Elita Zabójców

fot. materiały prasowe

Gdy w obsadzie znajdują się Jason Statham, Clive Owen i Robert De Niro, wiadomo od razu, że czeka nas solidne męskie kino. I tak jest tym razem.
Danny (Statham) i Hunter (De Niro), dwaj agenci specjalni i zarazem starzy znajomi, bywali na niezliczonych polach bitwy i wychodzili już z niejednej potyczki zwycięsko. Danny postanawia jednak odejść z zawodu i rozpocząć spokojne życie. Niestety nie dane mu będzie nacieszyć się sielską egzystencją, bowiem dowiaduje się, że Hunter, jego partner i zarazem mentor, został porwany.

reklama

„Elita zabójców” to thriller sensacyjny ze wszystkimi wadami i zaletami gatunku. Jest tu sporo dobrze pokazanej akcji, film nie stara się uciekać o schematów gatunku, lecz całkiem zręcznie naśladuje to, co już zostało pokazane. Jeśli więc wybierzemy się do kina w oczekiwaniu na porządną dawkę adrenaliny, to ją dostaniemy. W przeciwnym wypadku – można wyjść zawiedzionym. Aktorsko jest tak, jak być powinno. Jason Statham jest wprost stworzony do podobnych ról i potwierdza tylko, że jest jednym z czołowych aktorów współczesnego kina akcji. Szkoda jedynie, że De Niro został mocno zepchnięty na drugi plan – aktor tej wielkości mógł zostać lepiej wykorzystany.

O scenariuszu w filmach tego typu trudno dyskutować – trzeba go przyjąć z dobrodziejstwem inwentarza. Skrypt do „Elity zabójców”, pomimo iż powstał na podstawie prawdziwych wydarzeń, pełen jest dziur i większych czy mniejszych głupot. Kwestia tylko, dla kogo jest to istotne. Z perspektywy samego seansu większe pretensje można rościć względem nierównego tempa: film zaczyna się całkiem dynamicznie, ale mniej więcej od połowy fabuła zaczyna się coraz bardziej przeciągać.

Jeśli ktoś szuka czystej rozrywki w bardziej męskim gronie to z pewnością „Elita zabójców” będzie dobrym wyborem.

Killer Elite, USA, Australia 2011, reż.Gary McKendry, Wyk. Jason Statham, Clive Owen, Robert De Niro, dystr. Monolith