1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Czy każdy z nas ma szansę na oświecenie?

Czy każdy z nas ma szansę na oświecenie?

Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie.

Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie. I nie oznacza to wielogodzinnej medytacji w ciszy, ale rozmowę w luźnej atmosferze. A gdy robi się zbyt poważnie, Roshi przerywa i mówi: „Nie macie z tego w ogóle żadnej radości!”

Ponad 50 osób na sali. Większość z nich uczestniczyła w porannych warsztatach Roshiego, ale z ciekawości i potrzeby przyszli także na popołudniowe. Roshi śmieje się, że choć już są oświeceni, to jednak dopiero od kilku godzin, więc jest nad czym pracować. W końcu jemu przejście od niedojrzałej fazy bycia oświeconym do tej dojrzałej zajęło 15 lat. Roshi Dennis Genpo Merzel (Genpo jest jego buddyjskim imieniem) jest mistrzem zen (Roshi oznacza mistrza), uczniem słynnego mistrza Taizana Maezumiego. Założył międzynarodową grupę buddyzmu zen Kanzeon International Sangha z siedzibą w Salt Lake City. Polską grupę przez długi czas prowadziła jego spadkobierczyni, Małgorzata Braunek.

Zrzuć skorupę

– Czy wiecie, jak rosną homary? – zaczyna Roshi. – To ciekawe, bo robią to dokładnie jak my – dodaje. Otóż homar rośnie wewnątrz swojej skorupy, a gdy ta staje się zbyt ciasna i zaczyna go uwierać, długo waha się, czy ją zrzucić. Pozbycie się jej uczyni go wprawdzie bezbronnym, ale pozostawienie jej skazuje go na ból. W końcu homar zrzuca skorupę, chowa się pod skałą i czeka, aż wyrośnie mu nowy pancerz. Tak się dzieje za każdym razem, gdy skorupa znowu okazuje się za mała. Podobnie jest z ludźmi, tyle że naszą skorupę tworzą przekonania, sposób myślenia, nawet nasze opinie. Jesteśmy tak do nich przywiązani, że wolimy mieć rację niż być szczęśliwi. I w końcu ta potrzeba posiadania racji zaczyna nas uwierać, ale boimy się, że – porzucając swoje przekonania i opinie – staniemy się bezbronni. Praktyka zen mówi, że trzeba zrzucić skorupę. – Nikt nie robi skorupy dla homara, on sam ją wytwarza. W jakimkolwiek więzieniu jesteś, sam je sobie budujesz – kończy Roshi i dodaje: –  Mam dla was dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii, nawet jeśli przyszły od innych autorytetów, to przyjęliśmy je jako swoje. Dobra wiadomość jest taka, że skoro zbudowałeś własne więzienie, to masz klucz, by siebie z niego wypuścić. Nie ma zewnętrznego autorytetu, który mógłby ci pomóc. Możesz liczyć na to, że praktyka zen cię wyzwoli, ale drzwi musisz otworzyć sam – kończy.

Gdy Budda przebudził się ze swojego koszmaru, iluzji, powiedział: „Jestem przebudzony. I wszyscy inni też są, tylko że ja to sobie uświadamiam, a inni jeszcze nie”. – Jesteście całkowicie przebudzeni, tylko w to nie wierzycie. Wolicie inwestować w prawo do posiadania racji niż w bycie wolnym i szczęśliwym – mówi Roshi. – Kiedy w końcu zrzucamy swoją skorupę, stajemy się bezbronni. Podobnie kiedy tracimy kogoś, kogo kochamy, przechodzimy wtedy przez proces żałoby i smutku, który czyni nas bezbronnymi. Mówimy, że mamy złamane serce, ale ono jest tylko odsłonięte, bo pękła otaczająca je skorupa. I chociaż jesteśmy wtedy bezbronni, to z drugiej strony właśnie teraz możemy poczuć prawdziwą bliskość. Kiedy przechodzimy proces smutku i żałoby, ciężko jest nam zobaczyć w nim coś pozytywnego. Ale jeśli przejdziemy przez ten trudny czas, wszystko się zmieni. Zaczniemy dostrzegać jasną stronę sytuacji, dojrzejemy – puentuje Roshi. I proponuje: – A teraz zróbmy trochę Big Mindu.

Głosy w nas

Big Mind to słowo klucz tych warsztatów. Autorska metoda rozwoju osobowości Roshiego Genpo, proces, który prowadzi do oświecenia. Big Mind łączy w sobie mądrość Zachodu i Wschodu, czerpiąc zarówno z mistycznych doświadczeń autora i praktyki zen, w tym medytacji, jak i z psychologii głębi, technik psychologii Gestalt oraz terapii Junga, jako że mistrz sam przed laty był terapeutą Gestalt. Roshi wykorzystał tu zwłaszcza metodę Hala i Sidry Stone’ów, pary terapeutów, który stworzyli tzw. Dialog z Głosami. Koncepcja ta zakłada istnienie w człowieku kilku osobowości, które często dochodzą do głosu, i z którymi błędnie identyfikujemy się, jako z prawdziwym „ja”. Podczas rozmowy z tymi osobowościami przenosimy je do naszej świadomości, dzięki czemu przestają nami rządzić. Tę samą metodę rozmowy z głosami możemy wykorzystać w rozwoju duchowym, podczas kontaktu z Absolutem, czyli właśnie Big Mind, Wielkim Umysłem.

Prosimy o rozmowę z głosami, by poznać ich prawdziwą naturę, zdecydować, czy chcemy być oświeceni i przejąć odpowiedzialność za swoje życie, czy też pozostać nieświadomi i żyć w złudzeniu, a tym samym pozwolić, by głosy nami kierowały.

Bąbelek, który chce być większy od oceanu

Kluczowym pojęciem w Big Mind jest „self” czyli „ja”. To nasz Umysł Dualny, głos, z którym mamy do czynienia na co dzień, z którym się utożsamiamy. W rzeczywistości to głos ograniczony, a jednocześnie różnicujący świat na tu i tam, nas i innych, podmiot i przedmiot, złe i dobre. Aby wyjść poza te ograniczenia, musimy skontaktować się z Umysłem Niedualnym, który nie rozróżnia, nie ocenia, tylko obserwuje – Absolutem.

Jak mówi Roshi, „self” uważa siebie za najważniejsze, ustawia siebie w centrum wszechświata. – Nasza prawdziwa natura to ocean, a „self” jest jedynie bąbelkiem na jego powierzchni. Tych bąbelków jest milion i każdemu z nich się wydaje, że jest najważniejszy i nie może pęknąć, bo świat się wtedy rozpadnie. Ten bąbelek zbudowany jest z naszych napięć – tłumaczy Roshi. – Dlatego tak bardzo boimy się śmierci i utraty siebie. Tak długo jak identyfikujemy się z bąbelkiem, tak długo jesteśmy spięci, zestresowani. Żeby się rozluźnić, musimy puścić bąbelek. Boimy się jednak, że wówczas stracimy pewną wersję siebie, w którą wierzymy. To prawda, stracimy ją, ale wtedy staniemy się oceanem, czyli naszą prawdziwą naturą – dodaje.

Przejmij odpowiedzialność

Roshi: Czy mogę rozmawiać z głosem, który jest już oświecony, ale „self” sobie tego jeszcze nie uświadomiło? Powiedzcie, jak zachowuje się „self”, kiedy nie wie, że jest oświecone? Uczestnicy: Jest pełne lęku.

Jaki to lęk? Przed nowym, przed wszystkim, przed śmiercią, chorobą, samotnością, odrzuceniem, utratą kontroli.

Jak zachowuje się „self” pod wpływem lęku? Ocenia, kontroluje sytuację, zrzuca odpowiedzialność na inne osoby. Koncentruje się na wizerunku, myśli o tym, jak inni je odbierają, cały czas ocenia, czy sytuacja jest dobra czy zła.

– Kiedy rozmawiamy z głosem, który jest oświecony, to, co z was wypływa, nazywamy mądrością – tłumaczy Roshi. – Ale wyobraźcie sobie, że rozmawiamy z kimś, kto jest oświecony, ale „self” tego jeszcze nie wie. Budda nazwał ten stan złudzeniem. Choć jesteśmy oświeceni, zachowujemy się jak nieświadomi. Jesteś tu cały czas – oświecony – ale „self” nie wierzy, że tu jesteś. Nie wierzy, bo nie chce uwierzyć, że jest całkowicie odpowiedzialne za swoje życie. Dlatego wybiera złudzenie. Wiedząc, jak się sprawy mają, dostajemy klucz i wolność wyboru. Możemy powiedzieć: „Wybieram bycie w złudzeniu, nieświadomości”, ale możemy też wybrać niebycie w złudzeniu. A kiedy coś wybieramy, bierzemy za to odpowiedzialność – kwituje Roshi. I dodaje, by rozluźnić poważną atmosferę: – Mój nauczyciel powiedział, że woli żyć w złudzeniu, bo to jest zabawniejsze.

Warsztaty trwają. Genpo po kolei rozmawia z pełni oświeconym, świadomym, przebudzonym „ja”, oraz z nieświadomym „ja”, które nie wie, że żyje w złudzeniu. Za każdym razem pyta głosy, jak się czują w danej sytuacji. Na koniec prosi o rozmowę z głosem, który obejmuje w pełni świadome i oświecone „ja” oraz w pełni nieświadome, żyjące w złudzeniu „ja”.

– Kiedy ktoś myśli, że jest oświecony, to pozostaje nieświadomy, w złudzeniu, a gdy ktoś myśli, że żyje w złudzeniu, to właśnie jest oświecony. To od nas zależy, czy jesteśmy jednym czy drugim – podsumowuje Roshi. – Do nas należy głos Ostatecznego Autorytetu. Nie znajdziemy w tej kwestii akceptacji pochodzącej z zewnątrz, czyli tam, gdzie autorytetu szuka nasze dualne „self”. To my jako ostateczny autorytet musimy zaakceptować, przyjąć nasze „self” takim, jakim ono jest, z pełnym uznaniem.

Czy czuję się oświecona? Raczej zdezorientowana. Ale pocieszam się, bo po pierwsze praktyka czyni mistrza (dosłownie!), a po drugie, jak mówi Roshi, różnica między oświeceniem a nieświadomością jest taka, że złudzenie uważa, że jest jakaś różnica między tymi stanami, a oświecenie wie, że jej nie ma.

Jak patrzeć na siebie z boku? - wyjaśnia Roshi Genpo Merzel

Jak na co dzień panować nad głosami w swojej głowie, które zatruwają życie i chwieją poczuciem własnej wartości? Tu potrzeba medytacji, by móc oglądać, patrzeć na te myśli, pozwolić, by one przyszły, bez oceniania ich, bez krytyki, bez preferencji. Nie zastanawiamy się, czy one są złe albo dobre, pozwalamy im przyjść i odejść. To trochę jak z czystym niebem, na którym pojawiają się chmury. A niebo ich nie ocenia, tylko obserwuje. Problem polega na tym, że gdy umysł otrzymuje te niepokojące myśli, odbiera je jako prawdziwe, jako coś wielkiego. Ale tak naprawdę możemy je tylko obserwować i pozwolić im odejść, traktować je jak bąbelki na powierzchni wody, nie utożsamiać się z nimi.

Bardzo trudno jest widzieć siebie takim, jakim chcemy, ale ważne, by być otwartym na ludzi, którzy nas znają, kochają i którym na nas zależy. Pozwólmy im opowiedzieć nam o nas, wysłuchajmy, co chcą nam przekazać, to ma ogromną wartość i moc. Można też wyjść z własnego „self”, zadać sobie interesujące pytania – wtedy jesteśmy szczerzy, bo nie identyfikujemy się ze sobą, z własnym „self”, patrzymy na siebie z boku. Teraz ważna rzecz: jeśli kogoś nie lubimy lub nie akceptujemy jakiejś cechy w tej osobie, możemy być pewni, że mamy tę cechę w sobie. Po prostu nie dopuszczamy jej do głosu, albo wiemy że jest, tylko negujemy jej istnienie.

Mamy wiele twarzy, jak odróżnić fasadę od prawdziwego „ja”? Właściwie wszystko, co myślimy o sobie, co jakoś nas określa, jest fasadą. „Self” samo w sobie jest puste. Ale to jest piękne, bo oznacza, że możemy odłożyć na bok fasady i rozmawiać z prawdziwym „ja”. Mówimy: pozwól mi porozmawiać z fasadą. W naszym trójkącie na jednym rogu podstawy mamy fasadę, na drugim prawdziwe „ja”. A na wierzchołku, gdzie fasada jest prawdziwym „ja”, a prawdziwe „ja” fasadą, możemy wybrać, na co się decydujemy, możemy się zmieniać, być bardziej elastyczni. Ważne, żeby wiedzieć, na co się godzimy. Chodzi nie tyle o wybór, ile o świadomość wyboru, jakiego dokonujemy. To tak jak z byciem raz szczodrym, raz skąpym. Możemy być i tacy, i tacy, nie musimy tego akceptować, wystarczy, że przyznamy, że jesteśmy raz tacy, a raz tacy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Medytacja i ciało. Jaką przyjąć pozycję? – radzi buddyjska mniszka Pema Chödrön

Nie zawsze jest łatwo być w pełni obecnym – lub choćby częściowo obecnym. Nie zawsze jest łatwo traktować siebie z życzliwością. Jeszcze trudniej jest pozbyć się nawykowych sposobów funkcjonowania w świecie (..). Na szczęście medytacja zapewnia nam dokładnie takie wsparcie, jakiego potrzebujemy. Jest to praktyka bycia obecnym, dbania o nasze serce i odpuszczania. (fot. iStock)
Nie zawsze jest łatwo być w pełni obecnym – lub choćby częściowo obecnym. Nie zawsze jest łatwo traktować siebie z życzliwością. Jeszcze trudniej jest pozbyć się nawykowych sposobów funkcjonowania w świecie (..). Na szczęście medytacja zapewnia nam dokładnie takie wsparcie, jakiego potrzebujemy. Jest to praktyka bycia obecnym, dbania o nasze serce i odpuszczania. (fot. iStock)
Ręce, nogi, oczy, usta – czy wiemy, jakie znaczenie ma ułożenie poszczególnych części ciała podczas praktyki medytacyjnej? Liczą się nie tylko proste plecy. Owszem, musi być nam wygodnie, ale jeśli chcemy uzyskać lepsze efekty i nie skupiać się na niedogodnościach ze strony ciała – zadbajmy o szczegóły. Pema Chödrön w książce „Żyj pięknie” udziela praktycznych porad na temat medytacji.

„Medytacja, której mnie nauczono i którą praktykuję, obejmuje trzy główne elementy: postawę, przedmiot medytacji i sposób, w jaki odnosimy się do myśli” – wymienia. Pierwszym, podstawowym krokiem jest właśnie przygotowanie ciała.

Podstawowa instrukcja dotycząca postawy – czyli sposobu, w jaki ciało wspiera nas podczas medytacji

Zaczynamy od tego, że jesteśmy w pełni obecni w naszym ciele ze świadomością miejsca, w którym siedzimy, naszych nóg, naszych ramion, naszego tułowia. Przyjmujemy godną, wyprostowaną, ale luźną postawę, która pomaga nam odnaleźć wewnętrzny spokój i skontaktować się z poczuciem pewności i godności w sobie. Przywołujemy naszą wojowniczość, przywołujemy naszą odwagę, przywołujemy fundamentalne poczucie słuszności. Wyprostowane ciało wzmacnia umysł. Sześć elementów prawidłowej postawy, których nauczał Chögyam Trungpa, pomaga nam w tym procesie. Są to: miejsce, nogi, tułów, ręce, oczy i usta.

Pierwszy punkt to miejsce

Czasami o medytacji mówi się jako o zajęciu miejsca. Zajęcie miejsca oznacza medytowanie z przekonaniem, że masz prawo tam być, że masz prawo być w pełni przebudzonym.

Miejsce powinno być płaskie i stabilne. Jeżeli wolisz, możesz usiąść z poduszką medytacyjną pod pośladkami, aby podnieść miednicę i pochylić ją lekko do przodu; pomaga to siedzieć wygodnie, bez osuwania. Niezależnie od tego, w jaki sposób siedzisz, twoje ciało powinno znajdować się w jednej linii – bez nadmiernego odchylania się ani do przodu, ani do tyłu, ani w prawo, ani w lewo. Najważniejsze jest wybranie wygodnej pozycji, żeby się nie wiercić i nie zmieniać ciągle pozycji w trakcie medytacji.

Jeśli uznasz, że siedzenie na poduszce jest niewygodne, możesz usiąść na krześle, najlepiej z prostym oparciem i płaskim siedziskiem. Pochyl się lekko do przodu, żeby nie opierać się o krzesło i połóż obie stopy płasko na podłodze.

Drugi element dobrej postawy dotyczy nóg

Jeśli siedzisz na poduszce, nogi powinny być wygodnie ułożone przed tobą. Aby zmniejszyć obciążenie pleców, najlepiej jest upewnić się, że kolana znajdują się poniżej bioder. Możesz eksperymentować, układając nogi w różny sposób, dopóki nie będzie ci wygodnie. Jeśli podczas medytacji poczujesz duży dyskomfort, możesz na chwilę przyjąć postawę relaksacyjną: wyprostować plecy, zgiąć kolana i przyciągnąć nogi w stronę klatki piersiowej. Możesz objąć nogi rękoma, aby utrzymać je w stabilnym położeniu.

Kolejnym elementem dobrej postawy jest tułów (ciało od szyi do bioder)

Niezależnie od postawy, którą wybierzesz, ważne jest, żeby utrzymać tułów w pozycji pionowej. Instrukcja Chögyama Trungpy brzmi „otwarty przód, silny tył”. Silny tył nie oznacza sztywnego karku, ale wyprostowany kręgosłup i ramiona, które nie są pochylone. Pozostawia to szeroko otwartą przestrzeń serca i pozwala poczuć serce. Jeśli ramiona zaczynają opadać, przestrzeń serca zaczyna się kurczyć, tak jakbyś zamykał serce. Zatem ponownie usiądź wyprostowany i otwarty, gotowy na przyjęcie wszystkiego, co się pojawi. Niektórzy ludzie utrzymują tułów w pozycji pionowej, wizualizując kręgi ułożone jeden na drugim. Inni wyobrażają sobie niewidzialny sznurek przymocowany do czubka głowy, ciągnący ciało do góry. Podbródek powinien być lekko schowany, a nie wysunięty do przodu.

Ręce są czwartym elementem dobrej postawy

Jedną z klasycznych pozycji jest położenie rąk na udach, z dłońmi skierowanymi w dół. Zgodnie z tradycją, nazywane jest to pozycją „odpoczywającego umysłu”. W zależności od długości naszych ramion opieramy wygodnie dłonie na udach w takim miejscu, aby ciało pozostawało w jednej linii.

Następnie dochodzimy do oczu, piątego elementu prawidłowej postawy

Niektórzy ludzie lubią medytować z zamkniętymi oczami, ale zgodnie z tradycją, którą przyjęłam, pozostawiamy oczy otwarte i patrzymy łagodnie w dół, w miejsce przed nami odległe około półtora metra. Otwarte oczy pomagają rozwijać wrażliwość – wrażliwość na wszelkie myśli i emocje pojawiające się w umyśle podczas medytacji, wrażliwość na bezpośrednie otoczenie. Pomaga to w byciu w pełni obecnym i rozwijaniu postawy akceptacji.

Ostatni punkt postawy to usta

Usta pozostają lekko otwarte. Dzięki temu szczęki mogą się rozluźnić i z łatwością przepuścić oddech przez nos i usta.

Kiedy po raz pierwszy siadamy do medytacji, przechodzimy przez wszystkie elementy dobrej postawy, sprawdzając każdy po kolei. Czasami nazywane jest to „powrotem do sensu istnienia”. Dzięki temu jesteśmy obecni w naszym ciele, kiedy przed naszymi oczami przewija się film o życiu.

Fragment z książki „Żyj pięknie. Jak czerpać inspirację do zmian, które przynosi los”.

Pema Chödrön: mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy.

  1. Psychologia

Rozkosze próżnowania – kilka słów o mądrym leniuchowaniu

Leniuchowanie ma w sobie coś z buntu. Wymierzonego w wyśrubowane standardy, pracę po godzinach i wieczne zabieganie. Jest przejawem radości życia, uważnością, swojską nazwą dla modnego trendu slow. (Fot. iStock)
Leniuchowanie ma w sobie coś z buntu. Wymierzonego w wyśrubowane standardy, pracę po godzinach i wieczne zabieganie. Jest przejawem radości życia, uważnością, swojską nazwą dla modnego trendu slow. (Fot. iStock)
Dzisiejszy świat podejrzliwie patrzy na najdrobniejsze przejawy lenistwa. A przecież popołudniowa drzemka czy gapienie się godzinami przez okno to najprostsze życiowe przyjemności. I jakie twórcze!

Rzecz będzie o leniuchowaniu, ale uwaga: leniuchowaniu mądrym, zdrowym i pożytecznym. Tak, tak, pożytecznym. Od dziecka uczy się nas co prawda, by nie marnować czasu, pracować solidnie i dużo, a jak tylko dopadnie nas niemoc czy zwątpienie, szybko znaleźć sobie coś do roboty. Bo tylko tak można dojść do czegoś w życiu. Otóż, niekoniecznie.

Isaac Newton, Albert Einstein, John Lennon, Archimedes, Kartezjusz czy wreszcie Mark Twain – co ich łączy? Wszyscy byli rewolucjonistami i życiowymi próżniakami. Wystarczy przypomnieć sobie, jak Newton odkrył siłę grawitacji (drzemiąc pod drzewem), a Archimedes – wyporność ciała (oddając się przyjemności kąpieli) albo Johna Lennona i Yoko Ono, którzy spędzili tydzień w łóżku w proteście przeciwko wojnom. Bo też leniuchowanie ma w sobie coś z buntu. Wymierzonego w wyśrubowane standardy, pracę po godzinach i wieczne zabieganie. Jest przejawem radości życia, uważnością, swojską nazwą dla modnego trendu slow. Jak pisał Robert Louis Stevenson: „Tak zwane próżnowanie polega nie na robieniu niczego, ale na robieniu wielu rzeczy nieuznawanych przez dogmaty klasy rządzącej”. Czyli na przykład na: rozmawianiu do świtu, rozmyślaniu o najróżniejszych sprawach, spaniu, przesiadywaniu w kawiarniach, czytaniu książek, słuchaniu muzyki, biesiadowaniu w miłym towarzystwie, spacerowaniu albo patrzeniu na chmury. Cóż w tym odkrywczego lub twórczego? Ano właśnie to, że to najprostsze przyjemności. Dają wytchnienie ciału i głowie, dostarczają energii, pozwalając nawiązać lepszy kontakt z innymi i ze sobą. Nic nie musisz, nigdzie nie gonisz, po prostu jesteś.

– Wrogowie, ubodzy duchem, definiują próżnowanie jako stratę czasu. Nie uznają faktu, że nicnierobienie może być twórcze. Instytucje społeczne boją się ludzi bezczynnych, a próżniacy to myśliciele – twierdzi Tom Hodgkinson, angielski pisarz, autor książki „Jak być leniwym” oraz wydawca magazynu „The Idler” („Próżniak”). Jego zdaniem próżnowanie to kwintesencja życia. Poleca odkrywać w sobie pokłady próżniactwa, bez skrępowania i wyrzutów sumienia. Spróbujemy?

Wylegiwanie się w łóżku

„Dziesiąta rano. Próżniak, pomyślnie uniknąwszy najpierw poczucia winy o ósmej, zwyczajowej godzinie wstawania, potem poczucia winy o godzinie dziewiątej, wyznaczającej początek dnia pracy, leży w łóżku i być może zastanawia się, czy nie wstać. Lepiej nie! Wylegiwanie się (…) nie jest samolubnym dogadzaniem sobie, ale kluczowym zajęciem dla adepta sztuki życia, którym w rzeczywistości jest próżniak” – pisze Hodgkinson w „Jak być leniwym”. Co ciekawe, przyjemność zwiększa myśl, że w czasie, gdy my jeszcze się wylegujemy, tysiące ludzi właśnie zasiada przy swoich biurkach. Świetnym pomysłem jest także wylegiwanie się w towarzystwie: męża, dzieci, domowych zwierząt, a nawet wszystkich naraz. Można wylegiwać się z ulubioną książką czy gazetą, filiżanką herbaty na nocnym stoliku, pysznymi ciasteczkami, robótką ręczną czy dobrym filmem. Działa jak wizyta w SPA, a jest tańsze i dostępne na wyciągnięcie ręki.

Rekonwalescencja

Choroba. Cóż to była za rozkosz w dzieciństwie! Budzisz się rano z gorączką, termometr wskazuje 37,7, a zatroskany wzrok mamy obwieszcza najlepszą informację dnia: nie pójdziesz do szkoły! A to oznacza cały dzień spędzony pod kołdrą. Wreszcie wolno ci to, co do tej pory było zabronione, jak: jedzenie w łóżku, oglądanie godzinami filmów i spanie do granic przyzwoitości. Dlaczego w dorosłym życiu sami sobie tego zabraniamy? Wypijamy syrop, łykamy proszek i do pracy! A przecież nie tak wygląda rekonwalescencja. Czas jest najlepszym lekarzem, a procesu zdrowienia nie przyspieszy nawet cały zestaw specyfików. – Ciekawe, co się stało z lekarzami z przełomu wieków, którzy zalecali wyjazdy na południe jako terapię dla pomniejszych dolegliwości? Dzisiaj tylko przepisują tabletki, a kiedyś znali pojęcie wywczasów – jedynym przepisanym lekarstwem było robić jak najmniej przez jak najdłuższy czas – pyta Hodgkinson. No właśnie, co się z nimi stało?

Drzemka w środku dnia

Co może być przyjemniejszego niż późna pobudka? Drzemka w ciągu dnia. Ustawowo przydzielone pół godziny snu po obiedzie usprawniłoby pracę w niejednej firmie. Z pewnością zauważyłaś nieraz, że kiedy jesteś zmęczona, a masz dużo pracy, więcej pożytku przyniesie ci zdrzemnięcie się na chwilę, kosztem „cennego” czasu, niż tyranie non stop z na wpół przymkniętymi oczami. Krótka drzemka odświeża umysł, ładuje baterie i daje ciału odpoczynek. Nikt się nie dziwi zwyczajowi „leżakowania” w przedszkolach, ale już wielu krzywym spojrzeniem kwituje potrzebę „przymrużenia na chwilę oczu” dorosłego. A przecież tylko niemądry, gdy ma okazję przespać się w dzień, z tego nie skorzysta. Co istotne, poobiednia drzemka jest bardzo zdrowa, według badań zwiększa odporność na infekcje.

Włóczenie się bez celu

Miewasz czasem ochotę, by po pracy, zamiast wybrać drogę bezpośrednio do domu, po prostu jechać samochodem przed siebie, dalej i dalej, za miasto, na łono natury? Albo rezygnujesz z jazdy autobusem na rzecz niespiesznej wycieczki po ulicach, które mijasz codziennie jako pasażer? Ma to posmak szaleństwa, wagarów wręcz, ale jakie przez to jest przyjemne! Pozorne włóczenie się bez celu ma największy, bo egzystencjalny, sens. Jest nagrodą samą w sobie. Chodzisz, patrzysz i czekasz, co się wydarzy. Może odkryjesz jakiś nowy sklep w okolicy albo trafisz na fajną knajpkę, do której można by wpaść wieczorem ze znajomymi? Czasem nogi same prowadzą (tak jakby były mądrzejsze od głowy) do miejsca, które uleczy skołatane nerwy, da wytchnienie oczom czy po prostu zaskoczy.

Wieczór w domu

W dzisiejszych czasach bywa aktem sprzeciwu wobec wszechogarniającej mody „na wychodzenie”. – Zostać w domu to nowy sposób na wyjście – żartuje Hodgkinson. I nie sposób nie przyznać mu racji. – Decyzja, by zostać w domu, jest małym zwycięstwem dla duszy. Oznacza, że przynajmniej na jeden wieczór zapominamy o świecie i jego pokusach. Mówimy sobie: „Nie dbam o to”. Tworzymy prywatny mały raj z kołdry, telewizji i pizzy, naszą własną twierdzę próżnowania – dodaje.

Sztuka rozmowy

Rozmowy do świtu, zarwane noce, niekończące się wątki, odważne wizje, genialne pomysły, małe i większe olśnienia, zalążki cudownych przyjaźni – dlaczego, ach dlaczego kojarzą nam się głównie ze studiami?! Czyżby dorosłe życie oznaczało koniec niezobowiązującej konwersacji (poza obowiązkowym biznesowym small talk), a początek wymiany informacji? Dobra rozmowa daje przecież dużo więcej. To dzielenie się myślami, przekonaniami, żartem, opowieścią. To bliskość w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Zamiłowanie każdego szanującego się próżniaka do rozmawiania jest, niestety, demonizowane przez społeczeństwo, które nade wszystko ceni działania. Autor „Jak być leniwym” komentuje: – Oto nowoczesna mantra: „Nie gadaj tyle, tylko zrób to!”. Na co odpowiadam: „Nie rób, pogadaj o tym. Jeżeli warto to zrobić, na pewno w swoim czasie zostanie zrobione”.

Codzienna medytacja

Nie musisz zapisywać się na kurs, czytać książek na temat medytacji, nie potrzebujesz maty i relaksującej muzyki. Wystarczy okno. Przeczytaj wiersz, znajdź wygodne miejsce do siedzenia i spójrz przez okno. Pozwól myślom błądzić. To najpiękniejsze chwile, jakie możemy sobie podarować. W oderwaniu od tego, co było i co będzie, w skupieniu na tym, co jest. Hodgkinson poleca wykorzystywać na medytację różne „bezpańskie” chwile w ciągu dnia. Gdy stoisz na przystanku autobusowym, czekasz w kawiarni na koleżankę czy ugrzęzłaś w korku – spróbuj się wyłączyć i wejść na wyższą częstotliwość z samą sobą. – Im częściej praktykujemy zmienianie pustych chwil w rozkoszną, zamyśloną bezczynność, tym lepiej nam to wychodzi – radzi Hodgkinson. Bo leniuchowanie, tak jak każdą umiejętność, można i trzeba ćwiczyć.

  1. Styl Życia

Nie wzmacniaj skłonności i nawyków, które prowadzą do cierpienia – przekonuje Pema Chödrön

Buddyzm twierdzi, że prawdziwa natura umysłu jest rozległa jak niebo, a myśli i emocje są jak chmury, które je przesłaniają. Jeśli chcemy doświadczyć bezkresu nieba, musimy zainteresować się chmurami. (fot. iStock)
Buddyzm twierdzi, że prawdziwa natura umysłu jest rozległa jak niebo, a myśli i emocje są jak chmury, które je przesłaniają. Jeśli chcemy doświadczyć bezkresu nieba, musimy zainteresować się chmurami. (fot. iStock)
Kiedy praktykujesz bycie obecnym, jedną z rzeczy, którą szybko odkrywasz, jest natarczywość narracji. Zgodnie z tradycją nasze skłonności do ulegania nawykowi narracji nazywane są w tekstach buddyjskich nasionami w nieświadomości. W odpowiednich warunkach istniejące wcześniej skłonności pojawiają się jak kwiaty na wiosnę. Pomocne jest zrozumienie, że to właśnie te skłonności, a nie to, co je wyzwala, są prawdziwą przyczyną cierpienia - tłumaczy buddyjska mniszka Pema Chödrön.

Przyśnił mi się sen o moim byłym mężu – właśnie szykowałam się, żeby spędzić spokojny wieczór w domu, gdy przyjechał mój mąż z sześcioma nieznanymi osobami, a potem gdzieś zniknął, ja zaś zostałam sama i musiałam się nimi zajmować. Byłam wściekła. Kiedy się o budziłam, pomyślałam z żalem: „No i tyle w kwestii uwolnienia się od gniewu – wygląda na to, że skłonność pozostała”. Potem zaczęłam myśleć o zdarzeniu z poprzedniego dnia i znowu zaczęłam się wściekać. Zatrzymałam się na chwilę i zdałam sobie sprawę, że czuwanie i sen są tym samym. To nie treść filmu wymaga naszej uwagi, tylko projektor. To nie nasza aktualna narracja jest źródłem bólu, przede wszystkim jest to nasza skłonność do przejmowania się.

Świadomość swoich uczuć i skłonności

Skłonność do użalania się nad sobą, skłonność do zazdrości, skłonność do gniewu – nasze nawykowe, wszechobecne reakcje emocjonalne są jak nasiona, które nieustannie podlewamy i pielęgnujemy. Ale za każdym razem, gdy zatrzymujemy się i pozostajemy w kontakcie z pierwotną energią, przestajemy wzmacniać te skłonności i zaczynamy otwierać się na odświeżająco nowe możliwości.

Gdy reagujesz inaczej na stary nawyk, możesz zacząć zauważać zmiany. W przeszłości, kiedy zdenerwowałeś się, uspokojenie mogło zająć ci trzy dni, ale jeśli nadal będziesz powstrzymywał gniewne myśli, możesz dojść do punktu, w którym uwolnienie od gniewu zajmie tylko jeden dzień. W końcu tylko kilka godzin lub zaledwie półtorej minuty. Zaczynasz uwalniać się od cierpienia.

Ważne jest, aby zdać sobie sprawę, że zatrzymywanie myśli to nie to samo co ich tłumienie. Tłumienie jest zaprzeczeniem tego, co się dzieje, jest kierowaniem myśli do podziemia, a tam zaczyna się proces jątrzenia. Jednocześnie nie chcemy dalej gonić za myślami i być przez nie wciągani. Zatrzymywanie myśli jest gdzieś pomiędzy trzymaniem się ich a odpychaniem. Jest to sposób na to, by myśli przychodziły i odchodziły, pojawiały się i znikały, żeby nie traktować ich jak czegoś wielkiego.

Ćwiczenie polega na niepodążaniu za myślami, a nie na całkowitym pozbyciu się myśli. Byłoby to niemożliwe.

Możesz doświadczać chwil wolnych od myśli, a gdy pogłębia się twoja praktyka medytacyjna – dłuższych okresów wolnych od myśli, ale myśli zawsze wracają. Taka jest natura umysłu. Nie musisz jednak robić z myśli złoczyńcy. Możesz po prostu ćwiczyć zatrzymywanie ich dynamiki. Należy pozwolić myślom odejść – albo oznaczyć je jako „myślenie” – i pozostać w bezpośrednim kontakcie z tym, czego doświadczasz.

Życie bez narracji

Wszystko w tobie będzie chciało zrobić coś nawykowego, będzie chciało podążać za narracją. Narracja wiąże się z poczuciem pewności i komfortem. Wzmacnia twoje bardzo ograniczone, statyczne poczucie własnej wartości i podtrzymuje obietnicę bezpieczeństwa i szczęścia. Ale obietnica jest nieprawdziwa – daje jedynie chwilowe poczucie szczęścia. Im bardziej praktykujesz nieuciekanie w świat fantazji i zamiast tego kontaktujesz się z poczuciem bezzasadności, tym bardziej przyzwyczajasz się do przeżywania emocji jako doświadczenia – wolnego od koncepcji, wolnego od narracji, wolnego od ustalonych idei zła i dobra.

Mimo to skłonność do walki o twoje bezpieczeństwo będzie starała wzmocnić się i zyskać na znaczeniu. Nie możemy nie doceniać bardzo realnego (i bardzo ulotnego) komfortu, jaki zapewnia. Nauczycielka medytacji, Tara Brach, w swojej książce Radykalna akceptacja, opisuje praktykę, którą stosuje w takich chwilach. Opiera się ona na spotkaniach Buddy z jego nemezis, Marą, demonem, który pojawia się, by kusić Buddę, żeby porzucił swoją duchową ścieżkę i wrócił do starych, nieświadomych zachowań. Z psychologicznego punktu widzenia Mara reprezentuje fałszywą obietnicę szczęścia i bezpieczeństwa, którą oferują nasze nawykowe reakcje. Tak więc, ilekroć pojawiał się Mara, często z pięknymi kobietami lub innymi pokusami w zanadrzu, Budda mówił:

„Widzę cię, Mara. Wiem, że jesteś oszustem. Wiem, co próbujesz zrobić”. A potem zapraszał swoją nemezis na herbatę. Kiedy jesteśmy kuszeni, by wrócić do naszych nawykowych sposobów unikania bezzasadności, możemy spojrzeć pokusie w oczy i powiedzieć: „Widzę cię, Mara”, a następnie usiąść z fundamentalną niejednoznacznością bycia człowiekiem bez osądzania, że coś jest dobre bądź złe. (…)

Fragment z książki „Żyj pięknie. Jak czerpać inspirację do zmian, które przynosi los”.

Pema Chödrön: mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy.

  1. Styl Życia

Praktyka uważności – 7 prostych rad

Kiedy jesteśmy uważni, nie osądzamy, nie walczymy, nie opieramy się zdarzeniom, uczuciom, stanom wewnętrznym. (fot. iStock)
Kiedy jesteśmy uważni, nie osądzamy, nie walczymy, nie opieramy się zdarzeniom, uczuciom, stanom wewnętrznym. (fot. iStock)
Oto siedem porad Marscha Lukasa, psychologa, autora książki „Rewire Your Brain for Love”. Pomogą ci one być uważnym w codziennym życiu.

1. Praktykuj uważność podczas rutynowych czynności

Spróbuj wnieść świadomości do codziennych zajęć, które zazwyczaj wykonujesz jakbyś był zaprogramowany. Skup uwagę na obrazach, dźwiękach, smakach, zapachach kiedy: szczotkujesz zęby, pijesz kawę, schodzisz po schodach. Może się okazać, że takie rutynowe działanie jest bardziej interesujące niż myślałeś.

2. Ćwicz uważność od razu jak się obudzisz

Dobrze, jeśli praktyka uważności pojawia się zaraz po obudzeniu. Dzięki temu system nerwowy „ustawia się” na spokojne przeżywanie teraźniejszości. Jak to robić? Powoli i pojedynczo. Jak wstaniesz nie włączaj jednocześnie laptopa, pijąc kawę, słuchając radia i robiąc dzieciom śniadanie do szkoły.

3. Pozwól umysłowi wędrować

Podążaj za swoimi myślami, obserwuj je z dystansu, jakby były chmurami pchanymi letnim wiatrem. Zobacz dokąd cię zaprowadzą, bądź świadomy tego procesu.

4. Koncentruj się krótko

Nasz mózg lepiej reaguje na krótkie ćwiczenia uważności. Bycie uważnym kilka razy dziennie jest lepsze niż jeden dłuższy lub weekendowy trening. 20 minut jest optymalnym złotym środkiem, ale można zacząć od kilku minut. Skoncentruj się na tym, jak czujesz stopy w butach albo na tym, czy twoja szczęka jest ściśnięta czy luźna.

5. Bądź uważny, czekając

Kolejka, korki, czekanie u dentysty. Kiedy czekasz zwróć uwagę na oddech, na jego przepływ, potem skup się na odczuciach w ciele. Tym sposobem przejdzie ci zniecierpliwienie i rozdrażnienie.

6. Umów się ze sobą na hasło, które przypomni ci o uważności

Na przykład za każdym razem, gdy zobaczysz czerwony kolor, przypomnij sobie o praktyce uważności, albo wtedy gdy pijesz herbatę. Możesz zmieniać hasło.

7. Naucz się medytować

Medytacja jest najlepszym sposobem, by w krew weszła ci praktyka uważności. Można ją porównać do nauki obcego języka. Liczy się powtarzanie i systematyczność. Poszukaj grup medytacyjnych lub skorzystaj z nauki na CD.

Twórcą praktyki uważności oraz jej ogólnej definicji jest Jon Kabat-Zinn. Marsch Lukas jest jednym z następców propagujących nauki Zinn’a.

  1. Styl Życia

Hildegarda z Bingen. Czego może nauczyć nas średniowieczny coach?

Każdego dnia mamy wybór; możemy rozpoznać, co nas niszczy, i postawić na to, co wzmacnia i buduje. (Fot. iStock)
Każdego dnia mamy wybór; możemy rozpoznać, co nas niszczy, i postawić na to, co wzmacnia i buduje. (Fot. iStock)
Wcześniej nie rozumiałam, jak żywym potencjałem jest nasze duchowe IQ. To jest fenomen społeczeństwa, w którym żyjemy - idziemy w niedzielę do kościoła, słuchamy o duszy, o aniołach, o życiu po śmierci, ale nie rozumiemy, co to dla nas tak naprawdę znaczy – mówi Barbara Ravensdale, terapeutka certyfikowana z duchowości hildegardiańskiej. Przekonuje, że wizja świętej z XII wieku jest nadal aktualna.

Jesteś twórczynią Technologii Wielowymiarowej – metody opartej na duchowości świętej Hildegardy z Bingen, która żyła tysiąc lat temu. W jaki sposób jej duchowość może być dla nas inspirująca, żywa?
Hildegarda była fenomenalną kobietą. Budowała klasztory. Nauczała. Tworzyła muzykę. Znała się na medycynie. Uzdrawiała. Jako jedyna kobieta w swoich czasach miała zgodę na głoszenie kazań w klasztorach męskich, co chętnie robiła. Jako pani po siedemdziesiątce objeżdżała Europę z kazaniami. Była autorytetem moralnym, etycznym, intelektualnym. Jej rady zasięgał m.in. cesarz niemiecki Fryderyk Barbarossa. Za pontyfikatu papieża Benedykta XVI została uznana świętą i – jako czwarta kobieta w historii – została doktorem Kościoła. Papież uznał, że jej wizje są wciąż drogowskazem dla całej wspólnoty katolickiej. Dla mnie jej nauki, przekazy są nieustająco żywe. Mówiła i pisała, że naszym zadaniem tu, na ziemi, jest respektowanie praw duszy. To dusza jest naszym centrum zarządzania. Nie dając jej przewodnictwa, pozbawiamy się ogromnej części naszego potencjału: świadomości, szczęścia i zdrowia. Dusza schodzi na ziemię po lekcje, aby wzrastać, hartować się. Konfrontujemy się z różnymi ziemskimi strachami – o przetrwanie, pieniądze, prestiż – jednak istnieją wartości ducha i to one są najważniejsze. Wzrastamy duchowo, gdy poszerzamy świadomość, rozwijamy wewnętrzną siłę.

Twoja przygoda ze świętą zaczęła się od tego, że kilkanaście lat temu jako rzutka bizneswoman pojechałaś do Niemiec, w Alpy na szkolenie, organizowane przez Stowarzyszenie św. Hildegardy…
Pojechałam tam z pobudek merkantylnych. Jestem właścicielką Ośrodka „Siódmy Las”, w którym proponuję kuracjuszom diety oczyszczające. Pragnęłam poznać detoks orkiszowy świętej Hildegardy, która była (i jest) znana z ogromnej wiedzy na temat ziół, zdrowego jedzenia, diet. Mentorka, która prowadziła szkolenie z diety, okazała się specjalistką z duchowości hildegardiańskiej. Pochłaniałam tę wiedzę, robiłam notatki, próbowałam obejmować rozumem to, czego się dowiadywałam. Jestem absolwentką Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, chodziłam na pielgrzymki do Częstochowy, jednak wtedy w Alpach miałam wrażenie, że otwierają się przede mną światy dotychczas nieznane, moja świadomość się poszerzyła. Wcześniej nie rozumiałam, jak żywym potencjałem jest nasze duchowe IQ, jak realną jakością jest dusza. To właśnie fenomen społeczeństwa, w którym żyjemy – idziemy w niedzielę do kościoła, słuchamy o duszy, o aniołach, o tym, że jak ktoś umiera, to idzie do nieba, ale nie rozumiemy, co to dla nas tak naprawdę znaczy. Nie rozumiemy, że to wszystko jest żywe w nas.

Dlaczego nie rozumiemy?
Ponieważ nie poszerzamy świadomości, nie rozwijamy tego potencjału. A on jest dostępny. Tam są skarby: bezmiar zdolności, talentów, radości, szczęścia. Raj, który mamy. W sięganiu do tego potencjału nie ma nic złego. Wręcz przeciwnie.

Pierwsza przychodzi chyba świadomość, że jest dużo, dużo więcej niż to, co widzimy i czujemy na co dzień…
Ta świadomość daje niesamowitą ulgę. Czasem mówimy, że istnieje druga strona życia… Ale tak naprawdę nie ma drugiej strony, wszystko jest w nas. Śmierć jest rozdzieleniem ciała fizycznego i świetlistego, jednak ta świetlista świadomość istnieje cały czas. Kontakt z nią to największe odkrycie mojego życia.

„Mamy wszystko na planecie Ziemia do tego, aby przeżyć życie w szczęściu” – pisała Hildegarda. To bardzo nowoczesne podejście. Możemy być szczęśliwi teraz, nie w wieczności.
Mamy w taki sposób rozwijać swoją świadomość, żebyśmy mogli współpracować z pragnieniami duszy, rozpoznawać je i dawać im pierwszeństwo. W koncepcji Hildegardy jesteśmy fuzją dwóch materii – fizycznej i świetlistej, czyli ciała i duszy. W czasie ziemskiej wędrówki mamy nauczyć się, w jaki sposób współpracować z duszą, ponieważ to dusza wprowadza boskie światło do ciała fizycznego, przepełnia je energią życia. Tę boską promienistą energię Hildegarda nazywała Viriditas. Viriditas przenika cały wszechświat. Gdy przepełnia nasze ciało fizyczne, czujemy się świetnie, zregenerowani, pełni życia. To znak, że nasza dusza jest zadowolona.

Czym zadowolić duszę?
Naszym zadaniem jest odkryć swoją misję, powołanie poprzez poszerzanie świadomości. Hildegarda mówiła, że sensem życia człowieka jest rozwój, zwiększanie dostępu do światła w swojej świadomości. Jej fenomen polegał na tym, że była w stanie wizytować wyższe stany świadomości, a jednocześnie wykonywać codzienne czynności.

Jako przeorysza benedyktynek zarządzała klasztorem, ogarniała mnóstwo bieżących spraw, pisała, a w tym samym czasie rozmawiała z przewodnikami duchowymi, słyszała śpiewy anielskie. Ponieważ działała w takiej jedności, mówi się o niej „trzeźwa mistyczka”. Hildegarda była niezwykle aktywną kobietą. Oderwała zakon żeński benedyktynek od męskiego, czym naraziła się na wściekłość możnych jej czasów.

Zakonników mężczyzn.
Tak. Cała kontrowersja wobec niej polegała na tym, że była kobietą silną, stanowczą, upartą, gdy chodziło o jej wewnętrzną prawdę. Działała jak silny mężczyzna. Miała – jak powiedzielibyśmy dzisiaj – kwantową świadomość. Mówiła, że wszystko w naszym wszechświecie jest energią. To właśnie w wyższych wymiarach znajdowała odpowiedzi na pytania, siłę do działania, pewność siebie. A także wszelką wiedzę – na temat stworzenia świata, kontaktów człowieka z Bogiem, czyli teologii, antropozofii, kosmologii. Na temat ziół, medycyny, uzdrawiania. Była znaną jasnowidzką i uzdrowicielką. Wiedzę tę dyktowała swojemu sekretarzowi Wolmarowi. Jej książki były i są tłumaczone na całym świecie.

Tak mocno wierzyła w swoje wizje, przekazy z wyższych wymiarów, że nie obawiała się przeciwstawić ówczesnej władzy, instytucjom kościelnym. Na przykład udzieliła schronienia szlachcicowi podejrzanemu o morderstwo, za co została ukarana przez biskupów z Moguncji różnymi zakazami – zakazem śpiewów, bicia w dzwony itp. Była pewna, że jest niewinny. Gdy umarł, pochowała go na klasztornym cmentarzu, także wbrew władzom. Potem okazało się, że to ona miała rację; szlachcic był niewinny.

To się nazywa wierność sobie, swojej prawdzie.
To jest jakość, której życzę każdemu z nas. Wtedy właśnie wzrasta nasza wewnętrzna moc, następuje ten rozwój, po który dusza schodzi tu, na ziemię. My – tak jak Hildegarda – bardzo często jesteśmy wystawieni na naciski z zewnątrz, ze strony różnych instytucji, autorytetów, jesteśmy uwikłani finansowo, prestiżowo, towarzysko. I – jakże często – odstępujemy od naszej wewnętrznej prawdy, żeby kogoś nie zawieść, żeby nie zostać ukaranym, nie stracić stanowiska, prestiżu.

Wybory duszy różnią się od wyborów dokonywanych przez ograniczoną ludzką istotę. W jaki sposób zmieniły się twoje wybory?
Przede wszystkim przestałam oczekiwać, że świat coś mi da. Odkryłam, że to ja mam do dania coś wartościowego i wcześniej czy później zostanie to zauważone. Zaczęłam odnosić sukcesy w życiu osobistym i biznesowym, gdy przesunęłam świadomość od wymagań i żądań w kierunku doceniania i wdzięczności. Byłam osobą, która bała się śmierci. Czasami budziłam się o trzeciej nad ranem z wewnętrzną trwogą, w bezdechu. Jakby mi ktoś lał ołów w żyłę. W tej chwili inaczej postrzegam życie. Człowiek ze świadomością wielowymiarową zyskuje dystans do ziemskich strachów. Wie, że gdy coś się psuje, rujnuje, jest w tym lekcja. I jeśli wtedy nie przestraszymy się, na pewno wyjdziemy z tarapatów zwycięsko. Gdy kogoś spotykam, widzę w nim wyjątkową duszę. Cieszę się dziećmi, drzewami, ziemią, niebem, całym boskim stworzeniem. Widzę piękno tego stworzenia. Hildegarda bardzo szanowała fizyczną energię; była radosną osobą, śpiewała, dbała o ciało. Pisała, że ciało to szata duszy i że to dzięki niemu dusza realizuje się tu, na ziemi. Szanujmy radość i piękno, które nas otacza – taki jest przekaz Hildegardy. Radość regeneruje wewnętrznie; czujemy się swobodnie, bezpiecznie, mamy energię.

Na czym polega twoja autorska terapia wielowymiarowa?
Na świadomości, że jesteśmy obywatelami ogromnego uniwersum i w związku z tym możemy być w kontakcie ze wszystkim. Wszystko jest w nas. Wszelkie nasze niedomagania są spowodowane frustracjami duszy, zaciemnieniami energii. Możemy wejść do wyższych światów i z miejsca tej poszerzonej świadomości dotknąć ciemności w nas. Hildegarda pisała, że miłość jest siłą porządkującą wszechświata. Doświadczamy tego w terapii wielowymiarowej.

Z miłością, czułością i współczuciem dotykamy wszelkich bolesnych miejsc w sobie, a wtedy następuje transformacja na poziomie energetycznym; wracamy do zdrowia. Transformacja na poziomie energetycznym natychmiast przekłada się na kondycję komórek w ciele, dosłownie odżywia łańcuchy DNA.

Trzeba jednak chcieć zbliżyć się do tych ciemnych miejsc w nas.
„Odważnie realizuj swój potencjał” – pisała Hildegarda. Nie zakopuj talentów. Rozwijaj je. Nie oglądaj się na nikogo. Nie czekaj. Działaj – bez względu na to, co ludzie powiedzą; bez względu na wszystko. A jednocześnie rozpoznaj swoje lekcje, zrób porządek wewnątrz siebie, odzyskaj wolność, pogodę ducha. Zmierz się ze swoimi lękami, bo nigdy nie jesteś sam; cały wszechświat cię wspiera.

Talenty to nasze duchowe możliwości.
Oczywiście. Czujemy impuls, pragnienie, do czegoś nas ciągnie. Nie lekceważmy tego. Talenty są bezpośrednio związane z rozwojem duszy: dusza pragnie stworzyć coś na ziemi. To mogą być proste rzeczy – założenie ogrodu, pisanie, malowanie, hodowanie papużek. Pójść za pasją duszy to dać sobie ogromną porcję radości.

Duchowość Hildegardy to duchowość małych rzeczy, codziennej radości. Dbaj o swoje szczęście, zdrowie, o rozwój świadomości pisała. Każdy dzień jest ważny, każda chwila.

Jakbyśmy dziś powiedzieli: bardzo proaktywna duchowość.
Tak, każdego dnia mamy wybór; możemy rozpoznać, co nas niszczy, i postawić na to, co wzmacnia i buduje.