Anioł, który na mnie czeka

Materiały prasowe

reklama

Wielki polski malarz Stanisław Fijałkowski ma w sobie niezwykłą młodzieńczość. Urodzony w 1922 roku, bez trudu dostosował się do współczesnego świata, sam wykonuje grafiki komputerowe. Twierdzi jednak, że opanowanie technologii nie wystarczy, by móc wykroczyć poza banał. Potrzebna jest także… sprawność duchowa.

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zetknąłem się z malarstwem Stanisława Fijałkowskiego. Wiem tylko, że od tej chwili na pierwszy rzut oka poznaję jego obrazy w muzeach, galeriach i w albumach. Barwne plamy, kreski, kwadraty, romby, te wszystkie figury są zdumiewająco nieprecyzyjnie precyzyjne. Dowolność, która nagle znalazła się pod pełną kontrolą. Gdy poznałem osobiście artystę, okazało się, że pewne paradoksy, które są w tym malarstwie, można znaleźć też w człowieku.

W roku 1946 Stanisław Fijałkowski, po wojennych przymusowych robotach w Królewcu, zaczyna studia na uczelni w łodzi, gdzie Władysław Strzemiński wykłada historię sztuki i kompozycję. Strzemiński, wybitny malarz, który stracił nogę, rękę i oko w czasie I wojny, był wtedy wielkim autorytetem dla młodych. Potem sam Fijałkowski będzie przez wiele lat profesorem na łódzkiej ASP. Z malarzy światowej klasy przyznaje się dzisiaj do powinowactw z Wassilym Kandinskim i Paulem Klee.
 
Nie jest to malarstwo, o którym łatwo mówić i pisać. Fijałkowski dąży do użycia jak najmniejszej liczby elementów, by, jak mówi, „skupić w nich to, co rozproszone w codzienności”. W tym świecie panuje chwiejna równowaga, tym wyrazistsza, im dłużej patrzy się na obraz. A wtedy każda figura i znak zaczynają ważyć, czerwona kropka staje się kroplą krwi. Tak godzą się ze sobą żywioły pozornie od siebie odległe.

Niechętnie mówi pan o dawnych czasach.
 
– Wydaje mi się, że wczesny okres mego dzieci stwa nie ma dużego znaczenia wobec twórczego i świadomego życia po wojnie.

Dzieciństwo nas kształtuje…

– No dobrze, jestem Wołyniakiem… a pamięć klimatu, powietrza, pejzażu została mi na całe życie.
 
Malował pan kiedyś inaczej, bardziej realistycznie, był czas, kiedy było to wymagane.

 – Jak nastał socrealizm, poszedłem w stronę impresjonizmu. Nigdy nie malowałem obrazów politycznych.
 
Nie dał się pan złapać na stalinowską wiarę?

– Nie, nigdy. Nasz nauczyciel Strzemiński próbował nawet wytłumaczyć ówczesnemu ministrowi kultury Włodzimierzowi Sokorskiemu, że sztuka jest czymś więcej niż politycznym narzędziem. Propaganda nie może się ostać w prawdziwej sztuce. Na gwałt uczyłem się i nie poddawałem się socrealizmowi. Malarz mógł zawsze jakoś uciec. Koledzy malowali gołą kobietę z piłą, i to miało symbolizować na przykład człowieka pracy. Inna naga kobieta przy balii była socrealistyczną przodownicą pracy.

Pana malarstwo kształtowało się na drodze eliminacji wszystkiego, co zbędne. Cud pana sztuki polega na tym, że malując tak mało, wyraża pan tak wiele.

– Nadal używam pędzla, jak się używa słów do tworzenia poezji; malowanie to wydobywanie z nieświadomości i świadomości elementów istotnych dla budowy świata, tego duchowego. Teraz młodzi artyści stawiają na pierwszym miejscu siebie. To ON sam jako artysta jest najważniejszy. Robią, co mogą, by zaistnieć na rynku. My trzymaliśmy się tradycyjnych ideałów, także za cenę bycia niezauważonym.

Coś złego stało się ze sztuką, kiedy wyszła poza ramy obrazu…
 
– Zamiast sztuki są manifestacje artystyczne. Tymczasem co innego jest namalować obraz, a co innego coś przeżywać. Wszyscy coś przeżywają i to nieraz dramatycznie, ale nie musi to mieć wiele wspólnego ze sztuką. Chodzi o to, by dojść do tej warstwy świata, gdzie rozumienie jest głębsze – do duchowości.

Nie znam innego malarza, którego dzieło w tak silnym stopniu byłoby oparte na kolorze, a nie traciło nic, gdy rezygnuje się z koloru
.
– Tak. Tu dotykamy chyba najważniejszej sprawy. Rzecz nie tylko w tym, by coś oryginalnego wymyślać, ale by za pomocą minimum środków powiedzieć jak najwięcej o naszym człowieczeństwie. Należy więc tak opanować rzemiosło, żeby każdy, nawet najdrobniejszy, ruch ręki był posłuszny myślom, by był nastawiony na to, co „przebije” codzienność i odsłoni inną warstwę świata.
 
I nie jest przypadkiem, że wszyscy wybitni malarze niefiguratywni potrafią świetnie malować realistycznie, jeśli chcą lub muszą.
 
– Zawsze potrafią… Aby prawidłowo zbudować obraz, niezbędna jest znajomość warsztatu i technologii. Sama technologia to oczywiście nie wszystko, by powiedzieć coś poza banałem… Potrzebna jest także sprawność duchowa.
 
 – Lubię szczególnie pa ski cykl „Autostrad”. Od kiedy go poznałem, każda droga, która tnie krajobraz, kojarzy mi się z pana wizją.

– Ale mnie nie zainspirowała prawdziwa autostrada. Kiedy narysuje się linię ukośną, jest to wstępowanie lub zstępowanie, a co nie jest równoległe do boku obrazu, tworzy w nim perspektywę, przestrzeń. Forma ukośnej linii, przekątnej, skojarzyła mi się z biegnącą z ziemi do nieba drabiną Jakubową. Autostrada to nowy symbol drabiny Jakubowej, po której wstępują i zstępują aniołowie, to linia łącząca ziemię z niebem.

 – Przed „Autostradami” były „Studia talmudyczne”.
 
– Te obrazy także są oparte na linii łączącej ziemię z niebem, lewy dolny róg obrazu – z prawym górnym. Do „Autostrad” doszedłem przez „Studia talmudyczne”.

 

Wierzy pan na pewno w rzemiosło. A w natchnienie?
 
– Nie wierzę. Wierzę w uspokojenie własnego sumienia. I w skupienie.

Jak pan się skupia?

– Potrzebna jest mi cisza.

Świat zewnętrzny nie atakuje?

– Bardzo atakuje, więc okna niedawno zmieniłem na dźwiękoszczelne. Muzyki słucham zwykle w domu.

Są chwile radości przy malowaniu?

– Nie nazwałbym tego radością, czasami jednak, wychodząc z pracowni, czuję, że zostawiłem tam coś żywego. Anioła, który wisi i czeka na mnie…

Gdy patrzy się na pana obrazy, te, na których są żywe i radosne kolory, wydaje się, że to wszystko powstało lekko i radośnie.

– A to trudna praca, umysłowa i duchowa. Problemem jest na przykład, czy kolor ma być robiony z dwóch, czy z trzech tubek farb? A czy zmieszane są dwie, czy trzy to nie jest tylko problem techniczny, ale też filozoficzny.

To różni malarza od pisarza, wy macie nie tylko filozofię, ale też materię.
 
– Mamy materię i technikę, nawet technologię. Malując kolor złożony z trzech farb, kontrastuję go z kolorem złożonym z dwóch. Mam więc dwa i trzy, czyli kontrast parzystego z nieparzystym, żeńskiego z męskim. Albo materii i ducha.
 
Bywa w tym ukryta erotyka?

– Tak, nawet w mieszaniu farb. Mieszanie kolorów to praca duchowa.

Czy zdarza się, że niszczy pan swoje obrazy?

– Rzadko, ale niszczę.

W gniewie, w rozpaczy?

– W poczuciu, że są nic niewarte.

Częto ma pan wątpliwości?

– Bardzo często. Waham się, można powiedzieć, nieustannie. Ale z ufnością pracuję, gdyż muszę coś robić w życiu, by usprawiedliwić swoje istnienie. Robię to, co umiem stosunkowo najlepiej – maluję. Człowiek jest sługą nie wiadomo jakich duchowych mocy… Wszystko, co jest moją zasługą, to tylko umiejętność operowania techniką malarską. I tyle. Czasami ta umiejętność prowadzi do odkrycia czegoś naprawdę wartościowego. Reszta to zarozumiałość.
 
Czy malowałby pan tylko dla siebie?

– Obraz bez odbiorcy jest kaleki. Nabiera znaczenia tylko w przeżyciu estetycznym, w skrajnym przypadku przeżywa sam artysta, ale on nigdy nie wie wszystkiego.
 
Zdarza się panu notować jakiś pomysł na kartce, by nie uciekł?

– Gdy byłem młody, nosiłem ze sobą szkicownik, ale teraz już nie, ponieważ nie wałęsam się, siedzę w domu lub w pracowni. Nadal jednak czasami odczuwam nieprzepartą chęć zanotowania czegoś, więc biorę byle co, kartkę papieru, ołówek, i szkicuję. Potem często okazuje się, że to pomysł na obraz. Takich szkiców mam masę; artystycznie są mało warte, ale je zachowuję, a po latach coś ujmę, coś dodam i czasami robię z tego obraz.
 
Patrząc na obraz Nowosielskiego, który wisi tu nad drzwiami, myślę: co pana z nim łączy? Na pewno uprawia pan sztukę metafizyczną, ma pan też pasję do spraw społecznych, czuję to w pana obrazach.
 
– Zawsze byłem przekonany, że mam obowiązek zaprotestowania przeciwko różnym świństwom tego świata. Jak była antysemicka kampania w 1968 roku, to malowałem „Studia talmudyczne”. Jak zamordowali górników w kopalni „Wujek”, zrobiłem linoryt „Epitafium dla górników”. W grudniu 1970 stworzyłem linoryt, tak, ten z wywalonym jęzorem. Pani Jakimowiczowa, która robiła album polskiej grafiki, chciała go opublikować i wywalony jęzor był przez cenzurę do przełknięcia, najgorszy był tytuł „11 XII 70”. Mieli zapis na tę datę. Potem ten linoryt był jednak wystawiany wiele razy.

Nie tylko przyjaźń łączy pana z Nowosielskim, są też powinowactwa w sztuce. U pana metafizyka, religijność jest może trudniej wyczuwalna niż u Nowosielskiego, ale nawet jeśli ukryta, jest ważna.
 
– Bardzo ważna. Każdy dobry malarz uprawia metafizykę, choćby świecką. A i w samym tworzeniu jest też coś, co ma charakter religijny…
       
Stwarzanie świata?

– Malowanie to niemal rytuał chwalący Pana Boga