Urządzanie siebie: wywiad z Agnieszką Glińską

Kampania Zabierz Laske do kina/FB TEATR STUDIO

„Punktem zwrotnym w moim życiu okazała się ciężka depresja i próba wyjścia z niej” – reżyserka Agnieszka Glińska w rozmowie z Robertem Rientem opowiada o procesie terapii podobnym do gruntownego remontu domu.
Dyrektorowanie, reżyserowanie, aktorstwo – co z tego jest najprzyjemniejsze?

reklama

Reżyserowanie, bo to ważne spotkania z ludźmi. Proces jest najcenniejszy, codzienne próby i wszystko, czego w ciągu pracy się dowiadujemy o sobie nawzajem, to cała przygoda. A potem spotkanie spektaklu z widzami.

Ma pani szczęście do ludzi?

To się dzieje naturalnie, ludzie się jakoś wyczuwają. Intuicyjnie przecież wiemy, z kim chcemy się zadawać. Kiedyś ufałam intuicji w dużo mniejszym stopniu. W pewnym momencie doszło do mnie, że jeśli nie chcę z kimś utrzymywać kontaktów, to nie warto. Poziom relacji, czystości komunikacji między ludźmi, swobodnego przepływu energii – jest dla mnie najważniejszy. Nigdy nie jest idealnie, ale troszczę się o to, by w pracy było czyste pole. Bez tego mnóstwo radości twórczej, zapału i potencjału się eliminuje. Lubię wymianę i lubię pracować, jak jest miło. Nie umiem egzystować w napięciu i w konfliktach. Wierzę, że atmosfera, w jakiej powstaje spektakl, przekłada się na efekt.

Od zawsze miała pani takie podejście?

Na początku było to nieświadome i wynikało z lęku, by nie stworzyć sobie warunków, w których słabo funkcjonuję. Myślę, że umiem wyczuwać ludzkie nastroje, napięcia, potrzeby. To, co robię w teatrze, jest dla mnie sposobem na życie, czy raczej formą spędzania życia. A skoro tak, to dlaczego nie sprawić, by było z tego jak najwięcej korzyści dla wszystkich? Nie jakichś spektakularnych, ale tych tzw. ludzkich.

Kiedyś wracałam z córką z przedszkola i ona powiedziała: „Zobacz, mamo, wszyscy ludzie są tacy sami, a każdy jest inny”. Codzienne uświadamianie sobie tego, budowanie więzi, relacji na różnych dystansach ma sens. Do tego dochodzi spotkanie z literaturą, z autorem, z bohaterami i ich problemami, motywacjami, lękami, marzeniami. To ciągłe poruszanie się w tej najbardziej skomplikowanej machinie, jaką jest człowiek.

„Tradycjonalistka”, „reżyserka teatru środka”, „autorka sztuk zgrabnych”, „matka stołecznych teatrów” – pani się przywiązuje do którychś z tych określeń?

Nie, i nie lubię ich. To medialna potrzeba, nie uważam, by te określenia cokolwiek wyjaśniały, raczej ograniczają. By z tego, co o mnie powiedziano lub napisano, się wyzwolić, muszę stoczyć walkę, by dla samej siebie wiedzieć, jak jest naprawdę.

Szefuję teraz publicznej instytucji, siłą rzeczy staję się osobą publiczną, to trudne, nie zawsze mi to wychodzi. Trzeba mieć w pogotowiu różne twarze do różnych sytuacji. Znosić to, że media tworzą jakiś mój obraz, i nie mam na to wpływu. Na szczęście bycie dyrektorem to tylko etap, nie traktuję tego jak dożywocia. Myśl, że nie wiem, gdzie będę za parę lat, uspokaja mnie, lubię to uczucie.

Kiedy się pani urodziła, mama miała 18 lat, a tata – 19. Jak na obecne realia, byli młodymi rodzicami. Jak wpłynęło na panią dzieciństwo?

Każdy tak ma, że te bardzo dobre i te złe strony życia oraz to, jak się z nimi zmagamy, jest zakorzenione w tym pierwszym okresie. Moi rodzice są wspaniałymi, mądrymi ludźmi. Gdy się urodziłam, byli młodziutcy, często zastanawiam się, jak w ogóle dali radę. To, co od nich dostałam, daje mi siłę, to, czego nie dostałam, jest katalizatorem moich zmian.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »