Małgorzata Rejmer: Pisanie i pchły

Jako osoba pisząca żeby żyć, choć niekoniecznie żyjąca żeby pisać, w nieczęstych sytuacjach wieczoru autorskiego spotykam się często ze zwierzeniami publiczności, że ona też. Pisze.
Że tu ktoś coś wydrukował, tam się przymierza, tu czeka na odpowiedź, że gdzieś właśnie, późną nocą, rodzi się czyjeś debiutanckie opus magnum. Do niedawna i ja byłam po drugiej stronie barykady, bycie tamże z perspektywy czasu wydaje mi się sielankowe. To ciepłe dojrzewanie na podobieństwo radosnych drożdży, to odwlekanie, że jeszcze nie teraz, że jeszcze nie to dziełko, popełnianie niezobowiązujących tekstów o niczym, zamiast wyciskania z siebie felietonów, podobne do rozpaczliwego przetrzebiania kieszeni w poszukiwaniu drobnych.

Niepisanie osoby piszącej to nieustanne wyczesywanie z narzuty zdarzeń różnych ciekawych pcheł, które mogłyby nas zainteresować. Pchły się tresuje, umieszcza w cyrku życia i opisuje realia przedstawiania. Mówię o pchłach, bo właśnie w okolicznościach pisania kolejnej książki mierzę się z pchłami, i są to pchły trójwymiarowe, żywe, skaczące, pchły, których egzystencja sprowadza się do stołówkowania na moim ciele, kontemplowania mojej krwi. Zdarzało się bowiem, że w oknie mojego pokoiku na poddaszu pojawiał się kot domowo-podwórkowy, zdawać się mogło, zawsze zbyt chudy i za smutny, więc jesienną porą, przy hulającym wietrze, przy strugach deszczu, otwierałam mu okno, wzruszona, jak sobie zręcznie kot zszedł do mnie po dachu, z jakim wybitnym kotem mam do czynienia. Lecz wraz z wprowadzeniem się kota, zawitała też jego świta, kampania bojowa pcheł. One doceniły mnie tak samo jak kot, który upodobał sobie spanie w nogach łóżka, i ochoczo uwiły kwatery bojowe w zakamarkach materaca. Kota, ma się rozumieć, już nie ma, pchły pozostały.

Oczywiście, można sobie wyobrazić, jak bardzo potrzebowałam do szczęścia pcheł. W amoku bezsilności twórczej, z przewlekłą, absurdalną bezsennością, bardzo mi się przydała taka miła odskocznia w postaci liczenia nowych ukąszeń, polowania na pchły i ubijania ich w łazience, gdy właśnie wyskakują ze świeżo wypranego ręcznika. Wszystkie czynności, które się w takich sytuacjach robi, zrobiłam już trzy razy, ale pchły nie potrafią się ze mną rozstać. Może to pchły psychiczne, zastanawiam się czasem, siedząc przy biurku i wyciskając z siebie zdania, ale z głową wędrującą dookoła, czy coś mi nie mignęło, czy ciśnienie mi nie skoczyło. Może pcheł już dawno nie ma, zastanawiam się podczas tych długich bezsennych nocy, które kończą się o siódmej rano krótkim porwanym snem.

Zawsze mogę napisać traktat o pchłach. Albo sagę rodzinną „Pchlińscy”. Mogę napisać monolog o pisarzu, który popełnia samobójstwo, zadręczony przez nieistniejące pchły. Albo powieść dla kobiet: „Gdy Małgorzata Rejmer obudziła się pewnego ranka z niespokojnych snów, stwierdziła, że zamieniła się w łóżku w pchłę. Bardzo się ucieszyła, ponieważ uświadomiła sobie, że z taką ilością odnóży może napisać kilka książek na raz”.