Ewa Drzyzga: Rozmowa w toku

Ewa Drzyzga: Rozmowy w toku
Fot. Rafał Masłow

Ewa Drzyzga tym razem w roli gościa. – Istotą słuchania jest samo słuchanie. Jeśli ktoś się zwierza, to nie po to, żeby w odpowiedzi poznać moją historię – mówi.

Ewa Drzyzga: Rozmowy w toku
Fot. Rafał Masłow

Ocean spokoju… takie sprawia pani wrażenie. Czy jest pani osobą wyrozumiałą?

Pewna uczennica szkoły podstawowej zapytała mnie kiedyś, czy nie denerwuję się na swoich gości. Bardzo mnie tym pytaniem zaskoczyła. Nie denerwuję się na nich, co nie znaczy, że w ogóle nie można mnie wyprowadzić z równowagi. Niejednokrotnie denerwuję się na różne rzeczy, których doświadczam. Ale na moich gości i historie z ich życia jestem uodporniona w pozytywnym sensie. Zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym staram się kierować zasadą: „Nie daj się ponieść nerwom, nie wydawaj za szybko sądów, bo to przeszkadza w słuchaniu, a kiedy nie słyszysz, nie umiesz wybrać właściwej drogi”. Oczywiście łatwiej jest mi ją realizować w studiu niż w sytuacjach, gdy problemy dotyczą mnie czy moich bliskich.

W dyskusjach z przyjaciółmi zauważyłam pewną prawidłowość – zazwyczaj najmniej wyrozumiali jesteśmy dla tych, którzy są nam najbliżsi, a przecież to właśnie dla nich powinniśmy być ostoją, okazywać im najwięcej troski i zrozumienia. Tymczasem często wołamy: „Tobie mogę to wykrzyczeć, bo jesteś mi najbliższa! Tobie mogę to wykrzyczeć, bo ty jesteś mój ukochany!”. Im bardziej się kochamy, tym bardziej jesteśmy przekonani, że ta druga strona zniesie wszystko. Nieustannie zadziwia mnie ten paradoks.

Zdarzyło się pani, że po nagraniu programu radykalnie zmieniło się pani podejście do problemu?

Trudno byłoby mi konkretnie wskazać na taki przypadek. Nie umiem posegregować wpływów na zasadzie – to zawdzięczam szkole, to przyjaciółce, co innego bliskim, a tamto studiom, a jeszcze co innego „Rozmowom w toku”. Razem tworzy to nierozerwalny splot, w którym ciężko wyznaczyć granice. Spotkałam mnóstwo ludzi, nie żyłam w jednym miejscu czy pod kloszem. Jestem taka, a nie inna dzięki wszystkim, z którymi miałam do czynienia. Wierzę, że w dużej mierze jesteśmy zlepkiem wszystkiego, czego doświadczyliśmy w spotkaniach z innymi ludźmi. Oczywiście nie bagatelizując roli genów, wychowania rodziców i własnej wolnej woli.

Jednak w programach nieustannie dotyka pani ekstremalnych doświadczeń…

Tak, ale możesz przeczytać tysiące książek, obejrzeć tysiące seriali, spotkać się z tysiącem ludzi i nadal uważać, że doświadczenia innych nie dotyczą ciebie. Z natury jestem trochę ostrożna, niektórzy nazywają mnie cykorem, chociaż jednocześnie jestem ponoć kobietą czołgiem. Za innych dam się pokroić. Jednak przed podjęciem ważnych decyzji daję sobie czas na dłuższe zastanowienie. W tym przejawia się moja ostrożność. Może wynika ona z tego, co usłyszałam i zobaczyłam? Te ekstremalne doświadczenia, o których ludzie mi opowiadają, ich strach, łzy, ale też radość i szczęście mają na mnie niewątpliwie duży wpływ.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »