Bernard Werber „Imperium mrówek”

Materiały prasowe

reklama

Nie należę do przyjaciółek owadów, zwłaszcza tych, które traktują mnie jak przymusowe lotnisko albo bank krwi. I choć zdaję sobie sprawę, że są niezbędnym elementem ekosystemu, zamiast bezpośrednio mieć z nimi do czynienia, wolę je oglądać na ekranie albo o nich czytać. Ale mijając w lesie mrowisko, zawsze się uśmiecham. Po czym patrzę pod nogi z obawy, by nie rozgnieść robotnic zmierzających do swojego państwa.

Są gatunki mrówek groźne dla człowieka, dowodzi Bernard Werber. Co udowodniwszy, nadaje jednemu z wątków swojej powieści napięcie rodem z thrillera. Na dobrą sprawę jednak mógłby się obyć bez konfrontacji małych pracusiów i ludzi, bo i tak najciekawsze są relacje pomiędzy samymi mrówkami. To, jak się komunikują, jak budują swoje miasta, jak toczą wojny. Jak wyglądają mrówcza ambicja, wynalazczość, ofiarność i filozofia. Ambicja? Filozofia? Człowiek w pewnym sensie opisujący świat innych istot żywych zawsze będzie przykładał do niego znane sobie kategorie. Francuski pisarz wykazał też jednak niemało inwencji, by mrówczą rzeczywistość oddać po mrówczemu.

Zainicjowana w 1991 roku trylogia, na którą składają się „Imperium mrówek”, „Dzień mrówek” i „Bunt mrówek”, zrobiła furorę na całym świecie. Nareszcie dotarła także do nas.


przełożyła Marta Olszewska, Sonia Draga, Katowice 2008, s. 309