„Skyfall”: James Bond ponownie inny

James Bond ponownie inny
Film Forum

Sam Mendes nie miał zamiaru po prostu nakręcić kolejnego Bonda. ”Skyfall” udał mu się tak dobrze, że mógłby z powodzeniem zostać zwieńczeniem całej 50-letniej serii.

James Bond ponownie inny
Film Forum/zobacz więcej w galerii

Po rewolucyjnym ”Casino Royale i nieco mniej udanym, ale też wyróżniającym się na tle grzeczniejszych poprzedników Quantum of Solace”, Agent 007 stanął na rozdrożu. Możliwości kontynuowania jego przygód było wiele, ale fani mieli chyba prawo obawiać się – szczególnie po sposobie w jaki Christopher Nolan zakończył latem trylogię Batmana – schematycznego, przeciętnego filmu, którym producenci nie ryzykowaliby za wiele. Tak się jednak na szczęście nie stało.

Jaki jest więc jubileuszowy (mija właśnie 50 lat od premiery ”Dr.No”), dwudziesty-trzeci „Bond”? Po przemianach jakie przechodził w ostatnich dwóch wydaniach może i trudno w to uwierzyć, ale jest… ponownie inny. Czy może raczej: inny jeszcze bardziej. Puryści, którzy nie mogli znieść tego jak ich ulubieniec spoważniał w ”Casino...”, na seansie Skyfallnie odnajdą się zapewne tym bardziej. Konwencję i sposób budowania fabuły zmieniono zresztą do tego stopnia, że usprawiedliwione jest pytanie, czy głównym bohaterem nie jest tutaj przypadkiem… kobieta? (Nie, nie, żadna z nowych kochanek Bonda).

Sam Mendes, reżyser m.in. American Beauty” i „Drogi do zatracenia”, zaprzeczał w trakcie zdjęć jakoby planował rezygnować wSkyfall” z części scen akcji, chcąc więcej miejsca poświęcić osobowościom bohaterów (co podobno gwarantuje nominację do Oscara). Dziś wiemy już, że kłamał. Zamiast ciągłych pościgów na ekranie widać raczej starzejącego się Bonda z siwiejącym już trochę zarostem, który w okresie udawania śmierci (nie pytajcie) zaczyna mieć problemy z alkoholem i proszkami przeciwbólowymi. Przez trzęsące się dłonie nie potrafi na strzelnicy trafić nawet w kontury narysowanego tam człowieka, a co dopiero w określone części jego ciała.

Postać Daniela Craiga rozważyłaby zapewne emeryturę, ale sytuacja wymaga od niego odłożenia tych planów na później. Częściowo z jego winy, w nieznane, terrorystyczne dłonie, wpada bowiem lista szpiegów NATO, a do tego ktoś wypowiada wojnę brytyjskiemu wywiadowi i zaczyna polowanie na jego (wypychaną za utratę wspomnianej listy na wcześniejszą emeryturę) szefową, „M.”.

Z tym wszystkim poradzić musi sobie 007, w filmie porównany do wielkiego okrętu żaglowego, którego epoka już minęła i teraz do portu odholowuje go nowoczesny, parowy statek holowniczy. Najbardziej w pracy nad ”Skyfall” podobało mi się to, jak Bond próbuje powrócić do służby w nowym świecie i uzasadnić swoje istnienie w nim, udowodnić, że może być potrzebny. Właściwie o tym jest ta historia mówił przed premierą Mendes. Widać to szczególnie, gdy Bond poznaje nowego „Q.,” swojego etatowego dostarczyciela gadżetów, którym okazuje się być… dwudziestoparoletni geniusz komputerowy (u którego „widać jeszcze trądzik”). Cóż, takie czasy.

Komputerami para się też schwarzcharakter, z którym Bond musi sobie poradzić. Ten cyber-terrorysta, doskonale zagrany przez Javiera Bardema, to jakby połączenie „Jokera” Heatha Ledgera i (niegryzącego) „Hannibala” Anthony’ego Hopkinsa. To godny i ciekawy rywal, ze względu na swoją przeszłość w pewien sposób podobny do samego Agenta 007 i dobrze znający jego bezpośrednią przełożoną. Przełożoną wyjątkowo w ”Skyfall” ważną: nie zdradzając zbyt wiele, ci z Was, którym zawsze mało było momentów z doskonałą Judi Dench na ekranie (odtwórczyni roli „M.” w już siódmym filmie z rzędu) wreszcie poczują się usatysfakcjonowani. Szkoda tylko, że akurat tym razem dialogi trochę kuleją…

Na zbyt wiele poza tym nie można jednak narzekać. No chyba, że ktoś w ogóle nie kupi tej konwencji: jeszcze mniej strzelania, jeszcze mniej seksu (trudno właściwie wskazać jakąś „kobietę Bonda”), mniej lokalizacji, więcej rozmów, obrona domowego fortu i temat miłości, ale tej matczynej? Bardzo nietypowe, ale też chyba potrzebne tej serii. Na 50. urodziny kinowego Bonda wreszcie znaleziono czas na sceny, których nie odważono się umieścić gdzie indziej (wraz z całą masą meta-aluzji i tryumfalnym powrotem klasycznego Astona Martina DB5). I za to chwała Samowi Mendesowi.

Przed napisami końcowymi pojawia się informacja, że „James Bond powróci…”, co cieszy, jeśli wziąć pod uwagę, że Skyfall” miał w którymś momencie w ogóle nie powstać przez problemy finansowe. Gdyby jednak przez jakiś smutny zbieg okoliczności kolejnego filmu o Agencie 007 miało już nie być, to – tak jak pisałem na wstępie – dzieło Mendesa bez kłopotu mogłoby przyjąć miano godnego zakończeniem serii. Te ponad dwie godziny filmu powinny na długo nasycić nawet tych najgłodniejszych nowych przygód postaci stworzonej przez Iana Fleminga.