Warszawski Festiwal Filmowy: „Samsara”

"Samsara" Rona Fricke
Hagi



Dla jednych „Samsara” będzie jak długi muzyczny teledysk w stylu National Geographic, dla innych to wyjątkowy dokument o kondycji człowieka XXI wieku.

Ci, którzy mieli przyjemność obejrzeć trylogię „qatsi” w reżyserii Godfreya Reggio, prawdopodobnie przeżyli déjà vu. I słusznie. Film nakręcony jest w podobnej formule jak tamte – mamy przed sobą kolejne, bajeczne, unikalne, ale też brutalne obrazy rzeczywistości wypełnione muzyką napisaną specjalnie przez Lisę Gerrard z Dead Can Dance, która zresztą przyjechała z zespołem na warszawską projekcję. Ron Friecke, twórca „Samsary”, który zasłynął 20 lat temu równie nastrojową „Baraką”, uczył się od najlepszych. To on przecież zrobił zdjęcia do filmu „Koyaanisqatsi” Reggio 30 lat temu. Pomysł na pokazanie świata poprzez obraz, bez słowa komentarza, tylko z muzyką w tle (Reggio do swojej trylogii zatrudnił Phillipa Glassa), nie jest więc oryginalny, ale sztuka polega na utrzymaniu uwagi widza przez niemal 2 godziny!

I to się udaje, nawet na chwilę przygotowanego do tematu widza nie dopada znużenie. Widzimy serię ujęć z 25 miejsc na świecie, które obejmują tematy narodzin i śmierci, budowy i zniszczenia, biedy i bogactwa, pracy i rozrywki. Film otwiera w jednej z pierwszych scen panorama Paganu, miasta w Birmie, które słynie z ponad dwóch tysięcy rozrzuconych po ogromnym terenie stup, a zamyka tradycyjny indonezyjski taniec Saman – taniec tysiąca rąk. Mamy tu religię, egzotykę i przedstawienie wiary w jednym. Jednak nie o wierzeniach ani o systemach wartości jest to film, a o systemach w ogóle: o komunikacji, wymianie, przekazie.

Ron Fricke zdaje się mówić: jesteśmy globalną wioską, karabiny produkowane w chińskich fabrykach trafiają nawet do afrykańskich plemion, ale jednocześnie dostępna wszędzie technologia nie zmienia świata tam, gdzie chce on pozostać nienaruszony. Afrykańskie plemiona mogą posiadać broń, ale nie wpłynie to na ich pamiętający przodków sprzed stuleci ubiór czy sposób życia. W filmie Fricke znajdziemy wiele refleksji nad współczesnością. Jedną z nich może być myśl, że jesteśmy jak systemy scalone, zawsze w sieci powiązań, skomunikowani i dostępni, do każdego można dotrzeć, a jednocześnie – jak tybetańscy mnisi – potrafimy zachować wyjątkowość.