Tarnów Wilhelma Sasnala

Łukasz Gawroński

reklama

Syn Ireny i Stanisława, mąż Anki, ojciec Kacpra. Artysta malarz. Mówią o nim „głos młodego pokolenia”. „Jakiego znowu pokolenia?” – wkurza się Wilhelm Sasnal, rówieśnik Snoop Dogga, Kuczoka i Zidane’a. Jego prace kolekcjonują najważniejsi: nowojorskie Guggenheim Museum, londyńskie Tate Modern i paryskie Centrum Pompidou. A on? Nakłada bluzę z kapturem, stoi w kolejce po zapiekankę z serem, siada nad Wisłą i widzi. Normalnie wszystko widzi.

Mościce

25 czerwca 1929 r. dwie wiejskie gminy: Świerczków i Dąbrówka Infułacka, otrzymały nazwę Mościce i zostały włączone w obszar miasta. Tak było. Jeśli chodzi o Tarnów, to czuję się związany wyłącznie z dzielnicą, w której się wychowałem, czyli właśnie z Mościcami. Ich nazwa pochodzi od nazwiska prezydenta Ignacego Mościckiego, który przed wojną założył tu Zakłady Azotowe.

Mościce mają się do reszty Tarnowa trochę tak jak Nowa Huta do Krakowa. To niby‑robotnicza dzielnica, ale jednak z takim niezwykłym przedwojennym sznytem. Ujmuje mnie i z całą pewnością należę do lokalnych patriotów. Tylko ona mnie w tym mieście wzrusza. Serio. Reszta udaje Kraków, a Kraków szuka jeszcze czegoś innego. Taka większa ryba pożerająca mniejszą… A Mościce po prostu są.

Jestem bardzo wyczulony na pewne tutejsze smaki. Zachwyca mnie na przykład betonowa piękna ławka, teraz już całkowicie porośnięta mchem. Na niej data: 1929. Mościce są mocno obecne we wszystkim, co robiłem. Jest cała seria obrazów poświęcona temu miejscu. Wszystko, co było dla mnie ważne, działo się właśnie tutaj, na tym osiedlu, które można przejść spacerem. Tu urodziła się moja mama, urodziłem się ja i mój syn. Tu poznałem Ankę.

Do reszty Tarnowa czuję raczej obojętność. To nie jest niechęć, choć złe emocje potrafią być silnym motorem do działania. Często bardziej reagujesz na to, co cię wkurwia, niż na to, co cię cieszy. Coś z tym robisz. Tak czy inaczej w pewnym momencie zrozumiałem, że Mościce są
samowystarczalnym organizmem. Stacja kolejowa, szkoła, dom kultury, park, kościół, cmentarz, fabryka, szpital. Czego więcej człowiekowi trzeba?

Azoty

To zakłady chemiczne, które jeszcze do dziś funkcjonują. Kiedyś produkowano w nich nawozy, teraz robi się tu głównie rzeczy z plastiku, np. ramy okienne. Ta fabryka w okresie swej świetności dawała pracę niemal wszystkim mieszka com Tarnowa. W latach 70. pracowało w niej chyba z 15 tysięcy osób. Absolutnie wszyscy, którzy mieszkali w moim bloku, mieli z nią jakiś związek. Gdy czasami wracałem z Krakowa pociągiem osobowym, który przyjeżdżał do Tarnowa około 11 w nocy, wraz ze mną przybywali ludzie z okolicznych wsi. Na trzecią zmianę do Azotów.

Mieszkałem tak blisko tej fabryki, że nieustannie słyszałem jej szum. Dziwny, nieokreślony dźwięk. Zawsze słyszalny. Tak samo jak wszystkie eksplozje. Pamiętam opowieści mamy o wybuchu gazu i babci o tym, że jeśli jakiś syf, jakaś chemiczna chmura, ucieknie z fabryki, trzeba będzie zakrywać mokrymi kocami okna, żeby cała ta fala nie wdarła się do domu.

Mój kumpel, który pewnego dnia po raz pierwszy w życiu zobaczył Azoty, powiedział tak: „Baku. Tak musi wyglądać Baku!”. Nigdy wcześniej nie pomyślałem o tym w taki sposób. Na Azotach mieści się także biblioteka, z której może skorzystać każdy. Dostaje się taką specjalną bumagę równoznaczną z pozwoleniem na wejście. Dla mnie był to akurat pretekst do jazdy na rowerze po tym całym industrialu. Teraz wszystko się zmieniło. Jesteśmy w erze społeczeństwa informacyjnego, tak? Tak to się mówi? Nadal kontroluje się tu np. procesy chemiczne w sterowni, ale teraz jest mniej ludzi i więcej automatyki.

Technikum

Mieściło się przy fabryce. Raz do roku w trzeciej i czwartej klasie miałem tu miesięczne praktyki. Była to część programu edukacyjnego, cha, cha, cha. W pamięci pozostały mi raczej jakieś gagi niż cały ten program. Na zakładach jest tak, że zawsze dostajesz picie za darmo. Mleko albo oranżadę. Pamiętam oranżadę sodową, którą wydobywaliśmy z zamkniętych kontenerów z siatki. Jedną z atrakcji były też żółte wózki akumulatorowe. Gdy się do nich wsiadło, można było jeździć tylko do przodu lub do tyłu, bo kierownica była zablokowana. I myśmy tak jeździli, jak najdalej do przodu i jak najdalej do tyłu. W ramach wypełniania czasu.

Chodziłem do klasy elektronicznej z rozszerzonym programem informatyki. W owych czasach było to absolutne novum; pierwsza taka klasa w mieście. Ja jednak nie byłem komputerowcem. W szkole były przedmioty, których panicznie się bałem. W pewnym momencie poczułem się kompletnym outsiderem, bo interesowały mnie inne rzeczy niż resztę klasy. Byłem taki nie na własne życzenie. Tak się złożyło, że nie przystawałem do sytuacji. Miałem jakieś tam swoje inne preferencje muzyczne na przykład. Metal, muzyka alternatywna. Na dodatek któregoś dnia mój najlepszy kumpel przestał chodzić do tej szkoły. To był zupełny koniec. Nie było już nic, co by mnie tu ciągnęło.

Pamiętam swoje 18. urodziny. Straszne. Nie, to był sylwester. Zostałem wtedy w domu i o 23 poszedłem spać. Z dzisiejszej perspektywy jednak miło wspominam ten czas. Może dlatego, że niczego od tej szkoły nie oczekiwałem?

Miłym zaskoczeniem są dla mnie zawsze spotkania klasowe, bo wszyscy spadli na cztery łapy. Nikt się specjalnie nie pokiereszował, a sporo osób wróciło po studiach do Tarnowa. To naprawdę ogromna przyjemność ich spotkać. Nawet tych, z którymi nie miałem okazji się zbliżyć w szkole.

Dwa lata przed maturą zacząłem zastanawiać się nad wyborem studiów. Odwiedziłem kilka krakowskich szkół wyższych, żeby zobaczyć, jak wyglądają. Dla chłopaka z Tarnowa Kraków jest zawsze bardzo ważnym punktem odniesienia. Jeśli się w nim w ogóle znajdziesz, to już jesteś mistrzem świata. Najbardziej spodobało mi się na ASP, bo pracowali tam wykształceni ludzie, ale jacyś tacy… bez znamion naukowców. Wybrałem jednak architekturę, bo wiedziałem, że na pewno nie dostanę się na akademię.

 

Ulica księdza Indyka

Pewnego dnia musieliśmy z żoną wyprowadzić się z Krakowa z powrotem do Tarnowa, bo nie mieliśmy forsy, a perspektywy na pracę były marne. Zamieszkaliśmy w mieszkaniu po mojej babci. Ten powrót był dla mnie początkowo zupełnym absurdem. Potem jednak okazało się, że szybko się przyzwyczaiłem i mogę tak sobie w Tarnowie trwać i trwać. Gdyby nie to, że postanowiliśmy wysłać Kacpra do szkoły w większym mieście, to może zostalibyśmy na stałe. W Krakowie jest jednak więcej atrakcji. Chcieliśmy, żeby Kacper mógł z nich korzystać. W tamtym czasie w ogóle nie mieliśmy znajomych. Spotykaliśmy się tylko z rodziną. Było to bardzo przyjemne uczucie. Ludzie przestali mieć znaczenie, nie zrobiliśmy z Anką nic, żeby wrócić do starych znajomości.

Mój dziadek był tokarzem. Na Azotach przepracował 40 lat. Zmarł, gdy miałem pięć lat. Po jego śmierci moi rodzice dostali inne mieszkanie i przeprowadzili się na drugą stronę Tarnowa. Przychodzili do mnie codziennie, bo ja zostałem z babcią. To ona mnie wychowała. Babcia Anna była bardzo ważna. Jak mama, choć nie wiem, czy dobrze to zabrzmi. Mieszkałem z nią aż do jej śmierci. Była ciepła i jednocześnie surowa, choć właściwie nigdy nie było takiej sytuacji, żeby mi czegokolwiek zabraniała. Miałem absolutnie wolną rękę i może przez to nigdy nie nadużyłem jej zaufania i nie chuliganiłem? Jestem pełen sentymentów, jak sobie o tym wszystkim teraz pomyślę. Pamiętam zapach mydła w szafie babci, w tym mieszkaniu przy Zawadzkiego. Od 1989 roku ulica ta nazywa się Księdza Indyka, od nazwiska proboszcza parafii. Księdza Indyka, masz pojęcie? Czasem, gdy za granicą podawałem komuś swój adres, zamieniałem Indyka na Induka, ale i tak wszyscy wiedzieli, jaka jest ta ornitologiczna prawda.

Dom kultury

Foto: Łukasz Gawroński

Oczywiście, jak wszystko na Mościcach znajduje się bardzo blisko mojego bloku. Dosłownie 5 minut. Tu w ogóle całe życie toczy się w promieniu 10 minut. Dom kultury to niesamowity, piękny obiekt architektoniczny. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Wszystkie te miejsca są bardzo zaniedbane, lecz jednocześnie unikalne. Czuję wciąż, że jest to doskonały obszar do poszukiwań w sztuce. Wciąż wracam do tych wszystkich mościckich wątków. Im więcej podróżowałem, tym bardziej lubiłem tutaj wracać. Myślałem wtedy: „Kurcze, jakie to jest miejsce… Egzotyczne. Cały czas takie samo jak kiedyś. Nigdy mi się tu nic złego nie stało”. Jeśli miałbym nakręcić film, to właśnie tutaj.

Park

Mościce zostały zaprojektowane tak, aby mieszka cy jak najmniej odczuwali negatywne skutki oddziaływania Zakładów Azotowych. Stąd dużo zieleni oraz park. Spotykam się w nim z dwoma serdecznymi kolegami z podstawówki: Markiem i Wojtkiem. Obydwaj pracują na Azotach.

Zazwyczaj nie wchodzę w jakieś lokalne sytuacje, ale zgodziłem się na spotkanie w Towarzystwie Przyjaciół Mościc. To było dla mnie ważne, również przez to, że ci wszyscy ludzie to znajomi mojej mamy z dzieciństwa. Tato przez długi czas nie mógł zaakceptować tego, czym się zajmuję. Uważał, że malarstwo to niepewna przyszłość. Gdy zdawałem na ASP, nic rodzicom nie powiedziałem. Dopiero jak już byłem na liście, poinformowałem ich, że kończę z architekturą (studiowałem ją przez dwa lata). Jakoś to przeżyli. Teraz są oczywiście bardzo dumni. Miałem nawet to wielkie szczęście, że zacząłem pracować dopiero na czwartym roku studiów. Wcześniej rodzice dawali mi pieniądze na utrzymanie i było to dla mnie bardzo ważne. Taka olbrzymia ulga, bo miałem czas na studiowanie, na malowanie, na poznawanie sztuki. Jestem im za to wdzięczny.