są niedokuczliwe rozwiązania. Zamiana białego pieczywa na razowe. Zamiast batoników – deser z owoców. Pięć regularnych posiłków, a co za tym idzie mniejszych porcji. Zamiast soku z kartonika – wyciśnięte pomarańcze, wcale nie droższe. Odstawienie syropu malinowego, w którym są tylko dwie maliny, a reszta to cukier i woda. To tylko kilka prostych przykładów rodzinnego planu naprawczego, bo uważam, że każda rodzina jest inna i potrzebuje innego podejścia do tego, co kupujemy i jemy, z czego rezygnujemy, a co ograniczamy.

Katarzyna Montgomery, „Zwierciadło”: Najważniejsze, żeby od czegoś zacząć. Od czego? Joanna Gorzelińska: Od siebie. Uświadomić sobe, że od tego, co jemy, zależy, czy mamy cukrzycę, zawał, nadciśnienie czy raka, bo wszystkie te choroby wynikają z tego, co jemy.

Grzegorz Łapanowski: Zacząć trzeba od dwóch najważniejszych odbiorców tej akcji. Pierwszy to matki: jak kochasz swoje dziecko, to sama dobrze się odżywiaj. Dzieci, nawet świetnie wyszkolone na naszych warsztatach, niewiele wskórają w domach, bo nie mają wpływu na zakupy. Drugi odbiorca to instytucje. W ministerstwach zdrowia, edukacji czy rolnictwa, w Sejmie, SGGW, Instytucie Żywności i Żywienia wszyscy nas popierają, ale nie do końca wiedzą, w jakim kierunku sami mają pójść, jak mają kształtować dobre prawo. A dobrym przykładem są Węgry, które wprowadziły podatek od śmieciowego jedzenia i jego konsumpcja spadła o 30 proc., a że o 30 proc. wzrosły ceny, to biznes nie narzeka, bo mają takie same obroty. Nigdy żadna kampania nie miała takiego efektu, jak ta prosta podwyżka cen. Na pewno brakuje też u nas edukacji żywieniowej wspartej instytucjonalnie. To, czy w szkołach odbędą się zajęcia na temat zdrowego żywienia, jest dowolne, a dla większości z nas zdrowe jedzenie oznacza tradycję babcino-maminą. Tymczasem tradycja wersus wiedza to zupełnie dwie różne rzeczy.

Katarzyna Montgomery, „Zwierciadło”: Chcecie powiedzieć, że jeśli państwo nie stanie na straży naszego zdrowia i nie zacznie nękać tych, którzy nas trują, to zawsze będzie trudno pietruszce przeciwstawić się sile przekazu pięknego opakowania? Joanna Gorzelińska: Norwegia zabroniła sprzedaży jedzenia z tłuszczami trans. Skoro są szkodliwe, to dlaczego my ich nie zakazujemy?

Grzegorz Łapanowski: I skoro koszty tylko dwóch chorób żywieniowopochodnych (cukrzycy i chorób układu sercowo-nacyzniowego) to koszt 50 mld złotych, a za 15 lat, to będzie 100 mld złotych i budżet naszego państwa tego nie udźwignie.

Katarzyna Montgomery, „Zwierciadło”: Wsparciem mogą być lekarze? Joanna Gorzelińska: Mało takich. Gdy przychodzi otyły pacjent do lekarza, dostaje kolejne leki na nadciśnienie, cukrzycę. Wychodzi potem z apteki z torbą leków i narzeka, że wydaje na nie 500 zł miesięcznie. Przyznam się wam, że zrobiłam eksperyment na znajomej, która bierze leki na cukrzycę i nadciśnienie, a lekarz zapowiedział, że niedługo przejdzie na insulinę. Postanowiłam za pomocą żywienia zapobiec temu. Lekarz powiedział jedynie, że to jest skomplikowane, ale możliwe. Dietą, między innymi polegającą na wyeliminowaniu cukru i przetworzonego pieczywa, po dwóch tygodniach doszłyśmy do idealnego poziomu cukru podczas porannego badania. Po dwóch miesiącach dwa leki ma już odstawione. Moja znajoma spróbowała, bo przestraszyła się postępu choroby. Dużo ludzi jednak wybiera złudną drogę na skróty, czyli tabletkę, dzięki której poziom cukru ma w normie, ale cukrzyca i tak niszczy organizm.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »