„Nie ma tego złego” – recenzja

Vivarto

W swoim debiucie pełnometrażowym Mikkel Munch-Fals rozwiązuje odwieczny dylemat kina – jak wyrazić ciemną stronę człowieka, żeby nie zrobiło się za ciemno – za pomocą bardziej geometrycznego niż prawdopodobnego scenariusza. W efekcie końcowym nad „prawdą o człowieku” góruje kompozycja, iluzja wygrywa z życiem, ale jeśli się dobrze tej iluzji przypatrzeć…
Wyłączywszy klamrę kompozycyjną – sceny otwierającą i zamykającą – film „Nie ma tego złego” skupia się na czterech bohaterach, a właściwie dwóch parach: ojcu i synu oraz matce i córce. Ich losy mieszają się na zasadzie rozgrywek turniejowych, czyli „każdy z każdym”. Ostateczny wynik tego spotkania jest zaskoczeniem dla wszstkich uczestników.

Losy dwóch rodzin są symetryczne, choć nie identyczne. W obu przypadkach więź rodzinna zostaje na początku filmu na tyle poluźniona, że niemal zerwana; osamotnieni bohaterowie, wyabstrahowani ze swoich rodzinnych kontekstów, próbują na siłę znaleźć miłość wszędzie, tylko nie w domu. I tu znów zabieg schematyzujący, prosta opozycja: utracona miłość rodzinna ma być synonimem bliskości emocjonalnej; jej substytutu każdy z bohaterów szuka zaś w relacjach „czysto erotycznych”, choć wcale nie „czystych”. Wprost przeciwnie.

Przez dziewięćdziesiąt procent czasu obserwujemy więc, jak bohaterowie – patrząc na rzecz z pozycji tradycyjnego społeczeństwa, w którym seks jest akceptowalny, jeśli prowadzi do prokreacji – staczają się po równi pochyłej. Reżyser funduje nam mały katalog perwersji: zaglądamy za kulisy branży pornograficznej, wnikamy w głąb psychiki ekshibicjonisty, przyglądamy się, jak początkująca męska prostytutka przekracza swoje kolejne granice bardziej estetyczne chyba niż etyczne i – co chyba najbardziej odkrywcze i stabuizowane w tym zestawie – jak dojrzała, zachowawcza kobieta pod wpływem impulsu oddaje się żądzy.