Psychologia Styl Życia Seks Parenting Moda i uroda Zdrowie Przepisy Kultura Rozwój Księgarnia Sklep Cyfrowy

Andrzej Georgiew
21 maja 2010 in Sztuka by Maja Ruszpel

Mariusz Grzegorzek – Mariuszku jedziesz na maksa

Za swoje autorskie filmy zdobył nagrody w Wenecji, Monachium i Oberhausen. Jednak miejscem, które sam nazywa domem, jest dla niego teatr. O skoku głową w dół z 10. piętra, czyli autoterapii przez sztukę, mówi jeden z najwybitniejszych polskich reżyserów, mistrz psychologicznej wiwisekcji– Mariusz Grzegorzek.

Chciałeś być malarzem. Nie dostałeś się na ASP. Porażka była sromotna – nie dopuścili cię nawet do egzaminów wstępnych. Jak dziś patrzysz na tamtego siebie?

– Dziś jako pedagog szkoły filmowej, który sam egzaminuje studentów, patrząc na chłopczyka, jakim byłem wtedy – nie przyjąłbym Grzegorzka.

Dlaczego?

– Bo byłem tak zamknięty, że chyba nie sposób byłoby ze mną pracować. Pozornie oczywiście nie byłem zamknięty. W Cieszynie, w którym się wychowałem, byłem duszą towarzystwa. Wewnętrznie jednak czułem się bardzo samotny. Rozpaczliwie szukałem powszechnej akceptacji. I jak to z kompleksem niższości bywa, dorobiłem sobie do niego ideologię: udowodnię sobie i światu, że jest inaczej. Stałem się swym własnym nastoletnim kreatorem. Byłem wymyślony. Jako młodzieniec ubierałem się więc wyłącznie na czarno, interesowało mnie wszystko, co związane ze śmiercią: Spoon River, Herzog, Kafka, Plath, Bachowskie Pasje, Joy Division.

Wszystko, co mroczne, straszne?

– Tak! Byłem czarnym mnichem życia i sztuki! Byłem dzieckiem nocy (śmiech i zmiana głosu na patetyczny), a my, dzieci nocy, nie lubimy słońca i fontann, które tak cieszą młodych. Dla nas kwiat jest piękny, tylko kiedy gnije na śmietniku!

Dziś to śmieszne, jako nastolatek nie miałeś świadomości śmierci, przemijania…

– To typowe, młodzi ludzie jeszcze zanim wejdą w życie, często odczuwają dziwne liźnięcie Czarnego, fascynację śmiercią, ale taką bombastyczną, infantylną… Stąd chyba wszystkie dzisiejsze triumfy popkultury typu Marilyn Manson. Ale rodzaj psychicznej nekrofilii jest mi bliski do dziś.

Miałeś być artystą malarzem, tymczasem jest rok 1983, brzydko, ponuro, a ty studiujesz teoretyczne eseje o malarzach renesansu…

– Historia sztuki w Krakowie to była męka.

Zwątpiłeś wtedy, że będziesz artystą?

– Nie. Kiedy kończyłem historię sztuki, zrozumiałem, że czeka mnie siedzenie w galerii albo mineralizacja w muzeum. Od dawna myślałem o szkole filmowej, ale… koszmarnie się jej bałem. Obawiałem się konfrontacji z rzeczywistością do tego stopnia, że bałem się nawet dowiedzieć, na czym polegają egzaminy.

I co?

– W pewnym momencie ten strach podziałał mobilizująco. Zrozumiałem, że jak się poddam, to koniec. Powiedziałem sobie: „Mariuszku, jedziesz na maksa”. Włączyłem totalne dopalanie grożące awarią organizmu, przyjechałem do Łodzi i dostałem się za pierwszym razem. Miałem szczęście.

Jakie było drugie dno determinacji?
– Popadłem w euforię. Nareszcie mam glejt, że jestem artystą! Pokonałem ogromną konkurencję. Jestem intrygujący, niezwykły! Szybko okazało się jednak, że z tego, czym jest film, nie rozumiałem kompletnie nic. Ja, który do kina chodziłem pięć razy w tygodniu, byłem za kamerą bezradny. Chciałem, żeby świat telepatycznie wykonywał moje polecenia.

A świat nie chciał.
– Kiedy usiłowałem tworzyć swoje „arcydzieła”, aktorzy nie wiedzieli, co grać, filmowe kadry same się jakoś nie chciały ustawiać, a ktoś wbijał gwoździe za ścianą, profanując ciszę nabożnego skupienia na planie… (śmiech). Aż nastąpił wybuch. Do dziś nie potrafię zrozumieć, co się wtedy ze mną stało. Pewnego dnia pokazałem swoją pracę na zajęciach Henryka Kluby i… okazało się, że jest zła.

…pobiłeś go?

– Położyłem się na podłodze w sali i dostałem zapaści. Po prostu przestałem się ruszać. W końcu podszedł do mnie profesor, zaczął mówić: „Mariusz, wstawaj, uspokój się”. A ja nic. Leżałem tak z pół godziny. Przychodzili ludzie, coś do mnie gadali, a ja, jak te różowe króliczki w reklamie, którym skończyły się baterie, po prostu wymiękłem.

To był moment wyjścia ze skóry „czarnego mnicha”?

– Zrozumiałem, że muszę dokonać jakiegoś egzorcyzmu na sobie. I wtedy nastąpił cudowny zbieg okoliczności – życie zetknęło mnie z Wojciechem Jerzym Hasem. Pod opieką Hasa robiło się 10-minutowy film na prawdziwej filmowej taśmie. To była wielka nobilitacja! A Has był jak ja duchowym nekrofilem, też był po stronie śmierci. Poczułem bratnią duszę – jemu mogłem zaproponować coś, na co inny profesor nigdy by nie poszedł. Postanowiłem więc wykonać akcję z cyklu „głową w dół z 10. piętra na mokrą szmatę” i zaproponowałem scenariusz „Krakatau”, a Has zaakceptował ten pomysł. W tym filmie po prostu zwymiotowałem to wszystko, co mnie truło.

 

Ten czarno-biały film na taśmie 8 mm, adramaturgiczny, trwa tylko 10 minut, a podchodziłam do niego dwa razy, bo obrazy w połączeniu z muzyką są tak toksyczne…

– Musiałem te toksyny z siebie wyrzucić. Dopiero potem mogłem nareszcie wchodzić w relację z innymi ludźmi, zacząć się uczyć.

Dostałeś za ten film mnóstwo nagród w kraju i za granicą.

– Stał się czymś bardzo ważnym, przełomowym, symbolicznym. Potem nazwaliśmy tak naszą firmę produkującą filmy.

No tak – Krakatau to wulkan, przez którego erupcję doszło do jednej z największych klęsk żywiołowych w dziejach ludzkości… Jak dziś na siebie patrzysz?

– Mam poczucie, że żyję ze zdjętą skórą. Mam totalną nadwrażliwość na wszystko. To powoduje, że 15 razy dziennie wpadam w jakąś czarną dziurę, rozpacz, rozpadam się. Już nauczyłem się z tym żyć. Na początku – w młodości, w dzieciństwie – próbowałem na tym budować jakąś swoją wyjątkowość, ale szybko zrozumiałem, że za taką nadwrażliwość płaci się straszną cenę. I tym nie ma się co przechwalać. Trzeba spolegliwie nauczyć się z tym żyć.

Strony: 1 2


Rajskie ptaki w Twoim ogrodzie

Wiosna i lato to czas wyjątkowych spotkań na świeżym powietrzu. Garden party czy weekendowe przyjęcia z bliskimi na tarasie mają swój niepowtarzalny i bezpretensjonalny urok. ...

Wywiad SENSu: Joanna Brodzik

Na prośby widzów wróciła właśnie na plan szóstego sezonu serialu z cyklu „Nad rozlewiskiem”, na prośbę naszej redakcji po raz trzeci pojawiła się na okładce ...
zamknij [x]

POLECANE KSIĄŻKI