1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Przebudzenie świadomości – czy daje odpowiedź na pytanie „kim jestem”?

Przebudzenie świadomości – czy daje odpowiedź na pytanie „kim jestem”?

Odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, tworzy najgłębszą istotę naszej cywilizacji. Decyduje o tym, czy pójdziemy na wojnę; czy i jak będziemy się troszczyć o siebie, o innych i o planetę; czy wybierzemy miłość i wsparcie zamiast lęku i oddzielenia. Czy przetrwamy jako ludzkość. (Fot. iStock)
Odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, tworzy najgłębszą istotę naszej cywilizacji. Decyduje o tym, czy pójdziemy na wojnę; czy i jak będziemy się troszczyć o siebie, o innych i o planetę; czy wybierzemy miłość i wsparcie zamiast lęku i oddzielenia. Czy przetrwamy jako ludzkość. (Fot. iStock)
Żyjemy w czasach nieznanego dotąd potencjału: powszechnego budzenia się świadomości. To, co kiedyś było zarezerwowane dla garstki nielicznych, teraz jest dostępne dla wszystkich. Możemy przebudzić się, pozostając zwykłymi ludźmi. Możemy to zrobić w tej chwili. Teraz. To jest tak proste jak oddychanie, twierdzą ci z nas, którzy już to wiedzą. Do czego się budzimy?

W samym centrum naszego istnienia kryje się jedno pytanie. Żyje w każdym wyzwaniu, z jakim kiedykolwiek będziemy się mierzyć. I w każdym wyborze, jakiego kiedykolwiek dokonamy. Stanowi fundament każdej decyzji. Pojawia się we wszystkim, co robimy. Pytanie leżące u podstaw wszystkich pytań brzmi: Kim jesteśmy? Odnalezienie odpowiedzi na nie jest absolutnie kluczowe. Niezbędne. O tym właśnie jest książka „Głęboka prawda. Ostatnia szansa ludzkości” Gregga Bradena, nazywanego pionierem łączenia nauki i duchowości. Odpowiedź na pytanie, kim jesteśmy, tworzy najgłębszą istotę naszej cywilizacji. Decyduje o tym, czy pójdziemy na wojnę; czy i jak będziemy się troszczyć o siebie, o innych i o planetę; czy wybierzemy miłość i wsparcie zamiast lęku i oddzielenia. Czy przetrwamy jako ludzkość. Na naszych oczach wyłania się nowy, wspólny i oparty na współpracy świat, pisze Braden. Jednocześnie niestabilny świat przeszłości walczy o przetrwanie. Oba światy wciąż istnieją – na razie.

Przez chwilę się nie poruszaj

Historia Gangaji, światowej nauczycielki budzenia świadomości, może być zwierciadłem zmian, jakie czekają nas w najbliższych latach. Gangaji (wł. Toni Roberson) jest współczesną Amerykanką, która przeszła drogę „od osobistej historii cierpienia”, jak pisze w książce „Diament w twojej kieszeni”, do „życia na gruncie radości”. Według powszechnych standardów prowadziła cudowne życie, była zdrowa, głęboko zakochana w drugim mężu, rozwijała karierę. Miała dobre relacje z córką. „Mimo to chciałam więcej i bałam się stracić to, co miałam – pisze. – Nadziei na przyszłość często towarzyszył paniczny lęk przed tym, co może się wydarzyć. To bardzo wyczerpujące. Byłam sobą rozczarowana, a jednocześnie męczyły mnie codzienne próby naprawiania tego, co przeżywałam, i jaka byłam. Utknęłam w osobistym cyklu cierpienia. Kiedy taki cykl powtórzy się milion razy, staje się dobrze znany”.

Pytała siebie, jak to możliwe, że jest relatywnie szczęśliwa, nawet czasami głęboko spełniona, a mimo to odczuwa tęsknotę za czymś, czego nie potrafi nawet nazwać? Pragnęła wolności od walki, od wszystkich swoich zapętleń i fałszywych przekonań. Pragnęła wiedzieć, czy istnieje ostateczna, absolutna prawda. Chciała życia, a nie historii cierpienia. „Co mam robić?” – zapytała nauczyciela. Jego odpowiedź była prosta, a zarazem szokująca: „Nie rób niczego. Zatrzymaj wszystkie poszukiwania i wymówki, zobacz, co już jest tutaj. Nie poruszaj się w kierunku czegoś i nie uciekaj od niczego. W tej jednej chwili bądź nieruchoma”. Dotarło do niej, że nauczyciel prosi, aby zatrzymała całą mentalną aktywność. Szybko w umyśle pojawiły się wątpliwości, lęk, panika, że gdy przestanie myśleć, wtedy nie zadba odpowiednio o ciało, w ogóle nie wstanie z łóżka, nie będzie w stanie prowadzić samochodu, nie pójdzie do pracy. Czuła, że jeśli przestanie szukać, utraci wszystko, co do tej pory zdobyła. Jednak siła, jasność i pewność w oczach nauczyciela sprawiły, że strumień myśli w jej głowie zatrzymał się; zatrzymało się podążanie za myślami i wiara w kryjące się za nimi dramaty. W jednej chwili odnalazła spełnienie i pokój. Na spotkaniach z ludźmi na całym świecie opowiada o tym momencie przebudzenia: „Wszystko, cokolwiek i kiedykolwiek mogłam chcieć, było już obecne jako tło czystego odwiecznego istnienia. Całe cierpienie, które określałam i wiązałam z „ja” lub „mnie”, znalazło się w przestrzeni promiennego bycia. A co najważniejsze – rozpoznałam, że właśnie to istnienie jest prawdą o tym, kim jestem. Doszło do istotnego przesunięcia uwagi z mojej osobistej historii cierpienia na nieskończoną głębię bycia, która zawsze istniała pod powierzchnią tej historii. Co za spokój! Co za ulga! Jakie odprężenie! A więc nie jestem ograniczona żadną historią! Prostota tego, co do mnie dotarło w tamtej chwili, była trudna do ogarnięcia. Wcześniej myślałam, że to nie może być takie proste. Wpojono mi, że dopóki nie będę wolna od grzechu, chciwości, agresji, nienawiści i karmy, nie mogę dosięgnąć tego miejsca”.

Gdy ludzie pytają ją, w jaki sposób przeżywa teraz swoje życie, mówi: „Przestałam szukać spełnienia w umyśle czy zewnętrznych okolicznościach, ponieważ zdałam sobie sprawę, że są nietrwałe i zmienne, że nie można na nich polegać. Ciągle od czasu do czasu pojawiają się momenty nieszczęścia, złości, przykrości, różne nastroje, które przemijają, ale to wszystko odbywa się na podłożu radości. Wszystkie nastroje, stany umysłu, uczucia wskazują na to samo źródło – bezkresne niebo czystej i wolnej świadomości, która jest prawdą o tym, kim jesteśmy”.

Zaprasza nas, abyśmy się zatrzymali – tylko w tej chwili. To nie znaczy, że mamy zatrzymać się do końca życia, nigdy nie wyjść z domu, nigdy nie opowiadać żadnej historii czy nigdy już nie myśleć. To zaproszenie, by zatrzymać wszystko po to, aby w tej właśnie chwili zwyczajnie być. W istocie wszystko, co potrzebne, to jedna chwila prawdziwego zatrzymania. Jeśli się zatrzymasz i udzielisz wsparcia każdej bieżącej chwili, twoje życie zapłonie miłością, mówi i pisze Gangaji.

Budzi się czujna obecność na to, że jesteśmy czystą i wolną świadomością. Czujna obecność jest wyborem, aby w każdej chwili poddać się prawdzie o jedności wszystkiego, co jest. Co zawsze jest tutaj? Co pozostaje, gdy wszystko przemija i dobiega końca? To, co pozostaje, jest godne zaufania.

Jak wyglądałyby nasze intymne związki, gdyby była w nich uważność i świadomość, że wszystko jest jednością? A jak wyglądałaby z tej perspektywy praca, którą wykonujemy? I wszystkie inne związki, które tworzymy? W jaki sposób dbalibyśmy o siebie, o wspólnoty, które tworzymy, i o przyrodę?

Niektórzy nazywają ją guru, inni nauczycielką, ona mówi o sobie, że jest zwykłą kobietą i niczym się od nas nie różni. Wszyscy jesteśmy odbiciami jednej esencji świadomości. Świadomość jest wolna, dlatego i my jesteśmy wolni.

<!--jt:related class="left" src="https://zwierciadlo.pl/js/tiny_mce/plugins/jtinfobox/img/related.png" />

Przyjaciółki

Dziennikarka Rita Marie Robinson przeprowadziła fascynujące wywiady z kobietami w różnym wieku, które w świecie prowadzą grupy obecności i uważności. Zebrała je w zbiór: „Zwyczajne kobiety, niezwykła mądrość. Kobiecy wymiar przebudzenia”. Wszystkie żyją zwyczajnie – mają dzieci, mężów, psy, obiady do ugotowania, rachunki do zapłacenia. Mimo że doświadczają – jak my wszyscy – nieuchronnych zmian, rozwodów, chorób, konfliktów i śmierci, promienieją spokojem i radością. Nie mówią o sobie, że są nauczycielkami, ponieważ to sugerowałoby, że wiedzą coś, czego my nie wiemy. Nazywają siebie „przyjaciółkami”. A oto, co mówią te zwyczajne niezwykłe kobiety o swojej przebudzonej świadomości:

„Cały czas usiłowałam naprawić osobowość; byłam nie taka, chciałam być »lepsza«. Jeśli myślisz, że jesteś »kimś«, osobowość stworzy problemy na nowo. Cała moja praca nad tym zagadnieniem była daremna i upokarzająca. To tak, jakbyś chciała zacerować sweter w jednym miejscu, a on pruje się gdzie indziej. Moją prawdziwą naturą jest przestrzeń, otwartość, a nie myślący umysł”.

„Pojawiają się wszystkie uczucia, jakie można sobie wyobrazić: smutek, złość, szczęście. Jednocześnie czuję się głęboko odprężona. To dla mnie znak, że coś ulega głębokiej przemianie”.

„Spoglądam w czyjeś oczy i widzę tę iskrzącą, łagodną, przyjazną obecność bez względu na pomysły ego, jak ta osoba powinna wyglądać i jaka być”.

„Po prostu odpowiadam temu, co dzieje się z chwili na chwilę. Łatwo zauważyć, że życie oddycha przeze mnie i stale mnie ożywia. Jeśli spojrzymy wstecz, zobaczymy, że życie zawsze o nas dbało. Życie jest bardzo, bardzo mądre”.

„Życie samo troszczy się o wszystko. Czemu nie odpuścić i nie pozwolić, aby zajęło się naszymi sprawami? Dlaczego nie zaufać tej sile, która sprawia, że trawa rośnie?”

„Gdy prowadzę zajęcia lub rozmawiam z ludźmi, to życie rozmawia samo ze sobą”.

„Sprzątam dom i gotuję obiady. To jest to samo życie co wcześniej, ale zmartwienia zmniejszyły się o 90 procent, a poczucie oddzielenia o 98 procent”.

„Jest tylko istnienie, więc w rzeczy samej nie ma kobiet ani mężczyzn. Jestem zwolenniczką braku różnic, ale te przejawy niepowtarzalności są tak cudowne, że wątpię, aby ktokolwiek chciał z nich zrezygnować”.

„Każdy przejaw istnienia – smutek, radość, żal, wyrzuty sumienia – wszystko pragnie mieć we mnie swoje miejsce. Istnienie to łagodne zaproszenie, by wszystko przyjąć do serca”.

„Miłość i czułość są naturalnie obecne”.

„Mądrość to ufać temu, co jest głębiej niż myśli, temu, co jest żywe; co kocha życie i pragnie mu służyć”.

„Poczucie błogości nie pochodzi z ucieczki, ale z bycia obecną i z mówienia prawdy. Najważniejsze, by mówić prawdę i ufać sobie. Mówić prawdę coraz odważniej i ufać sobie coraz bardziej. To nie ma końca”.

„Chociaż cała mądrość i miłość wszechświata już jest wewnątrz nas, jedynie serce o tym wie. Dla racjonalnego umysłu to po prostu zbyt wiele. Serce zna drogę i można mu zaufać”.

„W sercu jesteśmy dobrocią. Nie ma przymusu, aby stawać się dobrym, ponieważ to, kim jesteśmy, to sama dobroć”.

„Znaczną część życia poświęciłam na poszukiwanie miłości – tak bardzo jej pragnęłam. W końcu uświadomiłam sobie, że sama jestem miłością i że ona jest właśnie tu, we mnie. Och, to było bardzo zwyczajne doświadczenie tej ogromnej miłości!”

„Mam całkowite zaufanie do tego, co jest. Doświadczam ciszy w samym środku wszelkich zawirowań”.

„Ta namiętna obecność jest we wszystkim; gdy gotuję, sprzątam, wychodzę z psem, prowadzę zajęcia, rozmawiam z sąsiadką”.

„Właśnie w tym momencie, dokładnie tu, gdzie jestem, jest święta ziemia i święta chwila”.

„Po prostu wszystko zaczyna dziać się samo”.

Czy to wszystko, o co chodzi w życiu?

Pierwszym impulsem do przebudzenia świadomości może być… sukces. Albo porażka. I sukces, i porażka stają się lekarstwem na naszą globalną chorobę – zniechęcenie i poczucie bezsensu. Gdy określamy siebie w oparciu o to, co na zewnątrz, możemy być zaskoczeni, że wciąż odczuwamy pustkę. Pytamy rozczarowani: „Czy to wszystko, o co chodzi w życiu?”. Głęboko w sobie wiemy już, że to nie działa. Gdy ponosimy porażkę, próbując osiągnąć cel, po wielkich trudnościach w końcu poddajemy się. Zarówno całkowita porażka, jak i pełen sukces wskazują drogę do wewnętrznego spokoju i radości, ponieważ roztrzaskują iluzję, że osiągnięcie celu da szczęście i zakończy cierpienie. Droga do celu najczęściej bywa walką. Wierzymy, że walka w końcu przyniesie nam trwały spokój. Jednak spokoju nie można odnaleźć poprzez walkę, to sprzeczność sama w sobie. Rozczarowanie wysiłkami i głęboka tęsknota w sercu budzą nas do nieruchomej ciszy czystej świadomości, którą jesteśmy.

Frank Kinslow, lekarz, twórca metody samouzdrawiania, którą nazwał synchronizacją kwantową, pisze w swojej książce „Eufouczucie!”, że jedyna rzecz, która stoi między nami a spokojem to myśl, że życie wymaga naprawy. „Zaakceptuj, że życie jest, jakie jest, i zaprzestań walki, by je zmienić. To, co zajmie miejsce walki, to spokój. To tyle. Koniec historii. Koniec cierpienia”.

Ten wybitny lekarz zwraca uwagę, że żadna proklamacja pokoju na świecie niezależnie od tego, jaka wzniosła organizacja ją głosi, nie może go zapewnić. Pokój na świecie zostanie osiągnięty tylko wtedy, gdy jednostki tego świata będą w pokoju z samymi sobą. Nie jest tak, że problem światowego pokoju jest zbyt wielki czy zbyt skomplikowany. Rozwiązanie problemu dysharmonii świata jest nie tylko osiągalne, ale proste. Mamy wszystko, czego nam potrzeba, by już teraz przywrócić pokój w każdym z nas.

W połowie ubiegłego stulecia znany psycholog Abraham Maslow badał zdrowych ludzi i nazwał ich „jednostkami realizującymi się”. (Dzisiaj powiedzielibyśmy „przebudzonymi”). Realizujący się są świadomi wewnętrznej jedności. Świadomie połączyli zewnętrzny chaotyczny świat z wewnętrzną spójnością, która odzwierciedla harmonię i radość w codziennym życiu. Zachwycają się pięknem nawet zwykłych spraw, ponieważ dostrzegają w nich świętość. Są z natury motywowani przez prawdę, piękno i sprawiedliwość, a nie strach, chciwość i manipulację. Są tymi, którzy naturalnie żyją w spokoju i radości. Ich świadomość jest czysta. Realizujący się mają potężny, harmonizujący wpływ na swoje środowisko, pisze Frank Kinslow. Gdy zbierze się razem dwóch lub więcej, ich wpływ podnosi się do kwadratu. Oznacza to, że dwoje realizujących się przebudzonych ludzi posiada harmonizującą moc czterech osób. Cztery osoby mają moc 16. 16 to ekwiwalent 256 osób, a 256 osób jest równe 65 536 osobom itd. Potrzeba jedynie pierwiastka kwadratowego jednego procentu populacji, by stworzyć fazę przejściową do wyższej świadomości. Pierwiastek kwadratowy jednego procentu populacji wpłynie pozytywnie na życie ludzi w danym mieście, nawet jeśli nie są oni świadomi realizujących się. To niewiarygodnie mała liczba! Jeden procent milionowego miasta to dziesięć tysięcy osób. Pierwiastek kwadratowy z tej liczby to sto osób! Wystarczy sto osób o przebudzonej świadomości, by mogły mieć podnoszący na duchu, harmonizujący i uzdrawiający wpływ na milionowe miasto. By rozprzestrzenić po świecie pokój i dobrobyt, potrzebujemy jedynie ośmiu tysięcy przebudzonych osób.

Wygląda na to, że mamy przed sobą bardzo proste zadanie: Odnaleźć pokój w sobie, tylko tyle. Nasza odkryta na nowo świadomość ogrzeje świat.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Czy każdy z nas ma szansę na oświecenie?

Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii. Skoro jednak zbudowaliśmy własne więzienie, to mamy klucz, żeby siebie z niego wypuścić (fot. iStock)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie.

Czy można osiągnąć oświecenie w jedno popołudnie? Roshi Genpo Merzel, mistrz zen, twierdzi, że tak. Chodzi o to, by przestać się utożsamiać z głosem, a właściwie głosami, jakie ciągle słyszymy w swojej głowie. I nie oznacza to wielogodzinnej medytacji w ciszy, ale rozmowę w luźnej atmosferze. A gdy robi się zbyt poważnie, Roshi przerywa i mówi: „Nie macie z tego w ogóle żadnej radości!”

Ponad 50 osób na sali. Większość z nich uczestniczyła w porannych warsztatach Roshiego, ale z ciekawości i potrzeby przyszli także na popołudniowe. Roshi śmieje się, że choć już są oświeceni, to jednak dopiero od kilku godzin, więc jest nad czym pracować. W końcu jemu przejście od niedojrzałej fazy bycia oświeconym do tej dojrzałej zajęło 15 lat. Roshi Dennis Genpo Merzel (Genpo jest jego buddyjskim imieniem) jest mistrzem zen (Roshi oznacza mistrza), uczniem słynnego mistrza Taizana Maezumiego. Założył międzynarodową grupę buddyzmu zen Kanzeon International Sangha z siedzibą w Salt Lake City. Polską grupę przez długi czas prowadziła jego spadkobierczyni, Małgorzata Braunek.

Zrzuć skorupę

– Czy wiecie, jak rosną homary? – zaczyna Roshi. – To ciekawe, bo robią to dokładnie jak my – dodaje. Otóż homar rośnie wewnątrz swojej skorupy, a gdy ta staje się zbyt ciasna i zaczyna go uwierać, długo waha się, czy ją zrzucić. Pozbycie się jej uczyni go wprawdzie bezbronnym, ale pozostawienie jej skazuje go na ból. W końcu homar zrzuca skorupę, chowa się pod skałą i czeka, aż wyrośnie mu nowy pancerz. Tak się dzieje za każdym razem, gdy skorupa znowu okazuje się za mała. Podobnie jest z ludźmi, tyle że naszą skorupę tworzą przekonania, sposób myślenia, nawet nasze opinie. Jesteśmy tak do nich przywiązani, że wolimy mieć rację niż być szczęśliwi. I w końcu ta potrzeba posiadania racji zaczyna nas uwierać, ale boimy się, że – porzucając swoje przekonania i opinie – staniemy się bezbronni. Praktyka zen mówi, że trzeba zrzucić skorupę. – Nikt nie robi skorupy dla homara, on sam ją wytwarza. W jakimkolwiek więzieniu jesteś, sam je sobie budujesz – kończy Roshi i dodaje: –  Mam dla was dobrą i złą wiadomość. Zła jest taka, że wszyscy jesteśmy więźniami naszych pomysłów, idei, teorii, konceptów, sposobu myślenia, opinii, nawet jeśli przyszły od innych autorytetów, to przyjęliśmy je jako swoje. Dobra wiadomość jest taka, że skoro zbudowałeś własne więzienie, to masz klucz, by siebie z niego wypuścić. Nie ma zewnętrznego autorytetu, który mógłby ci pomóc. Możesz liczyć na to, że praktyka zen cię wyzwoli, ale drzwi musisz otworzyć sam – kończy.

Gdy Budda przebudził się ze swojego koszmaru, iluzji, powiedział: „Jestem przebudzony. I wszyscy inni też są, tylko że ja to sobie uświadamiam, a inni jeszcze nie”. – Jesteście całkowicie przebudzeni, tylko w to nie wierzycie. Wolicie inwestować w prawo do posiadania racji niż w bycie wolnym i szczęśliwym – mówi Roshi. – Kiedy w końcu zrzucamy swoją skorupę, stajemy się bezbronni. Podobnie kiedy tracimy kogoś, kogo kochamy, przechodzimy wtedy przez proces żałoby i smutku, który czyni nas bezbronnymi. Mówimy, że mamy złamane serce, ale ono jest tylko odsłonięte, bo pękła otaczająca je skorupa. I chociaż jesteśmy wtedy bezbronni, to z drugiej strony właśnie teraz możemy poczuć prawdziwą bliskość. Kiedy przechodzimy proces smutku i żałoby, ciężko jest nam zobaczyć w nim coś pozytywnego. Ale jeśli przejdziemy przez ten trudny czas, wszystko się zmieni. Zaczniemy dostrzegać jasną stronę sytuacji, dojrzejemy – puentuje Roshi. I proponuje: – A teraz zróbmy trochę Big Mindu.

Głosy w nas

Big Mind to słowo klucz tych warsztatów. Autorska metoda rozwoju osobowości Roshiego Genpo, proces, który prowadzi do oświecenia. Big Mind łączy w sobie mądrość Zachodu i Wschodu, czerpiąc zarówno z mistycznych doświadczeń autora i praktyki zen, w tym medytacji, jak i z psychologii głębi, technik psychologii Gestalt oraz terapii Junga, jako że mistrz sam przed laty był terapeutą Gestalt. Roshi wykorzystał tu zwłaszcza metodę Hala i Sidry Stone’ów, pary terapeutów, który stworzyli tzw. Dialog z Głosami. Koncepcja ta zakłada istnienie w człowieku kilku osobowości, które często dochodzą do głosu, i z którymi błędnie identyfikujemy się, jako z prawdziwym „ja”. Podczas rozmowy z tymi osobowościami przenosimy je do naszej świadomości, dzięki czemu przestają nami rządzić. Tę samą metodę rozmowy z głosami możemy wykorzystać w rozwoju duchowym, podczas kontaktu z Absolutem, czyli właśnie Big Mind, Wielkim Umysłem.

Prosimy o rozmowę z głosami, by poznać ich prawdziwą naturę, zdecydować, czy chcemy być oświeceni i przejąć odpowiedzialność za swoje życie, czy też pozostać nieświadomi i żyć w złudzeniu, a tym samym pozwolić, by głosy nami kierowały.

Bąbelek, który chce być większy od oceanu

Kluczowym pojęciem w Big Mind jest „self” czyli „ja”. To nasz Umysł Dualny, głos, z którym mamy do czynienia na co dzień, z którym się utożsamiamy. W rzeczywistości to głos ograniczony, a jednocześnie różnicujący świat na tu i tam, nas i innych, podmiot i przedmiot, złe i dobre. Aby wyjść poza te ograniczenia, musimy skontaktować się z Umysłem Niedualnym, który nie rozróżnia, nie ocenia, tylko obserwuje – Absolutem.

Jak mówi Roshi, „self” uważa siebie za najważniejsze, ustawia siebie w centrum wszechświata. – Nasza prawdziwa natura to ocean, a „self” jest jedynie bąbelkiem na jego powierzchni. Tych bąbelków jest milion i każdemu z nich się wydaje, że jest najważniejszy i nie może pęknąć, bo świat się wtedy rozpadnie. Ten bąbelek zbudowany jest z naszych napięć – tłumaczy Roshi. – Dlatego tak bardzo boimy się śmierci i utraty siebie. Tak długo jak identyfikujemy się z bąbelkiem, tak długo jesteśmy spięci, zestresowani. Żeby się rozluźnić, musimy puścić bąbelek. Boimy się jednak, że wówczas stracimy pewną wersję siebie, w którą wierzymy. To prawda, stracimy ją, ale wtedy staniemy się oceanem, czyli naszą prawdziwą naturą – dodaje.

Przejmij odpowiedzialność

Roshi: Czy mogę rozmawiać z głosem, który jest już oświecony, ale „self” sobie tego jeszcze nie uświadomiło? Powiedzcie, jak zachowuje się „self”, kiedy nie wie, że jest oświecone? Uczestnicy: Jest pełne lęku.

Jaki to lęk? Przed nowym, przed wszystkim, przed śmiercią, chorobą, samotnością, odrzuceniem, utratą kontroli.

Jak zachowuje się „self” pod wpływem lęku? Ocenia, kontroluje sytuację, zrzuca odpowiedzialność na inne osoby. Koncentruje się na wizerunku, myśli o tym, jak inni je odbierają, cały czas ocenia, czy sytuacja jest dobra czy zła.

– Kiedy rozmawiamy z głosem, który jest oświecony, to, co z was wypływa, nazywamy mądrością – tłumaczy Roshi. – Ale wyobraźcie sobie, że rozmawiamy z kimś, kto jest oświecony, ale „self” tego jeszcze nie wie. Budda nazwał ten stan złudzeniem. Choć jesteśmy oświeceni, zachowujemy się jak nieświadomi. Jesteś tu cały czas – oświecony – ale „self” nie wierzy, że tu jesteś. Nie wierzy, bo nie chce uwierzyć, że jest całkowicie odpowiedzialne za swoje życie. Dlatego wybiera złudzenie. Wiedząc, jak się sprawy mają, dostajemy klucz i wolność wyboru. Możemy powiedzieć: „Wybieram bycie w złudzeniu, nieświadomości”, ale możemy też wybrać niebycie w złudzeniu. A kiedy coś wybieramy, bierzemy za to odpowiedzialność – kwituje Roshi. I dodaje, by rozluźnić poważną atmosferę: – Mój nauczyciel powiedział, że woli żyć w złudzeniu, bo to jest zabawniejsze.

Warsztaty trwają. Genpo po kolei rozmawia z pełni oświeconym, świadomym, przebudzonym „ja”, oraz z nieświadomym „ja”, które nie wie, że żyje w złudzeniu. Za każdym razem pyta głosy, jak się czują w danej sytuacji. Na koniec prosi o rozmowę z głosem, który obejmuje w pełni świadome i oświecone „ja” oraz w pełni nieświadome, żyjące w złudzeniu „ja”.

– Kiedy ktoś myśli, że jest oświecony, to pozostaje nieświadomy, w złudzeniu, a gdy ktoś myśli, że żyje w złudzeniu, to właśnie jest oświecony. To od nas zależy, czy jesteśmy jednym czy drugim – podsumowuje Roshi. – Do nas należy głos Ostatecznego Autorytetu. Nie znajdziemy w tej kwestii akceptacji pochodzącej z zewnątrz, czyli tam, gdzie autorytetu szuka nasze dualne „self”. To my jako ostateczny autorytet musimy zaakceptować, przyjąć nasze „self” takim, jakim ono jest, z pełnym uznaniem.

Czy czuję się oświecona? Raczej zdezorientowana. Ale pocieszam się, bo po pierwsze praktyka czyni mistrza (dosłownie!), a po drugie, jak mówi Roshi, różnica między oświeceniem a nieświadomością jest taka, że złudzenie uważa, że jest jakaś różnica między tymi stanami, a oświecenie wie, że jej nie ma.

Jak patrzeć na siebie z boku? - wyjaśnia Roshi Genpo Merzel

Jak na co dzień panować nad głosami w swojej głowie, które zatruwają życie i chwieją poczuciem własnej wartości? Tu potrzeba medytacji, by móc oglądać, patrzeć na te myśli, pozwolić, by one przyszły, bez oceniania ich, bez krytyki, bez preferencji. Nie zastanawiamy się, czy one są złe albo dobre, pozwalamy im przyjść i odejść. To trochę jak z czystym niebem, na którym pojawiają się chmury. A niebo ich nie ocenia, tylko obserwuje. Problem polega na tym, że gdy umysł otrzymuje te niepokojące myśli, odbiera je jako prawdziwe, jako coś wielkiego. Ale tak naprawdę możemy je tylko obserwować i pozwolić im odejść, traktować je jak bąbelki na powierzchni wody, nie utożsamiać się z nimi.

Bardzo trudno jest widzieć siebie takim, jakim chcemy, ale ważne, by być otwartym na ludzi, którzy nas znają, kochają i którym na nas zależy. Pozwólmy im opowiedzieć nam o nas, wysłuchajmy, co chcą nam przekazać, to ma ogromną wartość i moc. Można też wyjść z własnego „self”, zadać sobie interesujące pytania – wtedy jesteśmy szczerzy, bo nie identyfikujemy się ze sobą, z własnym „self”, patrzymy na siebie z boku. Teraz ważna rzecz: jeśli kogoś nie lubimy lub nie akceptujemy jakiejś cechy w tej osobie, możemy być pewni, że mamy tę cechę w sobie. Po prostu nie dopuszczamy jej do głosu, albo wiemy że jest, tylko negujemy jej istnienie.

Mamy wiele twarzy, jak odróżnić fasadę od prawdziwego „ja”? Właściwie wszystko, co myślimy o sobie, co jakoś nas określa, jest fasadą. „Self” samo w sobie jest puste. Ale to jest piękne, bo oznacza, że możemy odłożyć na bok fasady i rozmawiać z prawdziwym „ja”. Mówimy: pozwól mi porozmawiać z fasadą. W naszym trójkącie na jednym rogu podstawy mamy fasadę, na drugim prawdziwe „ja”. A na wierzchołku, gdzie fasada jest prawdziwym „ja”, a prawdziwe „ja” fasadą, możemy wybrać, na co się decydujemy, możemy się zmieniać, być bardziej elastyczni. Ważne, żeby wiedzieć, na co się godzimy. Chodzi nie tyle o wybór, ile o świadomość wyboru, jakiego dokonujemy. To tak jak z byciem raz szczodrym, raz skąpym. Możemy być i tacy, i tacy, nie musimy tego akceptować, wystarczy, że przyznamy, że jesteśmy raz tacy, a raz tacy.

  1. Psychologia

Co potrafi nasz umysł? Jak działa? - tłumaczy Wojciech Eichelberger

To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
To umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. (fot. iStock)
W pracy, w domu wciąż wymaga się od nas jeszcze i jeszcze. Przydałby się jakiś dodatkowy zasób, z którego moglibyśmy czerpać. Czy to prawda, że na co dzień wykorzystujemy tylko 10 procent możliwości mózgu? Jak sięgnąć po te 90 pozostałych? I co ma z tym coś wspólnego psychoterapia? – odpowiada Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Jak to jest z mózgiem? Badania zebrane w „50 wielkich mitach psychologii popularnej” Scotta O. Lilienfelda, Stevena Jaya Lynna, Johna Ruscio i Barry’ego L. Beyersteina nie potwierdzają, że mamy w nim jakiś ukryty potencjał. Ale chcemy wierzyć, że jednak on tam jest.
Nie jestem neurobiologiem ani neurokognitywistą, tylko psychoterapeutą, i dlatego zajmuję się umysłem, a nie mózgiem. Programem, jak można by powiedzieć, a nie samym komputerem, którym w tym ujęciu nazwałbym mózg. Ale też z mojego doświadczenia wynika jasno, że to właśnie umysł decyduje o tym, co może mózg. On mu to nawet dyktuje! To umysł decyduje o tym, jak postrzegamy siebie i świat, a więc co myślimy. Źródłem umysłu jest oczywiście kultura, w której żyjemy, język, którym mówimy, ale też emocje i wydarzenia z życia, wątki biograficzne, a więc to, czym zajmuję się na co dzień jako psychoterapeuta. I myślę – na co mam wiele dowodów – że to umysł decyduje o tym, czy nasz mózg odnajdzie w sobie niewykorzystany potencjał. Przyszedł do mnie prezes firmy z wypaleniem zawodowym i depresją. Jego mózg stracił zdolności kreatywne i firma, którą stworzył, popadła w stagnację. Stał się drażliwy, a nawet agresywny, co psuło mu kontakty z pracownikami i niszczyło atmosferę w domu. Zapytałem go o marzenia i o plany, które musiał porzucić dla swojej wyczerpującej pracy. Okazało się, że od dziecka marzył o grze na fortepianie. Poradziłem mu, że jeśli chce odzyskać siły i kreatywne możliwości umysłu, powinien wziąć sobie sześciomiesięczne wolne i w tym czasie zająć się przede wszystkim fortepianem. Pojawił się po pół roku, szczęśliwy i rozpromieniony, o wiele lat młodszy. Okazało się, że zrobił tak, jak mu doradzałem, i że dalej poświęca nauce gry na fortepianie dwie godziny dziennie. W międzyczasie wyzdrowiał – pokonał depresję, twórczo zreorganizował firmę i podniósł ją na zupełnie inny poziom. Znakomicie też poprawił swoje relacje ze współpracownikami i z rodziną.

Odzyskał zdolności kreatywne, dodając sobie zajęć?
Gdy nasze ciało nabiera nowych umiejętności, a na pewno gra na fortepianie tego wymaga, mózg musi te nowe umiejętności „zapisać”. Związane jest to z powstawaniem większej ilości połączeń między neuronami. Te zazwyczaj mają ich kilka, a mogą wielokrotnie więcej. Powstaje więc sieć, która być może jest tym właśnie ukrytym potencjałem. Tak czy inaczej, ucząc się nowych rzeczy, rozwijamy umysł i mózg. Mamy też – słuszne zresztą – poczucie, jakbyśmy stali się mądrzejsi. Myślę, że gdybyśmy zbadali mózgi ludzi przed psychoterapią i po niej, to okazałoby się, że zmieniła się ich aktywność. Badania mózgów ludzi kreatywnych, które miałem okazję zobaczyć, wykazały, że kreowanie nowych wizji i rozwiązań jest powiązane z inną niż przeciętna aktywnością elektryczną kory mózgowej.

Ale gdy podłączono mózg do urządzeń pozwalających obserwować jego pracę (EEG, PET, fMRI), nie znaleziono nieaktywnych obszarów.
Może nie chodzi o zwiększenie aktywnego obszaru, ale o rodzaj tej aktywności? A mówiąc znów o umyśle, adepci psychoterapii wprost stwierdzają: „Czuję, że mózg mi się otworzył. Że mam więcej przestrzeni w głowie. Jakbym więcej widział, czuł i przede wszystkim rozumiał”. Te obserwacje są trafne. Oddają to, co – upraszając – można ująć tak: łatwiej myśleć, gdy nie przeszkadzają w tym trudne emocje, kompleksy czy lęki, a nawet fobie. One zdecydowanie zmieniają nasze widzenie świata i relacje – także ze sobą. Przyszła do mnie bardzo światła osoba, pani profesor, nauczycielka akademicka, która panicznie bała się kotów. W trakcie terapii okazało się, że jej trudne doświadczenia z dzieciństwa zainstalowały w jej umyśle program, który kazał jej kojarzyć wszystkie kocie cechy z karą i odrzuceniem. W dzieciństwie nie wolno jej było się bronić, walczyć o swoje, korzystać z wolności, bawić się, poszukiwać komfortu i przyjemności, zajmować się swoim ciałem itd. Gdy zdała sobie z tego sprawę i przy mojej pomocy zmieniła ten program, otwierając się na swoje wcześniej wyparte potrzeby i możliwości, jej życie się zmieniło. Zaczęła dawać sobie więcej uważności i troski. Odpuściła też innym, bo miała wreszcie siebie pod opieką.

A więc czasem mamy w głowie za dużo lęku, by postępować mądrze, czyli na przykład zadbać o siebie czy po prostu móc skupić się na nauce i pracy.
To częsta sytuacja, kiedy przepracowanie trudnych emocji i wydarzeń sprawia, że człowiek nie ma problemów z zadbaniem o swoje sprawy, z koncentracją, z nauką, z jąkaniem się, z migreną czy nawet z dysgrafią. Dzieje się tak, bo znikają filtry, które zakłócały mu poznanie świata i szczere relacje z innymi.

W autobiografii „Mózg i serce, magiczny duet” neurochirurg James R. Doty opisuje, jak będąc chłopakiem, opanował zasady uspokajania ciała i umysłu, co pomogło mu zostać lekarzem, a potem profesorem. Zyskał nie tylko zdolność do błyskawicznej koncentracji, ale też posługiwania się intuicją. Ale nic by z tego nie było, gdyby nie pokonał kompleksów, a wstydził się nawet śmiać, bo uważał, że ma straszne zęby.
Moje doświadczenie psychoterapeuty potwierdza badania i obserwacje Doty’ego. Mózg potrafi przekształcać się pod wpływem umysłu, a więc pracując nad umysłem, możemy doprowadzić do pozytywnych zmian we własnych neuronalnych drogach. I on tego dokonał już jako dziecko, ucząc się przez wiele wakacyjnych tygodni metody uspokajania umysłu. A potem, kiedy jako lekarz wychodził ze spustoszeń po zawale mózgu i odzyskiwał sprawność. Opowieść Doty’ego jest także niezbitym dowodem na to, że świadomość nie jest produktem mózgu, lecz że jest wobec mózgu pierwotna. A więc siła umysłu decyduje o tym, w jakim stopniu wykorzystamy nasz potencjał.

No właśnie, najważniejsze pytanie na dziś to: jak domowymi metodami sięgnąć po ten ukryty potencjał umysłu czy mózgu?
Warto wiedzieć, że umysł może być nastawiony na to, aby poszukiwać, być otwartym na świat i na nowe. Ale może też być konserwatywny i bronić się przed zmianami. W przeciwieństwie jednak do komputerów mamy samoświadomość i ona nam pomaga przeprogramować nasze umysły. Wielu z nas z tej szansy, jaką daje bycie człowiekiem, korzysta, i to często nieświadomie. Dla przyjemności czyta dużo, i to także autorów o kontrowersyjnych poglądach. Próbuje zrozumieć to, co awangardowe, a nawet skandalizujące w sztuce. Nie żeby podziwiać, tylko żeby wiedzieć. Podróżuje, poznaje inne kultury i dziwne egzotyczne obyczaje. Interesuje się rozwojem nauki, filozofuje. Medytuje, uprawia wymagające dyscypliny sportu, udaje się na odosobnienia lub pielgrzymki. Ci zaś, których umysły są raczej konserwatywne, czyli chcący się kontaktować wciąż z tą samą opowieścią o świecie, nie mają nowych wyzwań ani nowej wiedzy do zasymilowania. Nie ma więc powodu, by neurony w ich mózgach zatrudnić do cięższej pracy, a więc uruchomić ten dodatkowy potencjał.

Po dniu pracy w dzielnicy biurowców zmuszać się do nowego?! Gdy ciągną nas seriale, jakiś kryminał, może wino... Wierzymy też, że skutecznie uczyć się można do 20. roku życia.
Zarówno mózg, jak i umysł pozostają plastyczne przez całe życie. Nigdy nie jest za późno, aby coś inaczej zobaczyć, zrozumieć, zmienić się. Bycie otwartym pomaga, bo trzymanie się starych rozwiązań w zmieniającym się świecie skazuje nas i ludzi wokół na fiasko, na zamieszanie i cierpienie. Pamiętajmy o tym, bo nasz umysł – zwłaszcza w sytuacjach kryzysu – ma tendencję do sięgania po stare rozwiązania. A my nie dostrzegamy, że te sprawdziłyby się w tamtych realiach, a dziś spowodują dodatkowy kłopot. Na przykład kiedy nastolatek domaga się swobody, zaufania i szacunku, to co robią rodzice? Na ogół przykręcają śrubę, sięgając po rozwiązania konserwatywne: „Musimy zabronić, musimy więcej wymagać, musimy zdyscyplinować, byliśmy zbyt pobłażliwi”. Choć problem wydaje się stary jak świat, to szybko okazuje się, że stare sposoby nie zdają egzaminu. Bo młody człowiek wzrastał w świecie zupełnie różnym od świata, w którym wzrastali jego rodzice, np. od czasu gdy nauczył się posługiwać komputerem, miał nieograniczony dostęp do informacji i wiedzy. Rodzice są imigrantami w świecie elektronicznych mediów, a młodzi się w tym świecie urodzili. Wiele wskazuje na to, że mają inaczej ukształtowane mózgi. Ich umysły konstruują inny obraz świata, inną prawdę o nim.

No i rozbolała mnie głowa. Zażyję tylko tabletkę i…
Na szczęście nie rozmawiamy o empatii, bo wtedy – odradzałbym. Badania brytyjskie dowodzą, że paracetamol zmniejsza zdolność do rozumienia i reagowania na potrzeby i uczucia innych. To, co w układzie nerwowym oraz w mózgu odpowiada za odczuwanie bólu fizycznego, odpowiada też za współodczuwanie z innymi. Połkniesz tabletkę i może nie być dla ciebie jasne, czemu partner marudzi, a przyjaciółka płacze.

Ale kiedy boli głowa, również trudno o empatię.
Zaskakujące, jak wiele czynników może wpływać na to, co myślimy, a nawet czego oczekujemy. Na przykład szefowa, którą często boli głowa, będzie więcej wymagać od pracowników, ale mniej ich rozumieć. A możemy mówić o paracetamolowym stylu zarządzania w Polsce, biorąc pod uwagę ilość spożywanych leków przeciwbólowych. Polacy konsumują około dwóch milionów tabletek rocznie. Ale Wisły kijem nie zawrócimy.

Wojciech Eichelberger:
psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

Ciekawostka

Jak pisze Ałbena Grabowska, dr nauk medycznych, neurolożka i pisarka: Półkule mózgowe ze sobą współpracują, ale też zazwyczaj jedna dominuje. Jeśli nie ma między nimi połączenia, to np. śmiejemy się, gdy coś nas rozbawi, choć nie wiemy czemu. Jeśli z kolei są równorzędne, to piszemy obiema rękami tak samo sprawnie, ale też nasz umysł może znacznie więcej, bo jedna myśl toruje drogę drugiej, a to podstawa geniuszu. Ten dar miał malarz i wizjoner Leonardo da Vinci.

  1. Styl Życia

Cezary Borowy - mężczyzna w wewnętrznej podróży

Cezary Borowy w Singapurze, 1987 rok. (Fot. archiwum prywatne)
Cezary Borowy w Singapurze, 1987 rok. (Fot. archiwum prywatne)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Jeszcze 30 lat temu dalekie wyprawy były dla większości Polaków niedostępne finansowo, zwykle wiązały się z wyjazdem na saksy albo nielegalnym handlem. Cezary Borowy przez kilka lat mieszkał w Indiach, dokąd przemycał elektronikę z Singapuru. Właśnie wydał wspomnienia z tamtego okresu, a nam opowiada, jakie emocje budzi w nim dziś powrót na stary szlak.

Cezary Borowy, podróżnik, maratończyk, właściciel firmy usługowej w branży finansowej, przewodnik po Azji. (Fot. archiwum prywatne) Cezary Borowy, podróżnik, maratończyk, właściciel firmy usługowej w branży finansowej, przewodnik po Azji. (Fot. archiwum prywatne)

Mam złe doświadczenia z wracania w te same miejsca, zwykle czuję się rozczarowany. Ale twój powrót do Indii po wielu latach okazał się bardzo ciekawy i inspirujący. Kolejne podróże do Indii to pogłębianie tego, co już znam. Im dalej w las, tym więcej drzew – im lepiej poznajesz kraj, tym więcej jest w nim do zobaczenia. Indie ciągle czymś zaskakują. Im więcej o nich czytam, tym bardziej jestem przekonany, jak mało o nich wiem. Nie sądzę, żebym ośmielił się kiedykolwiek powiedzieć, że „znam” Indie.

Te ostatnie wyjazdy to chyba także swoiste podróże w czasie? Pomiędzy moim okresem „starożytnym”, czyli przełomem lat 80. i 90., gdy spędziłem w Indiach trzy lata, a ostatnimi wyjazdami upłynęło ponad 25 lat. To pozwala na dystans i zauważenie zmian. Na pewno podróżą w czasie można nazwać przejazd pociągiem – wygląda tak jak kilkadziesiąt lat temu. Te same wagony, tylko trochę bardziej zniszczone.

A w innych miejscach nie przypominały ci się przeżycia i emocje sprzed lat? Oczywiście, że tak. Szczególnie tam, gdzie kiedyś często bywałem. Knajpki i hotele w New Delhi, Bombaju, Kalkucie czy Katmandu szczególnie się nie zmieniły – jedna z nich, „Koshla” w New Delhi, miała na zewnątrz dwa stoliki i spawane żelazne krzesła. Nadal tam są. Gdy usiadłem i czekałem na zamówienie, patrząc na przechodzący tłum, to pomyślałem, że za chwilę nadejdzie któryś ze starych kumpli: Kwiatek, Jacek, Peter... Dreszcz mi przeszedł po plecach, jakbym znów poczuł adrenalinę. Ale nie przyszli.

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Z powodów organizacyjnych wynajmowaliśmy z dziewczyną miesiącami pojedynczy pokój w hotelu „Vishal”, to była nasza główna kwatera w stolicy Indii. Gdy ostatnio tam byłem, oczywiście chciałem do niego zajrzeć, ale bałem się swoich emocji. Zameldowałem się więc w innym hotelu i dwa dni krążyłem wokół tamtego, oswajając wewnętrzny niepokój. Gdy wreszcie zdecydowałem się iść, to od razu po przekroczeniu progu się wzruszyłem, bo jeden z recepcjonistów szeroko się uśmiechnął i serdecznie przywitał. Rozpoznał mnie po 25 latach! Wynająłem ten sam pokój. Meble się nie zmieniły, ale na ścianach nie było już tapet, tylko farba. Jednak klimat miejsca pozostał – tworzyły go dźwięki ulicy. Przez nieszczelne okna było słychać skrzypienie kół i piszczenie rikszy motorowerowych, te charakterystyczne „pi, pi, pi”. Położyłem się na łóżku na wznak, zamknąłem oczy, słuchałem i znowu miałem wrażenie, że za chwilę wejdzie któryś ze starych kumpli.

A co czułeś na lotnisku po przylocie? Lotniska oczywiście mocno się zmieniły. Ale i tak gdy wychodziłem z samolotu w Bombaju i obserwowałem pracę celników – którzy cały czas szukają, czy ktoś przemyca złoto – to przyszło mi do głowy: „czy aby na pewno jestem czysty i niczego nie przerzucam?”. Przypomniał mi się tamten fantastyczny okres, czas dużej przemiany, dojrzewania jako mężczyzna. Nie żałuję tego, co robiłem, choć w tytule swojej książki pisałem o „spowiedzi”, jakbym uznawał to za grzech. Ale tak nie jest. Gdyby nie tamto, byłbym dziś innym człowiekiem.

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Życie było wtedy szybkie, niebezpieczne, ale pozwalało się sprawdzić. Dodatkowo wokół miałem mnóstwo przyjaciół. Takich przyjaźni jak wtedy nie miałem nawet w szkole. „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – pisała Wisława Szymborska, a my w Indiach mieliśmy dużo okazji do sprawdzenia się. Kiedy potem miałem w życiu różne górki, dołki, sztormy – to zawsze mówiłem sobie, że jeśli dałem radę w Indiach, to teraz tym bardziej dam.

Zahartowałeś się? Tak. W młodym wieku o to łatwiej. Dzięki książce odrodziły się stare, zerwane kontakty z naszej społeczności przemytniczej. Moje koleżanki i moi koledzy to dziś sześćdziesięciolatkowie, za nimi rozwody, bankructwa, różnie bywało. Ale wszyscy nadal mają błysk młodości w oku. Powiedziałbym, że przemytnicy nie dziadzieją. Być może to sprawa intensywnych doświadczeń w młodych latach, a może trzeba było mieć pewien typ osobowości, aby się zdecydować na tak ryzykowną aktywność. Część z nas była marzycielami, którzy zawsze chcieli podróżować po świecie. Na przykład ja przed końcem ósmej klasy przeczytałem wszystkie książki przygodowe w okolicznych bibliotekach i po prostu szukałem przygód. Prawdopodobnie bardzo wielu z nas uzależniło się od tego.

Od czego? Od adrenaliny. Odczuwaliśmy strach, ale nauczyliśmy się go oswajać, żyć z nim. Był strach na granicy, ale umysł dostawał nagrodę, gdy akcja się udała, a to uzależnia. Do tego stopnia, że po powrocie do „cywila” często wybieraliśmy świadomie zawody z dużą dozą adrenaliny. Koleżanka została pielęgniarką na OIOM-ie, kolega zaczął pracę na wysokościach. Ludzie często narzekają, że szybko pobrali kredyty, teraz pracują w korpo, są po czterdziestce i tak naprawdę nigdy nie żyli. My mamy poczucie spełnienia w młodości. Moja była intensywna, z barwnymi przygodami. Taka, jak chciałem.

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Swoim dzieciom byś polecił taki przepis na młodość? Nie próbują mnie naśladować, mają swoją ścieżkę, też kolorową, artystyczną. Zresztą czasy są inne, już można swobodnie podróżować po świecie. A wtedy w Polsce zarabiało się nieco ponad 20 dolarów miesięcznie, zaś mieszkanie kosztowało cztery tysiące dolarów na Śląsku, a w Warszawie około ośmiu tysięcy. Na handlu kamerami, magnetowidami pomiędzy Singapurem a Indiami mogłeś na to zarobić w kilka miesięcy! Gdy o tym mówię na spotkaniach autorskich, to widzę, że ludzie rozumieją nasze motywy.

Dlaczego dopiero teraz zdecydowałeś się na tę retrospektywną podróż? Do takich rzeczy trzeba dojrzeć. Długo też tkwił we mnie pomysł na książkę opisującą te przemytnicze czasy. Teraz cokolwiek tam robiliśmy, już jest przedawnione.

„Ja czułem się na przewałach tak, jakbym w tym 1987 roku siedział w kinie w Warszawie na filmie o Indianie Jonesie i nagle wstał z fotela, wszedł w ekran i przeniósł się do świata pełnego egzotyki, przygód i słońca” – napisałeś w książce. Czy podróżując, można zostać aktorem? Indie są na tyle dużym krajem, że bardzo łatwo znaleźć miejsca, w których wciąż możesz zostać Indianą Jonesem. W wioskach czy dzielnicach dalej od miejsc turystycznych człowiek z Zachodu nadal jest sensacją. Miejscowi podchodzą, robią sobie selfie, pytają, skąd jesteś. Robi się tłum wokół ciebie.

Indie, lata 90. (Fot. archiwum prywatne) Indie, lata 90. (Fot. archiwum prywatne)

Kiedyś jechałem w Kalkucie starą taksówką. Na ulicy nie było świateł, tłum rozstępował się przed autem. Reflektory penetrowały go. Budowano tam stację metra, ale odkrywkowo, bez ciężkiego sprzętu. Widać było ogromny dół w ziemi, linię zwisających żarówek nad nim oraz kobiety podające sobie talerze z ziemią. To był prawdziwy Indiana Jones! Indie są jak Jerozolima, która jednoczy religie Boga osobowego. Nad Gangesem mają tylu bogów, ilu jest Hindusów. I wiele religii się stamtąd wywodzi: buddyzm, sikhizm, hinduizm.... Tam ciągle możesz z kimś porozmawiać o Bogu.

Pojechałeś do Indii, bo przeczytałeś tekst o polskich przemytnikach w „Polityce”, którą ktoś przywiózł do Londynu, gdzie byłeś. W końcu natknąłeś się na nich w pizzerii w Delhi. Jak wielką rolę w życiu odgrywa przypadek? Ogromną. Gdybym nie wszedł do pizzerii, to nie spotkałbym tych przemytników i pojechał do Australii, bo miałem już wizę. I potoczyłoby się wszystko inaczej, pewno zrywałbym kiwi lub pracował na czarno w jakiejś fabryce. Nawet moje małżeństwo to w pewnym stopniu efekt przypadku – ściągnąłem dziewczynę do Indii. Ale też przypadkowi trzeba pomóc, ja tych ludzi szukałem. Tony Wheeler, twórca słynnych przewodników „Lonely Planet”, kiedyś podróżował jak najtaniej. Milionom ludzi pokazał, jak można tego dokonać. I miliony pokochały jego przewodniki i ten styl podróży. A kilka lat temu przeczytałem wywiad z Wheelerem, w którym mówił, że teraz nie wyobraża sobie nocować gdzie indziej niż w 5-gwiazdkowych hotelach. Czy nasze nastawienie do podróży aż tak bardzo zmienia się z wiekiem?

Fot. archiwum prywatne Fot. archiwum prywatne

Ja ciągle lubię zatrzymywać się w miejscach dla backpackersów. Na hotele 5-gwiazdkowe nie zawsze mnie co prawda stać, ale podczas wyjazdów związanych z pracą mieszkałem w nich wielokrotnie i to mnie w ogóle nie kręci. Luksusowy hotel to kapsuła, która oddziela mnie od przestrzeni, którą chcę poznać. Tam też nie nawiązujesz tak szybko relacji, panuje chłód nie tylko z powodu klimatyzacji. A podróżnicy, których spotykam w tanich hotelikach, mają swoją historię i chętnie się nią dzielą. Łakną kontaktu z drugim podróżnikiem. Łatwo więc nawiązać relację. Nadal podróżuję uważnie, by jak najwięcej z tego świata zrozumieć, poznać „innego”.

Czego ta retrospektywna podróż cię nauczyła? Teraz podróżuję inaczej, bardziej reportersko, przygotowuję się do każdej podróży. Ostatnie wyjazdy i pisanie książki pozwoliły mi bardziej zrozumieć siebie. To było jak pewna klamra spinająca życie.

Cezary Borowy, podróżnik, maratończyk, właściciel firmy usługowej w branży finansowej oraz przewodnik po Azji, więcej na przemytnik.pl.

'Spowiedź Hana Solo. Byłem przemytnikiem w Indiach', wyd. TBR "Spowiedź Hana Solo. Byłem przemytnikiem w Indiach", wyd. TBR

  1. Psychologia

Jak odnaleźć w sobie moc i motywację? – Wypróbuj 9 deklaracji Burcharda

Burchard przekonuje, że podstawowym czynnikiem motywującym ludzkość do działania jest dążenie do poszerzania granic wolności osobistej - można ją osiągnąć tylko poprzez jasne określenie własnych zamiarów i przedstawienie deklaracji niezależności. (fot. iStock)
Burchard przekonuje, że podstawowym czynnikiem motywującym ludzkość do działania jest dążenie do poszerzania granic wolności osobistej - można ją osiągnąć tylko poprzez jasne określenie własnych zamiarów i przedstawienie deklaracji niezależności. (fot. iStock)
Brendon Burchard, jeden z najbardziej znanych na świecie trenerów motywacyjnych i rozwoju osobistego, w swojej książce „Manifest motywacji” przedstawia dziewięć deklaracji potęgi osobistej, bez których trudno odnaleźć w sobie źródło motywacji.

Brendon Burchard, jeden z najbardziej znanych na świecie trenerów motywacyjnych i rozwoju osobistego, w swojej książce „Manifest motywacji” przedstawia dziewięć deklaracji potęgi osobistej, bez których trudno odnaleźć w sobie źródło motywacji. Brzmią one jak własna deklaracja niepodległości:

Nazbyt często gubimy się w otchłani nieświadomości. Zachowujemy się tak, jakbyśmy w danym momencie chcieli być gdzieś indziej i coś innego robić. Rozmijając się z rozkoszą tego, co dzieje się teraz. A wrogiem życia wcale nie jest odległa śmierć, tylko oderwanie od rzeczywistości. Dlatego, jeśli pragniemy w pełni skorzystać z własnego potencjału, podejmijmy świadomy wysiłek zanurzenia umysłu w chwili bieżącej. Zadecydujmy, że oto pragniemy ponownie czuć. Skoncentrujmy się na relacjach ze światem: nawiążmy kontakt z innymi i ze sobą. Bez tego rzeczywistość będzie nas niemiło zaskakiwać i rządzić nurtem wydarzeń.

1. Dlatego deklaruję iść przez życie w pełni obecna i silna.

Zbyt wiele czynników rozpraszających uwagę sprawia, że zatraciliśmy dążenie do wyższych celów. Kolejne codzienne zadania wypełniają czas od świtu do zmierzchu, mimo że to bynajmniej nie one stanowią istotę naszej egzystencji. Większości z nas brakuje inspirującej definicji sensu życia. Nie budzimy się rano z żarliwym pragnieniem jego realizacji. Radość, moc i satysfakcja czekają tych, którzy podchodzą do kształtowania swojego życia świadomie.

2. Dlatego deklaruję odzyskać kontrolę nad własnymi planami.

Wewnętrzne demony trują nas jadem troski i strachu, bezwzględnie wykorzystując chwile słabości, hamując nasz wzrost i pozbawiając sił życiowych. Demony te noszą różne imiona: zwątpienie, lęk, niskie poczucie własnej wartości, wstyd. Powstrzymują nas przed podejmowaniem nowych wyzwań, nie chcą, byśmy narazili się na trud osiągnięcia czegoś niesamowitego. Nasz los zależy od tego, na ile dobrze znamy te demony i ile bitew z nimi każdego dnia toczymy. Chodzi tu o wewnętrzne panowanie nad sobą, które pozwala przekroczyć granice własnego jestestwa.

3. Dlatego deklaruję pokonać swoje demony.

Czekamy i czekamy, żeby poznać własną tożsamość, jasno sprecyzować swoje pragnienia, otworzyć się na życie. Brakuje nam odwagi. A przecież nikt poza nami samymi nie wyda nam zgody na śmiałe dążenie przed siebie. Większość z nas nie wie, że zmiana wymaga odrobiny szaleństwa. Idealne okoliczności do postawienia kroku w nieznane nie nadejdą nigdy. Dlatego dobrze wykazywać się brakiem rozsądku i niefrasobliwością. Każdy z nas jest sumą swoich działań, nie zaś sumą zamiarów. Uratować mogą nas jedynie odwaga i dyscyplina w podnoszeniu świadomości o sobie i swoim życiu.

4. Dlatego deklaruję konsekwentnie kroczyć naprzód.

Jesteśmy wyczerpani, świat zdaje się tracić energię emocjonalną. Nie dbamy o swoje samopoczucie. Wolimy sukces niż zdrowie psychiczne, nabraliśmy chłodnego stosunku do życia. Brakuje entuzjazmu, śmiechu i umiłowania egzystencji. Gdzie szalona determinacja, żywa pasja, kroczenie ku temu, na czym naprawdę nam zależy? Gdzie są radośni ludzie z charyzmą? Co się stało z docenianiem żaru życia? Czas pochylić się nad kwestią naszego stosunku do niego, by na nowo rozbudzić w sobie jego magię.

5. Dlatego deklaruję odczuwać radość i wdzięczność.

Zbyt łatwo godzimy się na życiowe kompromisy, bez walki wyrzekamy się indywidualizmu. Ludziom się często wydaje, że są silni. Ale gdyby uczciwie przyjrzeli się swojemu życiu, ujrzeliby ciąg przedwczesnych kapitulacji. Często poddajemy się na krok przed urzeczywistnieniem marzeń. Robimy to dla znanej wygody, dla podporządkowania się czemuś lub komuś. Wycofujemy się ze świata i wyrzekamy się tego, co dla nas ważne. To uleganie pokusie słabości i odmawianie potrzebom serca. Właściwa droga zaś wiedzie ku prawdziwym wartościom, które indywidualnie wyznajemy.

6. Dlatego deklaruję dotrzymać wierności zasadom.

„Chronić własne serce” – to powszechna histeria. Zamiast w pełni odczuwać miłość, pozwalamy jej co najwyżej się sączyć. Boimy się bólu, podczas gdy miłość istnieje niezależnie od niego. Bo to tylko ego doznaje krzywdy. Miłość jest zawsze i wszędzie, w swoim bezmiarze korzystając z pełnej swobody. Miłość to duchowa energia, która płynie przez wszystko we wszechświecie, przez tak zwanych wrogów też. Nie możemy jej posiąść ani stracić. Problem polega na tym, że przyjęliśmy węższą definicję miłości i sprowadziliśmy na siebie cierpienie. Potrzeba nam emocjonalnego otwarcia się na miłość, co oznacza uwolnienie serca od lęku przed krzywdą oraz rezygnację z oczekiwania wzajemności.

7. Dlatego deklaruję wzmocnić miłość.

Poszum przeciętności, podglądactwo, zaspokajanie podstawowych potrzeb zmysłowych zastąpiły miejsce kreatywności.

8. Dlatego deklaruję dążyć do wybitnych osiągnięć.

Światem rządzi pośpiech. Tymczasem życie nie powinno nas omijać. Z powodu zmęczenia i stresu odrywamy się od chwili obecnej. Płacimy za to wysoką cenę – chwile nie nabierają ostrości, gromadzą się tylko jedna za drugą w postaci chaotycznych dni. Sprowadzamy na siebie katastrofę pozbawionego radości życia, którego tak naprawdę nie przeżywamy. Kiedy ostatnio śmiałaś się do rozpuku? Kochałaś bez opamiętania? Tańczyłaś do utraty tchu? Żeby życie stało się żywym doświadczeniem, musimy zwolnić. Każdym dniem powinniśmy się cieszyć jak chwilą wytchnienia nad chłodnym strumieniem w upalny dzień.

9. Dlatego deklaruję spowolnić czas.

Brendon Burchard jest założycielem High Performance Academy, autorem książki „Energia”, która znalazła się na liście bestsellerów „New York Timesa” i „USA Today”, a także książki „Life’s Golden Ticket”. Jego sesje szkoleniowe oraz kursy wideo inspirują miliony ludzi do odnajdywania w sobie nowego ładunku energetycznego, dokonywania pozytywnych zmian w życiu oraz dzielenia się z innymi swoimi doświadczeniami.

  1. Styl Życia

Jak robić nic, czyli manifest użytecznej bezużyteczności

Amerykanka Jenny Odell w swojej nowej książce „Jak robić nic” dochodzi do wniosku, że robienie niczego jest trudne, bo wymaga zaangażowania, dyscypliny i dobrej woli. Przekonuje jednak, że warto się go nauczyć. (Fot. iStock)
Amerykanka Jenny Odell w swojej nowej książce „Jak robić nic” dochodzi do wniosku, że robienie niczego jest trudne, bo wymaga zaangażowania, dyscypliny i dobrej woli. Przekonuje jednak, że warto się go nauczyć. (Fot. iStock)
Presja efektywności sprawia, że nawet odpoczynek musi przynosić jakieś korzyści. W czasie wolnym czytamy bestsellery albo zajmujemy się modnym hobby, żeby się potem pochwalić w towarzystwie. Albo uczymy się języka obcego, który wzmocni naszą pozycję na rynku pracy. Dlaczego nicnierobienie jest takie stresujące?

Obostrzenia związane ze wzrostem zachorowań na COVID-19 sprawiły, że wiele osób wróciło do pracy zdalnej; a część nie miała nawet okazji z niej wyjść i wrócić do biura. Jasne, komfort takiej pracy polega na tym, że możemy w każdej chwili zrobić obiad, pomóc dzieciom w lekcjach czy poćwiczyć jogę, ale wszechobecność technologii sprawia, że ponieważ jesteśmy cały czas dostępni, nigdy tak naprawdę nie przestajemy pracować. Praca związana z obecnością w biurze nadaje jakieś ogólne ramy naszym zawodowym zobowiązaniom, a „po godzinach” możemy trochę zwolnić – zdalna na to nie pozwala, bo przecież zawsze możemy odebrać telefon czy podejść do komputera. I nawet gdy sami próbujemy to ograniczyć, to trudno nam zamknąć laptop. Raz, że często zaraz będziemy oglądać na nim serial. Dwa, że pozornie choćby wychodząc z trybu „praca”, wchodzimy w inny tryb zadaniowy, który nazywa się „pożyteczne i atrakcyjne zadania do wykonania w czasie wolnym”.

Od wyzwania do wyzwania

Można zrzucić winę na media społecznościowe, gdzie wciąż chwalimy się naszym idealnym życiem, czy na powszechnie przyjmowaną wiarę, że tylko nieustanny rozwój i inwestowanie w siebie uczyni nas takimi, jakich będzie podziwiał i pragnął świat. Faktem jest jednak, że jeśli już pozwalamy sobie na odpoczynek, to koniecznie aktywny, jak sport, aerobik, może bieganie, bo wciąż modne, może zumba, nawet jeśli tylko online. Koniecznie języki, nie próżnujmy, przecież w końcu polecimy na Maderę czy do Japonii. Czytanie – tylko polecone, wysoko ocenione lektury, których zdjęciem przed i komentarzem po możemy zabłysnąć na Facebooku. Modne jest teraz ogrodnictwo balkonowe, więc pilnie pielimy grządki i pokazujemy znajomym zdjęcie pierwszych pomidorów. Warto też upiec chleb...

Tornado kreacji i imperatyw efektywności, w które codziennie wpadamy, sprawiają, że także czas wolny – gdy już nam się wydarzy – postrzegamy jako okazję do wykazania się. Tylko pytanie: przed kim? Czy jeśli chwilę porobimy nic, po prostu siedząc przed oknem i patrząc na chmury albo słuchając ptaków ćwierkających w drzewie obok naszego bloku, to stanie się coś złego?

Problem jest oczywiście szerszy, ponieważ wiąże się ze stresem, który odczuwamy na każdym kroku, nie tylko w pracy, ale także w domu, bo cały czas mamy poczucie, że się nie wyrabiamy: z wyprowadzaniem psa na spacer, z pomocą starszym, z pracami domowymi... Stres towarzyszy nam na każdym kroku, od przejścia przez ulicę po lęk związany z pandemią, zmianami klimatu, obawami o własną pracę czy zdrowie najbliższych. A gdy cały czas drąży nas niepokój, to trudno się odprężyć podczas czytania książki, gotowania czy zabawy z dzieckiem. Ten sam stres sprawia, że wpadamy w efektywne odpoczywanie, byle tylko robić coś pożytecznego, byle za sobą nadążyć.

Amerykanka Jenny Odell w swojej nowej książce „Jak robić nic” dochodzi do wniosku, że robienie niczego jest trudne, bo wymaga zaangażowania, dyscypliny i dobrej woli. Ale po kolei.

Można powiedzieć, że autorka należy do amerykańskiej klasy uprzywilejowanej. Urodziła się w samym sercu Doliny Krzemowej, od zawsze otaczały ją komputery, pracuje z nowymi technologiami, ale jest też artystką i wykłada na Uniwersytecie Stanforda, jednym z najbardziej prestiżowych w Stanach Zjednoczonych. I choć wydawałoby się, że jest ostatnią osobą, która będzie podważać sposób działania mediów społecznościowych i filozofii bycia zawsze online, uznała, że ma dość bycia niewolnikiem ekonomii uwagi. Jej tytułowe „robienie nic” nie ma nic wspólnego z wyjazdem na urlop, by odpocząć i po powrocie być jeszcze bardziej produktywnym, a jest tak naprawdę formą sprzeciwu wobec polityki firm, które oczekują od nas bycia nieustannym konsumentem, pracującym po to, by wydawać i użytkować. Bo kiedy to robimy, jesteśmy... no właśnie, użyteczni.  „Użyteczność? Ale na czyj użytek? Podobne pytanie przychodzi mi do głowy, kiedy dam sobie wystarczająco dużo czasu, żeby odejść o krok od kapitalistycznej logiki naszego obecnego rozumienia produktywności i sukcesu. Produktywność? Ale co mamy produkować? Sukces? W jakim sensie i dla kogo?” – pyta Odell.

Ekonomia uwagi

Amerykanka szybko odziera nas z iluzji, że podpowie, jak się zrelaksować. Ale w rzeczywistości daje nam dużo więcej. Pojęciem kluczowym jest tu wspomniana ekonomia uwagi. Jesteśmy otoczeni informacją, przebodźcowani nią, dostajemy jej za dużo – w pracy, w domu, w drodze do pracy i domu, korzystając z komputerów, tabletów, gazet, smartfonów, czytając niusy na ekranach tramwajów, autobusów czy w metrze. Podaż jest za duża, popyt ograniczony. Dlatego nasza uwaga stała się taka cenna, bo jest prawdopodobnie ostatnią redutą, jaka nam została w korporacyjnej walce o nasze możliwości konsumenta. W wywiadzie dla „Los Angeles Times” Jenny Odell wyjaśnia, że pomysł na robienie niczego wziął się z jej niezgody na następujący stan: zbyt wielu informacji przyjmowanych przez zbyt długi czas, połączonego z próbą zrobienia zbyt wielu rzeczy naraz „Nicnierobienie oznacza próbę przyzwolenia na odrobinę pustki w naszym życiu” – mówi. W książce przytacza z kolei dialog „O krótkości życia” Seneki, w którym filozof opisuje przerażenie, z jakim człowiek uświadamia sobie, że życie przeleciało mu przez palce i porównuje je do otrząśnięcia się po godzinie spędzonej na „tępym przeglądaniu Facebooka”. Autorka proponuje, by w czasach, gdy nasze przebodźcowanie stało się faktem, przestawić się z FOMO (fear of missing out – lęku przed byciem nie na bieżąco ) na NOMO (necessity of missing out), czyli konieczność, by coś nas ominęło. I radzi, by nie tyle wylogować się na dobre z Facebooka, Instagrama czy Twittera, a raczej przekierować uwagę i znaleźć na tyle ciekawe środowisko wokół siebie, by świat mediów społecznościowych stracił na atrakcyjności, a produktywność przestała być priorytetem. Nawołuje, by wykorzystać formę łagodnego sprzeciwu wobec systemu, czyli robienie rzeczy nieproduktywnych.

Nic nie robić, czyli...?

Sama Odell znalazła ukojenie w położonym niedaleko od jej mieszkania ogrodzie różanym. Spacerując tam codziennie, coraz dłużej przesiadywała wśród drzew i krzewów, czytała książki, potem zaczęła jeździć do innych parków na terenie stanu. Coraz bardziej odpowiadały jej brak zasięgu, samotność i wyciszenie. Zaczęła dostrzegać otaczającą ją przyrodę, szukać nazw ptaków, których trele ją zachwycały. Choć zabrzmi to naiwnie, dopiero przyroda sprawiła, że pojęła wagę innych spraw, niż tylko bycia użytecznym dla pracy, korporacji, dla systemu. Pisze więc o potrzebie bycia bezużytecznym dla systemu (bo przekierowała swoją uwagę gdzie indziej), ale jakże użytecznym dla innych – dla zwierząt, ludzi, przyrody. Odkrywa świat aktywizmu społecznego, postawę opiekuńczości wobec siebie i innych, bycia pomocnym dla innych.

„Mam nadzieję, że idea robienia niczego w przeciwieństwie do obsesyjnego pędu ku produktywności pomoże odnowić tożsamość jednostek, które będą następnie odbudowywać wspólnoty – ludzkie i pozaludzkie. A nade wszystko mam nadzieję, że pomoże ludziom odnaleźć takie sposoby nawiązywania kontaktów, które będą niosły ze sobą treść, wsparcie i okażą się całkowicie niedochodowe dla korporacji, których metryki i algorytmy nigdy nie miały racji bytu w rozmowach na temat naszych przemyśleń, uczuć i naszego przetrwania” – pisze w swoim manifeście. I dodaje, że przebywanie w samotności na łonie natury, obserwacja i zwykłe kontakty towarzyskie powinny być postrzegane nie tylko jako cel sam w sobie, ale jako niezbywalne prawo każdego, kto ma to szczęście, że żyje.

Co robić, gdy robi się nic? Jenny Odell z pewnością odpowiedziałaby: wykasuj media społecznościowe, nie pracuj w nadgodzinach i spędzaj czas na tym, co możesz mieć za darmo – długich spacerach, obserwowaniu ptaków, czytaniu książki w parku lub ogrodzie botanicznym, chodzeniu po lesie i angażowaniu się w działalność społeczną lub wolontariacką, która nie przynosi pieniędzy, za to ogromną satysfakcję, a dodatkowo nie przysparza zysku wielkim korporacjom.

Psycholodzy i najnowsze badania wskazują, że bezinteresowna pomoc i praca społeczna rzeczywiście dają nam dużo satysfakcji i poczucie sprawczości. Może więc do kategorii „odprężenie w czasie wolnym” warto też wrzucić kontakt z przyrodą, dbanie o środowisko naturalne, bezinteresowną troskę o rodzinę i przyjaciół, ale też dążenie do tego, by nasz świat stał się choć odrobinę lepszym miejscem – dla nas, dla potrzebujących ludzi i dla całej Ziemi. To może nam dodać energii i wzmocnić bardziej niż masaż kamieniami czy weekend w spa... byle znowu nie podciągnąć tych czynności pod imperatyw efektywności.

Polecamy: 'Jak robić nic? Manifest przeciw kultowi produktywności', Jenny Odell, wyd. Mova Polecamy: "Jak robić nic? Manifest przeciw kultowi produktywności", Jenny Odell, wyd. Mova