Jak wyzwolić umysł

Jak wyzwolić umysł

W życiu ciągle zabiegamy o pewne rzeczy, a jak się nie udaje, przeżywamy rozczarowanie. Tak działa uwarunkowany umysł. Czy można go okiełznać? Tak! Wystarczy pozwolić rzeczom, by były, jakie są.
Jak wiadomo, jedną z gier, w jakie gramy w życiu, jest poszukiwanie przyjemności i unikanie cierpienia. Temu podporządkowane jest nasze codzienne działanie, stąd biorą się też wszystkie etykietki, czarne–białe, dobre–złe. Umysł „staje na głowie”, żeby przeprowadzić nas możliwie najbezpieczniej przez teren oznaczony zasadniczo dwoma znaczkami: plusem i minusem. Codziennie zbieramy punkty, sumujemy. I albo oddychamy z ulgą, albo cierpimy i szukamy sposobu, jak rozwiązać problem (czyli znów główkujemy). Czasem przypominamy sobie o filozofii stoickiej albo o szkołach wschodnich, o zen. Ale na ile podobne podejście może się sprawdzić dzisiaj?

Tak naprawdę stan, w którym nie pożądamy, nie unikamy i nie walczymy, to przekroczenie ego, czyli… oświecenie. Człowiek Zachodu czuje się z tym pojęciem nieco niezręcznie – kojarzy mu się ono z odosobnieniem w jaskini, lewitacją… Całkowitym oderwaniem od życia, ziemskich spraw. A chodzi „po prostu” o niedualną (nieuwarunkowaną) świadomość. O stan czystej obecności. Wyzwolenia. Filozof Peter Fenner nazywa ten stan „promieniującym umysłem” .

Umysł, który się stara

Fenner to człowiek Zachodu, który uwierzył, że wschodnią mądrość można praktykować na co dzień. Przekroczyć podziały umysłu, porzucić jego batalie. Jako doktor filozofii wykładał na uniwersytetach w Australii i USA. Sporo czasu spędził w Nepalu i w Indiach – poznał tamtejszych lamów, studiował zen, został nawet mnichem. Ale po paru latach zwrócił ślubowania, by zgłębiać zachodnie metody leczenia, psychoterapię. Dlatego stworzony przez niego kurs „Promieniującego umysłu” opiera się zarówno na wschodniej duchowości, jak i zachodniej psychologii. Fenner jest przekonany, że stan niedualnej świadomości dostępny jest każdemu. Że dzięki uważności, obecności możemy demaskować i rozmontowywać źródła naszych frustracji i cierpień. Jego zdaniem nieuwarunkowana świadomość jest ostatecznym celem wszelkich ludzkich dążeń. Nawet jeśli sami ludzie o tym nie wiedzą…

Wszyscy chcemy osiągnąć stan, w którym nasze potrzeby będą zaspokojone. Dlatego uwarunkowany umysł wciąż podejmuje wyzwania, prze do przodu. Ponagla, strofuje. Wyszukuje sposoby, żeby osiągnąć kolejne niezbędne do szczęścia rzeczy. W stanie niedualnej świadomości mamy wszystko. Czujemy się spełnieni z tym, co jest. Chodzi więc o to, by zaufać życiu. Uwierzyć, że wszystko, czego potrzebujemy, jest dostępne już dziś!

Stan niedualnej świadomości nie jest czymś, o co musimy zabiegać – możemy się w nim znaleźć w każdej chwili. O ile ominiemy przeszkody, jakie nas od niego oddzielają.

ZAMÓW

E-WYDANIE

Jedną z nich jest przywiązanie do cierpienia. Do historii pełnych skarg, obwiniania, użalania się. Przywiązujemy się też do sztywnych scenariuszy i cierpimy, że coś poszło nie po naszej myśli. Kiedy pojawia się sytuacja, którą uznajemy za problematyczną, zaczynamy walczyć. A kiedy pole oczyszcza się i nie mamy żadnych problemów, zaczynamy czuć się nieswojo – jakby ktoś pozbawił nas celu, kierunku. Nawet brak problemów potrafimy więc uznać za problem! Dobrze, nie my – uwarunkowany umysł.

W doświadczaniu nieuwarunkowanej świadomości przeszkadza nam też nawykowa potrzeba aktywności. Wciąż działamy, tworzymy projekty, planujemy czas, a – kiedy nie uda nam się wypełnić go po brzegi – „zabijamy” go. Oglądając jakąś telewizyjną papkę albo przynajmniej bazgrząc coś na kartce. Za punkt honoru stawiamy sobie bycie zajętym. Im ktoś bardziej zajęty, tym ważniejszy… Zachodnia kultura nie akceptuje zwykłego bycia – zrelaksowanego, bezproduktywnego spełnienia. A gdyby tak przyjąć, że żaden wysiłek nie jest potrzebny? Że na ten moment rzeczy mają taki kształt, a nie inny, i już?

Od niedualnej świadomości oddziela nas też potrzeba nazywania, precyzowania, nadawania wszystkiemu sensu. Określania tego, kim jesteśmy, do czego zmierzamy. Jakie mamy stanowisko w tej czy innej sprawie. Nie znosimy niewiadomych, musimy wiedzieć – najlepiej natychmiast! Odrzucamy to, co brytyjski filozof Alan Watts nazwał „mądrością niewiedzy”. Jak wydostać się z tego matriksa? Zacznij od tego, że będziesz obserwować niestrudzone wysiłki umysłu. Jego gry. Jaką potrzebę odczuwasz najsilniej? Zrozumienia? Działania? Planowania? Dlaczego to takie ważne?

Samo siedzenie

Prosty przykład: medytacja. Nie każdy się do tego przyzna, ale zwykle praktykowanie medytacji jest dla nas źródłem… wielu frustracji. Chcemy zastosować się do wszystkich zaleceń: prosty kręgosłup, koncentracja na oddechu, wyznaczony czas bez myśli (chyba że uda się je obserwować), absolutna cisza… Podchodzimy do sprawy z pozycji umysłu – czyli zadaniowo – spinamy się, oceniamy swoje postępy. Mamy pretensje do siebie (i do świata). „Za dużo myślę! Nie byłam obecna! Zgarbiłam się i energia nie mogła przepływać swobodnie przez kręgosłup! Zgubiłam się w liczeniu oddechów! Mąż wszedł do pokoju, chociaż prosiłam, żeby nikt mi nie przeszkadzał! Pies zaszczekał!”.

Fenner nazywa to „konwersacją o medytacji”. I uspokaja: „Nie można dobrze albo źle medytować”! Praktyka, którą proponuje, to „samo siedzenie”. Samo siedzenie jest bardzo proste i (wbrew nazwie) niekoniecznie musi się odbywać na siedząco. Na czym więc polega? Na odcięciu się od bodźców zewnętrznych (telewizja, książka, komputer, towarzystwo), przyjęciu względnie nieruchomej pozycji, pozostawaniu w ciszy i byciu świadomym. I tak codziennie, przez około 20 minut. W tym czasie możesz siedzieć na podłodze, kanapie, poduszce. Albo leżeć. Jeśli ci niewygodnie, możesz się poruszyć – byle nie wstawać i nie chodzić. Oczy mogą pozostawać zamknięte, chyba że wolisz je otworzyć. Mantra? Liczenie oddechu? Jak chcesz. Rozproszysz się? W porządku. Cieszy cię ta sesja? Ciesz się nią! Złościsz się? Nudzisz? OK. „Myśl, co myślisz, odczuwaj, co odczuwasz, doświadczaj tego, czego doświadczasz” – mówi Fenner. Zadbaj tylko o spokojne miejsce, nastaw budzik, żeby nie musieć pilnować czasu. Ale jeśli chcesz skrócić czas siedzenia czy wprowadzić jakieś modyfikacje (muzyka relaksacyjna, kontakt z naturą), czuj się swobodnie.

Cel? Hm, tak naprawdę niedualne podejście nie zakłada celów. Ale dobrze – przyjmijmy, że praktyka siedzenia prowadzi do spowolnienia. To okazja, żeby dostrzec chociażby, że rzeczy, które „koniecznie musimy zrobić”, mogą poczekać. Może nawet wcale nie są takie ważne? Fenner przyznaje, że chodzi tu o coś więcej: zrozumienie, że żadna praktyka nie jest konieczna, że każdą chwilę i sytuację możemy kontemplować, otwierać się na nią. „Promieniujący umysł” to w pewnym sensie propozycja drogi na skróty. Niemal wszystkie systemy rozwoju sugerują potrzebę zmiany. Przyjmujemy, że to, co mamy i czym jesteśmy, „to nie jest to” i podejmujemy trud stania się kimś innym. Po to, by w którymś momencie przekonać się, że wcale nie musimy… To paradoks, ale ponoć każdy poszukujący wcześniej czy później się z nim styka: praktyka pokazuje nam, że nie potrzebujemy żadnej praktyki. Tyle że bez niej byśmy tego nie odkryli! Jeśli zdecydujesz się na samo siedzenie, możesz sprawdzić po jakimś czasie, jak wygląda twoja „konwersacja”. Czy myślisz: „To przyjemne”? „To działa”? A może: „To nudne”, „Ile jeszcze czasu zostało”? Nie osądzaj – to tylko myśli.

A gdyby tak odpuścić?

Ważne miejsce w praktyce „Promieniującego umysłu” zajmuje nieingerowanie. Przytłacza cię jakaś sytuacja, zalewają emocje? Zamiast szukać natychmiastowej transformacji, oczyszczenia, pozwól rzeczom być takimi, jakie są. Nie osądzaj, nie komentuj, nie zmieniaj. Może okaże się, że skłębione emocje czy kompulsywne myśli rozproszą się szybciej, niż gdybyśmy w nie ingerowali. To jakbyśmy stworzyli przestrzeń wokół problemu – po to, by mógł rozwinąć się i rozpuścić na własny sposób. Dla naszych zachodnich umysłów to nie lada wyzwanie… Tymczasem – zamiast analizować dane, mnożyć byty, wywierać presję – może warto poczekać, aż doświadczenie samo się wyklaruje. Wstrzymać się z działaniami do czasu, aż pojawi się wyraźny kierunek.

Fenner tłumaczy, że za każdym cierpieniem ukrywa się opór. „Albo opieramy się przeciw temu, co się wydarza, albo przeciw utracie tego”. Kiedy odkryjemy, na czym polega ten opór i odpuszczamy go, stajemy się wolni. Sprawdź, jak działa nierobienie niczego – zachęca autor „Promieniującego umysłu”. Zrób ćwiczenie: jeśli pojawi się w twoim życiu jakiś problem, nie podejmuj walki, konfrontacji. Nie unikaj go, nie uciekaj, ale nie próbuj też manipulować tym doświadczeniem, zmieniać go. Prawdopodobnie samo się zmieni.

Proponuje też, by obserwować własne fiksacje, czyli przywiązania, awersje, ustalone poglądy. Albo po prostu powtarzające się myśli. Kiedy jesteśmy zafiksowani, skupiamy naszą energię (umysłową, emocjonalną i fizyczną) na jednej interpretacji. Oczywiście, w niedualnym podejściu fiksacje nie są niczym złym. Ale bezstronna obserwacja pomaga im się rozpuścić. Wystarczy obserwować, co nas przyciąga, a co odrzuca. Co opowiadamy sami sobie na temat danego doświadczenia. Jaki wzorzec kryje się pod tymi opowieściami, myślami, reakcjami. Perfekcjonizm? Niezdecydowanie? Koncentrowanie się na tym, co negatywne? Rozdrabnianie się? Dramatyzowanie? Fenner demaskuje różne wzorce, podając usprawiedliwienia, jakich zwykliśmy używać, żeby się ich trzymać. Osoba niezdecydowana na przykład uważa się za ostrożną, rozdrabniająca się twierdzi, że sprawdza wiele możliwości, dramatyzująca – że przynajmniej się nie nudzi („Czuję, że żyję”). A wszystkie wzorce nakręca ten sam mechanizm, który autor nazywa „to nie jest to” („nie podoba mi się, nie tak to miało wyglądać”). Obserwując swoje reakcje, możemy odkryć, co robimy z doświadczeniem, jak próbujemy je zminimalizować albo zintensyfikować, przyspieszyć albo odsunąć. Jak działa nasz autopilot. Nie potrzeba tu jakichś pogłębionych badań, studiów. Wystarczy zatrzymać się na chwilę, kiedy czujemy, że któryś ze wzorców jest aktywny, i zadać sobie proste pytanie: „Co ja robię?”. Narzekam? Oskarżam? Lituję się? Dzięki takiej demaskacji stajemy się bardziej bezstronni, zyskujemy dystans do własnych problemów. Przestajemy się z nimi utożsamiać.

Rozpuścić opór

Trudno znaleźć człowieka, który przeżyłby życie, nie negując otaczającej go rzeczywistości. Tak naprawdę trudno przeżyć jeden dzień bez takich myśli, odczuć. Odrzucamy korki na drodze, zachowania polityków, pogodę, jakość produktów w sklepie albo ich brak, głośną muzykę w restauracji… Wciąż coś zakłóca nasz spokój. Więc negujemy to, wyczerpując naszą energię. Angażujemy ją w bitwę, która z góry skazana jest na przegraną. – To tak, jakbyśmy wciąż żyli fantazją, że jest jakieś lepsze miejsce, w którym powinniśmy być – mówi

Peter Fenner. Stawia sprawę jasno: „Źródło cierpienia nie leży w okolicznościach życia, ale w sprzeciwie”. Kiedy opieramy się życiu, stwarzamy napięcia. Stres, ból.

Jaką postawę możemy więc przyjąć wobec problemów? Uznać, że są. Nie robić problemu z problemów. Nie szukać winnych (rodzice, szef, Bóg), nie robić uników. Zamiast pytać „dlaczego ja?” albo wmawiać sobie, że to nie powinno się wydarzyć, możemy przyznać: „Tak, mam problem, co mogę z tym zrobić?”. Albo sprawdzić: „Czy muszę coś z tym zrobić?”.

Oczywiście, nieingerowanie, o którym była mowa wcześniej, nie oznacza, że – cokolwiek się dzieje – mamy siedzieć z założonymi rękoma. Nieuwarunkowana świadomość nie jest jakąś próżnią czy czarną dziurą, w której tkwimy biernie, niezainteresowani ziemską egzystencją. Postawa kontemplacyjna to nie wycofanie czy znieruchomienie! Rzecz w tym, że w stanie nieuwarunkowanej świadomości nasze zachowania przestają być nawykowe. Opór rozpuszcza się, nasz wewnętrzny spokój obejmuje również trudne doświadczenie. Wzrasta umiejętność przeżywania wszystkich zdarzeń bez strachu czy sięgania po zachowania ucieczkowe (nałogi). Przestajemy walczyć, stajemy się bardziej tolerancyjni i akceptujący. Zauważamy myśli, które próbują nas ostrzec (przestraszyć!) albo pchnąć do zdobywania czegoś, bez czego nasze życie podobno nie jest pełne. I odkrywamy, że w danej chwili niczego nam nie brakuje.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>