Jarosław Sokół – poprzez fikcję opowiadać o sprawach prawdziwych

Scenarzysta, tłumacz, wydawca. Na koncie ma scenariusze do takich filmów jak „Pieniądze to nie wszystko” Juliusza Machulskiego czy Bitwy Warszawskiej 1920” Jerzego Hoffmana, a także seriali „Pensjonat pod Różą, „Dwie strony medalu” i najnowszego – „Czas honoru”. Teraz zadebiutował jako autor książki, która również nosi tytuł „Czas honoru” i rozgrywa się w tych samych czasach, ale stanowi zupełnie odrębną całość. Z Jarosławem Sokołem rozmawia Monika Stachura.
– Publiczność zna tytuł z serialu, ale przecież książka to nie samo. Jak się mają do siebie?

reklama

– Chciałem napisać powieść, jeszcze zanim pojawiła się na horyzoncie sprawa serialu. Miałem pomysł na dużą sagę o czterech młodych bohaterach zrzuconych do Polski jako „cichociemni”, która śledziłaby ich losy przez niemal całą okupację aż do lat powojennych.

Przyszedł jednak moment, kiedy zaproponowałem ten materiał producentowi na serial, no i powstał serial telewizyjny, przy którym byłem zajęty od 2007 roku aż do teraz. Cały czas odgrażałem się jednak, że napiszę tę książkę. W końcu ją napisałem.

Pisząc, wracałem raczej do pierwotnych notatek niż do materiału, który rozwijaliśmy z Ewą Wencel przy scenariuszu. Wiele rzeczy nie weszło, z bardzo różnych względów (np. budżetowych) do serialu. Zżymaliśmy się nie raz na różne zmiany wątków i postaci, ale samodzielność scenarzysty jest bardzo ograniczona – taka jest rzeczywistość tej pracy i z tym się trzeba pogodzić.

– A skąd pomysł na książkę? Skąd zainteresowanie wojenną Warszawą? To bardzo warszawska książka.

– O, dziękuję bardzo. Ja z Warszawy nie pochodzę, ale pochodzi stąd cała moja rodzina. W zasadzie wróciłem do Warszawy 15 lat temu i to wróciłem w te rejony, z których dokładnie pochodzi moja rodzina, czyli na północ, na Targówek. Dziś odkrywam więc na nowo swoje korzenie. W Warszawie „się przyjąłem”. Przedtem mieszkałem w Poznaniu, z którego też nie pochodzę. W Poznaniu „się nie przyjąłem” z kolei – nie czuję żadnych związków emocjonalnych z tamtym miastem. Urodziłem się w Świnoujściu, czyli mieście, które polskie nigdy nie było.

– Wbrew opowieściom…

– Wbrew opowieściom i wbrew wysiłkom wychowawców, którzy prowadzili nas zawsze do starych zabytków piastowskich, czy do oglądania łodzi dawnych Słowian. Podobne doświadczenia mają wszyscy ludzie, którzy urodzili na ziemiach zachodnich, czyli „ziemiach odzyskanych”, jak się kiedyś mówiło.