Slow traveling

fot.123rf

Woli samotną włóczęgę niż zorganizowane podróżowanie nowoczesnymi środkami transportu. Bo w wędrówce liczy się możliwość poznania siebie, a nie odhaczanie kolejnych miejsc. Łukasz Supergan opowiada o swoich pielgrzymkach i idei slow travelingu.
Co sprawiło, że agnostyk ruszył w czteromiesięczną pieszą pielgrzymkę z Polski do Santiago de Compostela?

reklama

Chyba piątego dnia mojej pielgrzymki, gdzieś w okolicach Włocławka, przyjęła mnie na noc rodzina. Zapytali, w jakiej intencji idę na tę pielgrzymkę. Powiedziałem, że robię to z samej ciekawości. Nie potrafili tego zrozumieć.

A może twoją intencją było poznać siebie?

Było. Ale im chodziło o intencję religijną. Jestem agnostykiem, ale traktowałem to jako pielgrzymkę – wewnętrzną i zewnętrzną. Drogę, która mnie zmieni. Maszerowanie do jakiegoś celu to pretekst, by się wyciszyć i wpaść w pewien rytm. Jak podczas medytacji. Do głowy napływają różnorakie myśli, refleksje. Drogę pokonuje się nie tylko nogami, ale i… głową. Długi marsz sprzyja zadawaniu sobie pytań.

Zrobiłeś więc 12 milionów kroków w głąb siebie?

Tak bym to ujął. Tyle zrobiłem kroków w ciągu roku – idąc do Santiago, a potem wzdłuż łuku Karpat i zimą 850 kilometrów szlakiem Słowacji.

Dlaczego piechotą? Bo wolniej idziesz i więcej zauważasz?

To prawda, ale nie do końca. Bo w każdej sekundzie życia dostajemy podobną ilość kilobajtów informacji. Chodzi o uważność. Idąc wolno, w każdym miejscu spędzasz więcej czasu. Pięć razy więcej, niż np. gdybyś jechał rowerem. Każde z mijanych miejsc nabiera więc większego znaczenia. To taki slow traveling – z ilości przechodzisz w jakość.

W cztery miesiące można by objechać dookoła świat, a ja tylko przeszedłem kilka krajów. Pędząc wokół globu, zobaczysz co prawda więcej, ale nie zrozumiesz zbyt wiele. A idąc wolno, masz taką szansę – możesz absorbować świat całym sobą. Zapamiętujesz detale. Mnie w głowie utkwiła reklama przedstawiająca alpinistę, który stał na grani. Podpis: „Nieważne, co będzie za 20 lat. Ważne, co będzie za 20 kroków”. Wybrałem się na pieszą pielgrzymkę, bo tak naprawdę dotychczas nie poznałem swojego kontynentu. A taka wędrówka to sposób, by spotkać Europę nieznaną, prowincjonalną, a nie jej atrakcje turystyczne. Chciałem też nawiązać do tradycji sprzed wieków. Taki pielgrzym, który w XII wieku szedł do Santiago, ruszał piechotą z własnego progu domu – ja także wyszedłem z plecakiem, przed siebie, prosto z mieszkania w Warszawie.

Co się w tobie zmieniło w efekcie tej wędrówki?

Dużo. Nie stałem się nowym człowiekiem, ale nauczyłem się nowych rzeczy. Lepiej poznałem Europę, poczułem, że jestem częścią czegoś większego – częścią wspólnoty ludzi, którzy idą szlakiem do Santiago. Chociaż dopiero na południu Francji zacząłem spotykać ludzi na trasie. Te pierwsze trzy miesiące przez Polskę i Niemcy to był „rozbieg” – zero wędrowców. Musiałem za to walczyć z deszczami – dopiero we Francji mogłem wysuszyć rzeczy – i ze swoimi słabościami. Poczułem, co znaczy tak wielka odległość – zmęczenie psychiczne monotonią czasami wbijało mnie w asfalt. Nabrałem pokory do drogi, do trudności, jakie ona stawia. I dzięki temu, tam w Hiszpanii, mogłem doznać jakiegoś katharsis.Spotkałem wielu pielgrzymów i dowiedziałem się, dlaczego inni to robią. Najczęściej są to ludzie, którzy wychodzą na drogę, by się z czymś zmierzyć, uporać.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »