Przyszłość wyczytana z liści koki

Antoni Konopka

Jeszcze 50 lat temu Indian nie wpuszczano tu na główne place miast. Do dziś wiele się zmieniło, ale Indianie ciągle są w Boliwii pariasami. Kiedy minister sprawiedliwości Celima Torrico pojawia się w parlamencie ubrana w tradycyjny strój Quechua, jest lżona na sali obrad przez białych kolegów posłów. A jednak wśród rdzennych mieszkańców Boliwii budzi się długo uśpiona duma ze swych korzeni

reklama

Siatka wąskich nieasfaltowanych uliczek tonie w błocie. Bezdomne psy węszą w stertach plastikowych siatek i butelek. Obładowani wszelkim towarem przekupnie sprawnie lawirują pomiędzy trąbiącymi, niemiłosiernie zatłoczonymi minibusami. Wszechobecne baraki, warsztaty, sklepiki i kioski przywodzą na myśl rupieciarnię. Bure fasady stłoczonych domków, budowanych naprędce z pustaków lub z cegły adobe z wymieszanej ze słomą gliny, sprawiają przygnębiające wrażenie.

W tym oceanie chaosu dom doñi Rosarii Quispe w mieście El Alto to oaza schludności i spokoju. Z okien roztacza się panoramiczny widok na Kordylierę Real i pokryty wiecznym śniegiem szczyt Illimani (6439 m n.p.m.). W dole migoczą światełka La Paz, najważniejszego miasta Boliwii.

Zielonkawe ściany udekorowane są girlandami z papieru toaletowego, siedzące w skromnie umeblowanym saloniku kobiety niespiesznie popijają napar z liści koki. Narzucone na ramiona wełniane szale phullu chronią przed przejmującym chłodem: po położonym na wysokości 4 tys. m El Alto wieczorami hula mroźny wiatr, a nocą temperatury spadają poniżej zera o każdej porze roku.

Rozłożyste, wielowarstwowe i kolorowe spódnice pollera z kilkoma halkami pod spodem sprawiają, że wszystkie kobiety wyglądają na o wiele grubsze, niż są. Nieśmiało zerkają spod ciemnozielonych, brązowych lub czarnych meloników, z wprawą zatkniętych na czubku głowy. Wszystkie mają kruczoczarne włosy, czesane z równym przedziałkiem i związane na plecach w warkocze kłaczkiem czarnej wełny.

Z czasem zarówno to uczesanie, narzucone przez wicekróla Toledo w XVI w., jak i strój wprowadzony
200 lat później przez Karola III, stały się nieodzownym elementem tożsamości Indianek Ajmara. To dwumilionowe plemię, spadkobierca najstarszego na zachodniej półkuli imperium Tiahuanaco (600 r. p.n.e – 1200 r. n.e.), zamieszkuje dziś najbiedniejszy kraj Ameryki Południowej. Indianie stanowią w nim 65 procent ośmiomilionowego społeczeństwa.

Foto: Antoni Konopka

Na dachu świata

50-letnia doña Rosario osiedliła się blisko 30 lat temu w liczącym milion mieszkańców El Alto. Kiedyś było dzielnicą nędzy na przedmieściach La Paz, a dziś jest najprężniej rozwijającym się w Boliwii ośrodkiem. Na własnej skórze doświadczyła po przyjeździe szoku kulturowego, daleko wykraczającego poza zwykłe trudy związane z migracją ze wsi do miasta. To dlatego teraz organizuje w swoim domu grupę wsparcia dla kobiet. Wie bowiem dobrze, co przeżywają spotykające się co tydzień w jej saloniku sąsiadki, które właśnie przybyły z wiosek porozrzucanych po Altiplano. To rozległy płaskowyż położony w samym sercu Andów, o wyjątkowo nieprzyjaznym dla człowieka środowisku. Intensywne słońce, ekstremalna susza, rozrzedzone powietrze i rozgwieżdżone niebo, które zapowiada mróz i unicestwienie zbiorów w ciągu jednej nocy.

80 procent mieszkańców Altiplano żyje w skrajnej nędzy za 6 boliviano dziennie (0,50 euro). Bez prądu, dostępu do czystej wody i podstawowej opieki zdrowotnej. Stąd najwyższa w całej Ameryce Łacińskiej umieralność matek i dzieci (602 na 100 tys. połogów i 69 z tysiąca dzieci poniżej piątego roku życia), która czterokrotnie częściej dotyka wieś niż miasto.

Dostęp do edukacji jest równie mocno ograniczony. Choć oficjalnie państwo zapewnia wykształcenie do 17. roku życia, z czego pięć pierwszych klas jest obowiązkowych, w praktyce szkoła nie dociera do jednej czwartej wiejskich dzieci. A nawet jeśli we wsi jest szkoła, często realizuje program tylko trzech pierwszych klas. To dlatego analfabetyzm w rejonach wiejskich jest niemal dwukrotnie wyższy od 13-procentowej średniej krajowej.

 

Foto: Antoni Konopka

Przeżycie w tak skrajnie trudnych warunkach jest możliwe dzięki organizowaniu się w samowystarczalne wspólnoty indiańskie ayllu. Oparte na wzajemnej pomocy i wspólnie podejmowanych decyzjach w zasadzie nie znają pieniądza. Indianie razem uprawiają kukurydzę, jęczmień i quinoę, komosę ryżową o wspaniałych wartościach odżywczych. A także 250 odmian ziemniaków o wszelkich kształtach, rozmiarach i kolorach: od różowych i żółtych po fioletowe i czarne. Udomowienie tej pożywnej bulwy 7 tys. lat temu przypisuje się właśnie przodkom Ajmara, którzy do perfekcji opanowali również jej przechowywanie: zamrożony czarny ziemniak chuño nadaje się do jedzenia nawet przez osiem lat!

Lamy i alpaki hodowane na szaroburym pustynnym stepie, gdzieniegdzie tylko pocętkowanym żółtymi kępkami krzaków, dostarczają wełny, mleka i mięsa, a ich odchody wykorzystywane są na opał. Jednak mimo ciężkiej pracy Indianom głód często zagląda w oczy: spożywają raptem 1800 kalorii dziennie, a ponad połowa ich dzieci jest chronicznie niedożywiona.

Bije ze strachu

Nie dziwi więc to, że aż 2,5 mln Boliwijczyków wyemigrowało z kraju, a wielu przeniosło się do miast w poszukiwaniu lepszych warunków życia. Tymczasem przeprowadzka oznacza prawdziwą rewolucję w tradycyjnych stosunkach rodzinnych.

– Kobieta w naszej kulturze całkowicie podlega mężczyźnie. Ma być mu posłuszna, cicha, łagodna i zdolna do wyrzeczeń, ma rodzić dzieci i zajmować się domem. W mieście jednak siłą rzeczy ten model ulega zmianie – tłumaczy doña Rosario. – Dopóki mój mąż Valentin Rodriguez nie znalazł pracy, ja przez trzy lata utrzymywałam całą rodzinę. W zamian za pokój oraz odrobinę jedzenia dla trójki dzieci sprzątałam biura organizacji pozarządowej, a rano i wieczorem na targu sprzedawałam soki. Pracowałam od 5 rano do 10 wieczorem siedem dni w tygodniu.

Foto: Antoni Konopka

Dziś w Boliwii pracuje 44 procent kobiet, czyli dwa razy więcej niż 30 lat temu. Jednak nadal zarabiają zazwyczaj o połowę mniej niż mężczyzna na tym samym stanowisku. Tylko 7 procent Boliwijek marzy o byciu wyłącznie gospodynią domową, a aż 60 procent ma aspiracje zawodowe – kiedyś sytuacja nie do pomyślenia! Mężczyzna przestał być jedynym żywicielem rodziny, co popiera większość kobiet przekonanych, że to zadanie dla obojga małżonków.

– Naszym mężom niełatwo jednak pogodzić się z tymi zmianami – wzdycha Rosario. – Choć nie mieliśmy czego do garnka włożyć, Valentin wcale nie chciał, żebym pracowała! Wieczorami bił mnie, bo bał się, że się od niego uniezależniam. Nasi mężczyźni to wielcy macho – uśmiecha się smutno. – Biją, żeby zaznaczyć nad nami władzę i potwierdzić swą męskość. Każda rodzina tutaj przez to przechodzi – dodaje.

Choć Boliwia jako pierwsza podpisała w 1994 roku Konwencję Organizacji Państw Amerykańskich o zapobieganiu, karaniu i eliminacji przemocy wobec kobiet, problem dotyczy aż siedmiu kobiet na 10. – Pokutuje model silnego, dominującego, seksualnie sprawnego samca. Tutejszy mężczyzna to stawiana na piedestale mieszanka króla i wałkonia – ocenia Isabel Zabrana, zajmująca się w sądzie federalnym w La Paz skargami prześladowanych kobiet. – To między innymi dlatego gwałt w rodzinie nie jest uważany za zbrodnię, a gwałciciel, który ożeni się ze swoją ofiarą, nie zostanie ukarany. Niski status społeczny kobiety ma swoje odzwierciedlenie również w prawie rodzinnym, które stanowi, że osoba występująca o rozwód z powodu okrutnego traktowania nie dostanie go, jeśli jej „wykształcenie i sytuacja życiowa” za tym nie przemawiają.

Pogardzana za strój

– Kobiety przywiązane do swych indiańskich korzeni spotykają się z dyskryminacją na tle rasowym o wiele częściej niż mężczyźni – wyjaśnia Evelin Ágreda, wiceminister ds. płci w rządzie Evo Moralesa, wybranego dwa lata temu pierwszego indiańskiego prezydenta w historii kraju. Minister sprawiedliwości Celima Torrico sama doświadcza tej podwójnej dyskryminacji. Bywa lżona, a nawet bita na sali obrad przez kolegów parlamentarzystów pochodzenia europejskiego, kiedy pojawia się ubrana w tradycyjny strój Indian Quechua, spadkobierców Inków, którzy stanowią dziś 30 procent ludności Boliwii. Głęboka pogarda wobec Indian to przejaw kolonialnej spuścizny. Władza bowiem od 500 lat spoczywała w tym kraju w rękach białej „elity”. „Indianie to zaledwie juczne zwierzęta, nieszczęsne i nikczemne” – miał oświadczyć prezydent Bautista Saavedra, który rządził Boliwią w latach 1920–25.

 

Pod względem nierówności społecznej Boliwia zajmuje pierwsze miejsce w Ameryce Łacińskiej i siódme na świecie. Aż 64 procent bogactw kraju nadal należy do 1,2 mln białych Kreoli, którzy stanowią tylko 15 procent społeczeństwa. 80 lat temu zdarzały się tu jeszcze przypadki wyłupywania oczu potrafiącym czytać Indianom a jeszcze 50 lat temu nie wpuszczano ich na główne place miast. Dziś wciąż zakazuje im się wstępu na niektóre baseny.

Gdy doña Rosario idzie ulicą, dziwi ją, gdy jakiś przechodzień o białym kolorze skóry zepchnie ją z chodnika. Zaskakuje ją nie sam akt przemocy, ale to, że w ogóle ją dotknął…

Foto: Antoni Konopka

Koka to nie kokaina

Wśród Indian budzi się długo uśpiona duma ze swych korzeni, wzmacniana takimi posunięciami prezydenta Moralesa jak wprowadzenie wobec funkcjonariuszy państwowych obowiązku znajomości przynajmniej jednego języka tubylczego – oprócz urzędowego hiszpańskiego. Coraz silniejsze indiańskie ruchy społeczne są zdolne obalić niepopularnych prezydentów (Gonzalo Sáncheza de Lozadę w 2003 r. i Carlosa Mesę w 2005 r.).

Mogą też wymusić wycofanie się z kraju firm międzynarodowych odpowiedzialnych za kilkusetprocentowy wzrost cen wody. Coraz śmielej protestują także przeciwko naciskom USA na eliminowanie upraw koki, surowca do wyrobu kokainy. Dla Ajmara bowiem koka to święta roślina, bogaty w witaminy, sole mineralne i proteiny dar bogów. Wciąż używana w odległych wioskach jako środek wymiany koka jest podstawą rytuałów leczniczych i egzorcyzmów. Przed podróżą zakopuje się w ziemi jej listki, by zapewnić sobie opiekę żyjących wysoko w Andach przodków. A w górach wsadza się ją pod kamień, by zjednać sobie przychylność mieszkających tu duchów apu. Ofiary z koki są niezbędne dla pomyślnych siewów i zbiorów, a każdemu spotkaniu towarzyszy jej wspólne żucie.

– Amerykanie chcą, żebyśmy nie uprawiali koki, a przecież ona była częścią naszej kultury, na długo zanim USA w ogóle powstały! My żujemy kokę, tak jak Amerykanie piją kawę – oburza się Leonida Zurita-Vargas, szefowa narodowego stowarzyszenia kobiet wiejskich Bartolina Sisa.

Matka Ziemia skuteczniejsza niż Bóg

– Choć moja 25-letnia córka Esperanza nie nosi już pollery, tylko dżinsy, ona też wierzy szamanowi, kiedy ten wróży jej przyszłość z liści koki – opowiada doña Rosario. – A gdy budowała dom, zgodnie z tradycją zakopała pod nim zasuszony płód lamy, by zapewnić sobie życzliwość i ochronę Pachamamy.

Według Ajmara to właśnie owa bogini ziemi, płodności i obfitości ustanowiła porządek świata oparty na szacunku do natury i jej zasobów. Gdy gwałci się ustanowione przez nią prawa, mści się, zsyłając epidemie, grad i susze. By pozostawać z nią w dobrych stosunkach, doña Rosario i jej córka zawsze odlewają na ziemię pierwsze krople napoju w geście zwanym t’inka.

Indianie, którzy przeszli na katolicyzm, są przekonani, że utożsamiany ze Słońcem Bóg za mało ingeruje w ich życie. Chętniej zwracają się więc o pomoc do Ekeko, dobrodusznego bóstwa bogactwa. Podczas święta alasitas, przypadającego 24 stycznia, składają mu w ofierze miniatury samochodów, domów i walizek, papierowe dyplomy oraz pieniądze – to, czego najbardziej im brakuje. Spowite oparami dymu z kopalu, podobnej do bursztynu żywicy z drzew tropikalnych, Rosario i Esperanza zanoszą modły do Pachamamy. Powierzają jej swoje ukryte marzenia. Oby wreszcie się ziściły!

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »