Archeologiczne kryminały Marty Guzowskiej. Wywiad z autorką

Marta Guzowska; fot. Maciej Parczewski, Tworcy.com.pl

O tym, jak praktykujący archeolog staje się pisarzem i dlaczego Mario Ybl nie polubił Krety, opowiada Marta Guzowska, autorka kryminałów z ekscentrycznym antropologiem w roli głównej. Do księgarń trafiła właśnie trzecia część jego przygód zatytułowana „Wszyscy ludzie przez cały czas”.

reklama

Czy pisanie to „plan B” w stosunku do archeologii?

Pracowałam jako archeolog, jeździłam z wykopalisk na wykopaliska i byłam luzakiem. Gdy urodziłam dziecko, całe moje życie się zmieniło. Z niemowlakiem nie mogłam wyjeżdżać. Wcześniej już myślałam o pisaniu, więc uznałam, że nadszedł czas. Najpierw chciałam napisać powieść przygodową – mam wiele gotowych anegdot z wykopalisk na Krecie czy w Turcji – ale w końcu postanowiłam zacząć od kryminału, który będzie się dział w środowisku archeologów, ponieważ to dla mnie najłatwiejsze, to mój świat.

I na jednym się nie skończyło…

Pisanie jest jak wentyl bezpieczeństwa, korzystam na tym ja i cała rodzina, ponieważ wszystkie negatywne emocje trafiają do kryminałów. Moje życie jest w tej chwili bardzo ciężkie (śmiech). Mam małe dzieci, próbuję ciągnąć projekty archeologiczne, piszę książki i czasami muszę coś zarobić, ponieważ jeszcze nie mogę się utrzymać z pisania. Gdy wczoraj ktoś mnie zapytał, czy mam jakieś hobby, to bardzo się uśmiałam. Dużo się dzieje, ale jestem zadowolona, bo to jest pozytywny stres.

Jakie ma pani marzenia archeologiczne?

Marzę o powrocie na wykopaliska w Grecji. Myślę, że ten moment nastąpi niedługo, ponieważ moje młodsze dziecko ma już trzy lata i będzie to logistycznie możliwe. Na pewno wrócę do epoki brązu, czyli w II tysiąclecie przed naszą erą. A konkretnie to jest mi wszystko jedno, bo cała epoka jest fascynująca.

Jak wygląda normalny dzień na wykopaliskach?

Dzień na wykopaliskach rozpoczyna się bladym świtem albo przed świtem. Zaspany człowiek maszeruje do kuchni, a jeśli jest na Krecie – do kawiarni – po kawę. Na Krecie kawiarnie są przy przystanku autobusowym, a ponieważ nigdy nie wiadomo, o której dokładnie przyjedzie autobus, to jest to bardzo dobra lokalizacja. Z kawę w ręku idzie się – albo jedzie, w zależności od miejsca – na stanowisko. Praca na wykopie trwa zazwyczaj do godzin wczesnopopołudniowych. Potem jest przerwa na prysznic, przebranie się i obiad.

Popołudnia są przeznaczone na opracowywanie zabytków. To się odbywa w specjalnym pomieszczeniu, czasami jest to miejscowa szkoła, a w Turcji na przykład są baraki dla archeologów zbudowane jeszcze w latach 30. XX wieku. Praca nad materiałem polega na tym, że studenci albo wynajęte osoby myją go, potem archeolodzy oglądają obiekty, numerują, uzupełniają dzienniki, karty zabytków. Dokumentowanie trwa dużo dłużej niż samo kopanie. Są też sezony studyjne, kiedy przyjeżdża się specjalnie po to, by opracować materiały. A wieczorem trwa życie towarzyskie… zazwyczaj do późna, mimo że nazajutrz znów trzeba się zrywać.

W posłowiu „Wszystkich ludzi przez cały czas” pisze pani, że lubi Kretę.

Ja Krety nie lubię… ja Kretę kocham! Zakochałam się w niej do szaleństwa, gdy kopałam na stanowisku Chalasmenos, na wschodzie Krety. Cierpiałam, pisząc tę powieść, bo przecież taki malkontent jak Mario nie mógł powiedzieć, że jest super i pięknie pachną zioła. Opisałam więc wiatry, złe drogi, owce na drodze, czyli coś, co mnie zachwyca, a jemu się nie podobało.

Zależało mi na tym, żeby to nie była wyspa z folderów z piękną pogodą, z błękitnym morzem i z błękitnym niebem, bo „moja” Kreta to jest taki – w pozytywnym sensie słowa – skansen ludzki. Kreteńczycy są naturalni, szczerzy w swoich uczuciach: jeżeli kogoś kochają, mogą gościć przez tydzień, a jeśli nienawidzą – będą pluć na ulicy. Naprawdę pluć, a nie tylko się krzywić. Sami Grecy uważają ich za za dzikusów. A ja marzę o tym, by kiedyś kupić w kreteńskich górach dom. I to jest moje ostatnie marzenie (śmiech).

Czy ma pani czasami dosyć Maria?

Jego nie, ale pisanie jest męczące. Czasami wydaje mi się, że nie dam rady. Zazwyczaj zaczynam od czystko archeologicznego researchu, czyli szukam faktów, które mi pasują do fabuły, i wokół tego zaczynam budować historię. Do każdej książki mam zeszyt i w takim zeszycie notuję pomysły. Zawsze mam jeden zeszyt „do przodu”. I to jest fajnie! A pisanie…

Ale przeczytałam, że jest już pani gotowa do zmiany. Porzuci pani Ybla?

Jeszcze nie. W tej chwili piszę czwartą część, która znów (podobnie jak „Głowa Niobe”) dzieje się w Polsce. Opowiada o wampirach i ma wyjść wiosną przyszłego roku. Potem powstanie jeszcze jeden odcinek, o kanibalach, który prawdopodobnie będzie się toczył w Jerozolimie. I ten piąty Ybl chyba zakończy serię. Mam pomysł na nowy temat, to będzie kryminał miejski. Mam już też w głowie nowego bohatera – on czasami nawet do mnie mówi, a ja to zapisuję. Ale na razie jeszcze pracuję nad Yblem. Nie powiem teraz, dlaczego musi wrócić do Polski, ale to się okaże dość szybko. W tej książce będą go prześladować demony przeszłości. Mario jest doskonałym antropologiem, ale w relacjach międzyludzkich bardzo słabo sobie radzi, więc nie będzie mu łatwo.

On ma jeszcze inna poważną słabość. Cierpi na lęk przed ciemnością.

To bardzo psuje mu samozadowolenie, bo słońce zachodzi codziennie i codziennie Mario musi się z uporać ze swoją fobią. To też duże wyzwanie dla mnie – w każdej książce muszę go wrzucić w tę ciemność i za każdym razem w trochę inny sposób. Teraz właśnie czeka mnie ten moment przy nowej powieści – jeszcze go nie wymyśliłam…