Zrelaksowana mama

fot.123rf

Warto sobie uświadomić, że każda chwila niesie wybór pomiędzy tym, co nas niszczy, wprowadza w nasze życie chaos, a tym, co nas buduje i zaprowadza w nas ład. I to od nas zależy, co wybierzemy – mówi psychoterapeutka Krystyna Łukawska, autorka internetowych warsztatów dla mam.
Mama bywa zapracowana, zmęczona, zestresowana, zdenerwowana, ale zrelaksowana? To niemożliwe, zwłaszcza jeśli ma małe dzieci.

reklama

Warto się zastanowić, co to znaczy zrelaksowana mama. Na pewno nie jest to mama, która się nie stresuje. Wszyscy się stresujemy, mama też i nie ma co się łudzić, że stresu unikniemy. Nasze życie staje się bowiem coraz bardziej intensywne. Zrelaksowana mama to jest taka mama, która – po pierwsze – umie radzić sobie ze stresem, a nie taka, która nie przeżywa stresu. Czasami mamy skarżą się: „Nie mogę przestać się niepokoić, nie umiem się nie martwić”. Odpowiadam im: „Też się przejmuję, denerwuję, wszystkie to robimy”. Choćbyśmy nie wiem jak miały zaawansowane kariery, to jeśli mamy dzieci, rodzina pozostaje w centrum naszego życia i bywa źródłem niepokoju. Ale przede wszystkim jest źródłem satysfakcji! Bycie mamą to coś najlepszego, co mogło nam się przytrafić. Jednak żeby móc czerpać z tego doświadczenia radość, trzeba ją świadomie budować. Zrelaksowana mama to – po drugie – mama, która daje sobie prawo do tego, żeby zadbać o siebie. A więc nie czuje się winna, kiedy zostawia dziecko pod dobrą opieką i wychodzi z domu, żeby poćwiczyć, spotkać się z przyjaciółką, zrobić coś, co przynosi jej przyjemność. Ale najważniejsza dla osiągnięcia stanu prawdziwego zrelaksowania jest umiejętność BYCIA, a nie tylko działania.

Mamy relaksują się na przykład rozmowami na Facebooku.

I to nic złego. Jeśli chcę być zrelaksowaną mamą, to regularnie robię coś dla siebie, niezależnie od kontaktów z dzieckiem, na przykład korzystam z Internetu. Warto jednak wiedzieć, że walutą, jaką płacimy za korzystanie z Internetu, jest nasza uwaga. Badania z 2008 roku – teraz prawdopodobnie te liczby są jeszcze większe – pokazują, że przeciętna osoba pochłania 34 gigabajtów informacji dziennie, co przekłada się na 100 tysięcy słów, przy czym 1 gigabajt to na przykład symfonia albo pełnometrażowy film. Codziennie pochłaniamy taką ilość informacji! Badania pokazują, że Internet, dostarczając mózgowi nieustannej stymulacji, powoduje rodzaj chemicznego uzależnienia. Wydziela się wtedy dopamina wywołująca uczucie przyjemności, więc chcemy to robić. Nie zatrzymamy rozwoju technologii, nie ma sensu jej potępianie, sama jestem jej wielką fanką. Trzeba tylko nauczyć się z niej korzystać. Ja też lubię pobyć na Facebooku, ale pod koniec dnia zadaję sobie samej pytanie: „Co przyniosło mi balans, spokój, radość, szczęście?”. I żeby na to odpowiedzieć, konieczne jest: BYCIE.

Co to takiego?

To umiejętność uwolnienia się od presji czasu i pośpiechu, którym wszyscy nieustannie ulegamy. Doskonale pamiętam tę presję. Dzwoni do mnie przyjaciółka, a ja pytam: „Czy to coś ważnego, bo nie mam czasu. Dziecko o coś mnie prosi, a ja je poganiam: „Tylko szybko, bo się spieszę”. A ile czasu zajmuje wysłuchanie pytania dziecka? 30 sekund? Pośpiech to fałszywa koncepcja na życie. Alternatywnym rozwiązaniem jest uczenie się BYCIA. Ćwiczenie tej umiejętności zajmuje naprawdę niewiele czasu, wystarczy 30 sekund, minuta na godzinę przeznaczona na zatrzymanie się i świadome oddychanie. W sumie daje to kilkanaście minut BYCIA w ciągu dnia. To naprawdę nic w porównaniu z czasem, który przecieka nam przez palce. Badania neuropsychologiczne pokazują, że do tego, aby można tworzyć, być kreatywnym, trzeba przeplatać działanie BYCIEM.

Czyli odpoczynkiem?

Nie do końca. Słowo „odpoczynek” kojarzy się z aktywnością fizyczną – jedziemy na narty, na rower, biegamy. To, oczywiście, jest odpoczywanie ważne i potrzebne dla naszego rozwoju. BYCIE to jednak coś więcej. To moment zatrzymania naszego umysłu, nieidentyfikowanie się z wszystkimi myślami, jakie przelatują nam przez głowę, co pozwala zauważyć, że niektóre z nich są po prostu głupie i nie warto się w nie wciągać. Trzeba pamiętać, że 40 procent naszego działania jest działaniem nawykowym. A to znaczy, że reagujemy nie tak, jak wymaga tego sytuacja, często nawet nie tak, jakbyśmy chcieli, tylko tak, jak mamy to wdrukowane przez wychowanie, edukację, przyzwyczajenia.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »